moje podróże zawsze zaczynają się na długo wcześniej, niż pierwszy raz nacisnę na pedał.
Do tegorocznej wyprawy przygotowuję się już od końca lipca 2023 roku, kiedy dzień po powrocie z tripu na Słowację, Węgry i Austrię, nagle głowa zaczęła domagać się kolejnych wrażeń. Tego dnia na Instagramie zobaczyłem stories z podążania śladami jednego z moich ulubionych filmów.
Nie zastanawiałem się długo, odpaliłem Komoota i w ciągu godziny miałem pierwszy zarys trasy. Po prostu zwykła ścieżka, bez zastanawiania się, czy nie za długa, czy podjazdy są sensownie rozłożone, czy da się przejechać przez rzeki i kanały, czy promy działają i czy będę w ogóle miał jak dostać się na start czy wrócić z mety.

Wyszło wtedy 1368 km. Całkiem ok jak na wakacyjny wyjazd. Temat zostawiłem.
W międzyczasie, u kresu wakacji, dojrzałem do decyzji o zmianie roweru na coś bardziej zwinnego, szybszego i lepszego jakościowo. Czas było przyzwyczaić się do rozstania z Kubusiem, który przez prawie 3 lata towarzyszył mi na 5 wyprawach i niósł mnie przez ponad 6800 km. Już niebawem trafi na zasłużoną listę Retired Bikes na Stravie:

Do wyboru miałem teraz 2 modele, Orbea Terra H40 w kolorze mango lub NS Bikes Rag +1. Zależało mi na tym, żeby był to gravel, a nie trekking jak do tej pory, ale szukałem też czegoś, co będzie miało możliwość montażu bagażnika pod sakwy. Gdzież bowiem ja bez sakw? 🙂
Fun fact jest taki, że na pierwszą wyprawę, jaką było samodzielne przejechanie R10 (Świnoujście-Hel) w 2021 roku, spakowałem się tak, że nie byłem w stanie pchnąć roweru, żeby dojechać nim na stację kolejową. Myślałem sobie: przecież to rower, ma koła, jakoś się potoczy. Jak się kupiło największe sakwy na rynku, to trzeba korzystać. Zapakowałem więc wtedy ponad 70 litrów bagażu, ale nie wpadłem na pomysł, żeby choć raz wcześniej przejechać się choćby z 5 kilometrów z tym majdanem. Rezultat był taki, że pchałem ten rower na Centralną a potem w pociągu całą trasę, zamiast spać, zastanawiałem się, co wypakuję i wyślę z powrotem Paczkomatem do Warszawy.

Wracając – 2 rowery do wyboru, ale do żadnego z nich nie byłem na 100% przekonany. Do momentu, kiedy nie pojawił się on 🩷 Tak, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Co prawda na razie jeszcze platoniczna, bo perspektywy kupienia tego modelu były prawie takie, jak te, że Kościół zgodzi się na małżeństwa osób tej samej płci. Ale zacząłem tę miłość skutecznie rozgrzewać.
Codziennie po obudzeniu się rano i kilka razy dziennie w trakcie dnia, odświeżałem stronę producenta i któregoś dnia do sprzedaży wskoczyła jedna, jedyna sztuka w moim rozmiarze i wymarzonym kolorze. 29 września złożyłem zamówienie. 2 października zostało w całości opłacone, a już szóstego – moja radość była u mnie.
Zakup rowerów Canyona wiąże się z tym, że można niedokładnie dobrać rozmiar; rower może być niezbyt dobrze „wstępnie złożony”, może mieć jakieś defekty z podróży kurierem a często też zdarzają się problemy z jego samodzielnym montażem w domu. Ile takich historii naczytałem się na polskim forum użytkowników Canona…
Nie w tym przypadku. Składanie Grizla 7 było czystą przyjemnością. Rower był idealnie spakowany (Canyon pakuje swoje rowery w najlepsze chyba na rynku pudła – aż szkoda je wyrzucać, dlatego moje stoi schowane za szafą i czeka na jakąś dłuższą podróż samolotem), wszystkie niezbędne narzędzia dostarczone w pudełku, włącznie ze smarami i kluczem dynamometrycznym. Jedyny problem miałem z odkręceniem hybrydowych pedałów od Kubusia, żeby przenieść je na nowy rower. Do pedałów dołączyło jeszcze niezastąpione siodełko Brooks B17.
Pozostała kwestia imienia. Ale tutaj nie miałem większych wątpliwości. Kolor roweru i ciągle tląca się gdzieś z tyłu głowy trasa śladami filmu, same nasuwały jedyną możliwość: to musi być Elio. Nie ma Call me by your name bez Elio.

Filetowa strzała była gotowa do jazdy.






































Dodaj komentarz