Okazało się, że koncert, jaki słyszeliśmy cały wieczór, to obchody Targów Widynia. Koncert miał trwać do 2 w nocy, ale zmęczeni dniem zasnęliśmy szybko.

O 3:30 obudził mnie Wojtek. Okazało że, że prognozy się nie sprawdziły i zaczął padać deszcz. Na szybko, zaspani, zaczęliśmy rozbijać tropiki do namiotów.

Pol nocy czułem też zapach spalenizny, jakby w pobliżu ktoś wypalał trawy lub rozniecał ognisko.
Mimo to wstałem rano wsypany. Wojtek jeszcze spał, gdy ja wykąpałem się w wodach Dunaju. Potem leniwie spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy do Vidyna na śniadanie.

Musiałem też zajechać do sklepu z elektroniką, gdyż wczoraj mój powerbank zaczął odmawiać posłuszeństwa. Mimo ładowania go w Craiovej przez całą noc, pokazywał stan 71% i z biegiem czasu i lądowania telefonu w trakcie jazdy, poziom mocy w powerbaku spadał.
Vidin okazał się całkiem przyjaznym miastem. Część zabudowań osadzona jest na terenie dawnej twierdzy, otaczają je obronne mury, za które można wjechać przez masywne bramy. Przez miasto biegnie deptak – ku naszemu zdziwieniu, w poniedziałek o 11:00 był.prlrn ludzi spacerujących o przesiadujących w rozstawionych na ulicy kawiarenkach.
W jednej z nich zatrzymaliśmy się na śniadanie.

Dzisiejszą trasę planowałem wczoraj kilka razy. Najpierw okazało się, że jest zbyt dużo podjazdów które prowadzą nieutwardzonymi drogami. Gdy zmieniłem trasę pod rower szosowy, okazało się, że prowadzi nas na przejście graniczne między Bułgarią i Serbią, które w rzeczywistości nie istnieje. W końcu udało mi się opracować optymalną trasę.

Ruszyliśmy druga wyjazdową z Vidina. Po kilku kilometrach odbiliśmy na lokalna drogę. Zaczął się bajeczny podjazd. Droga prowadziła co prawda w górę, ale bardzo przyjemną doliną. Aż chciało się mocniej pedałować. Gdy wjechaliśmy na szczyt, trasa prowadziła grzbietem z widokami na oddalone pasma górskie. Ruch samochodowy był żaden. Jechało się nam bardzo przyjemnie.

W miejscowości Boynitsa zaczęliśmy szukać sklepu, żeby uzupełnić płyny. Niestety wszystko było zamknięte. Polecieliśmy dalej do miejscowości Kula.

Tam znaleźliśmy kilka sklepów i jeden bar, w którym przyjemny gospodarz zrobił nam bułgarskie frappe z mielonej kawy zalanej wodą.

Kontynuowaliśmy podjazd do granicy. Jechało nam się tak dobrze, że złapaliśmy z awotkiem głupawkę. Ruch samochodowy na trasie był żaden, więc zaczęliśmy się wygłupiać, śpiewać drune piosenki i bawić się naszym osobliwym poczuciem humoru.

Kontrola graniczna przebiegła sprawnie. Przejrzano nasze paszporty, wstawiono stemple i pozwolono jechać. 2 kilometry za granicą odbiliśmy w lewo na nowiuski asfalt. Druga była wąska, najpierw dwa podjazdy a potem kilkukilometrowy zjazd. Jeden z lepszych na tej wyprawie. Aut zero, ciasne zakręty, przyjemne otoczenie dokoła, zero psów. Po prostu bajka.

W miejscowości Grljan wjechaliśmy na trasę Zaječar – Knjaževac. Bałem się głównych dróg w Serbii, a dokładnie Tirów i serbskich kierowców. Całkiem niepotrzebnie. Każde auto mijało nas z co najmniej dwumetrowym odstępem, niektórzy kierowcy pozdrawiali nas serdecznie dyskretnym klaksonem lub machaniem z okien.

Druga w pewnym momencie zaczęła ltiwafzic malowniczym wąwozem. Mijaliśmy nieliczne wioski z ciekawą stara zabudową, gdzieniegdzie sunekismy wiaduktami, w innych miejscach przekraczaliśmy rzeki. Leciało się świetnie.
Do Knjaževac dojechaliśmy koło 18:00. Kwaterę mieliśmy wynajęta na przedmieściu, musieliśmy jeszcze wybrać pieniądze z bankomatu żeby mieć czym płacić w Serbii.

Po dojechaniu na miejsce, matka właściciela, nie kowaca po angielsku ani słowa, napisala nam na kartce, że za nocleg należy się 2900 serbskich dinarów. Wojtek dał jej 4000, po czym kobieta odeszła. Wróciła po chwili z 100 dinarów reszty. Skonsjetriwany, napisałem na bookingu do właściciela, że nastąpiło nieporozumienie. Ten przeprosił i obiecał rozwiązać problem. Po 10 minutach kobieta wróciła z 1000 dinarów reszty. Okazało się, że nie miała tyle przy sobie i musiała wrócić do domu po brakujące pieniadze. Ot, bariera językowa.

Po prysznicu i wstawieniu prania, na lekko, pojechaliśmy do miasta na kolację. Wojtek znalazł fajną pizzerię. Siedliśmy przy stoliku na chodniku, w widokiem na ulicę. To był bardzo dobry dzień. Jutro kolejne serbskie podjazdy.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.







































Dodaj komentarz