Poranek był wystrzałowy i to nie z powodu ryzyka nadchodzącej biegunki. Obudziły mnie strzały z broni palnej. Echo niosło się po tafli zbiornika.

Wojtek słodko sobie spał z zatyczkami do uszu, ale ja nie mogłem już zasnąć. Przez chwilę bałem się nawet spionizowac, żeby nie dostać gdzieś rykoszetem.
Powoli zacząłem się ogarniać: zwijać śpiwór, przygotowywać ubrania na dzisiaj.
Po 20 minutach przebudził się Wojtek, rozgrzany słońcem, które zaczęło wyglądać zza drzew i od samego rana niemiłosiernie palić. Pakowanie zajęli nam około godziny, już byliśmy gotowi do drogi, gdy zobaczyłem, że w przedniej oponie nie mam powietrza.

Na szczęście system nie rozszczelnił się, więc zacząłem pompowanie. Okazało się, że między oponą a obręczą przedniego koła była szpara, najprawdopodobniej od wczorajszego uderzenia z impetem w kant dziury na drodze. Mleko jednak załatało szczęśliwe dziurę i po 15 minutach ruszyliśmy.
Kilkaset metrów po starcie Wojtek zauważył na szutrowej drodze łuski od shotguna…
Do Hîncești pozostało nam jeszcze 20 kilometrów, praktycznie cały czas szutrowej drogi. Słońce prażyło wysoko, a przed nami było jeszcze kilka podjazdów. Na szczęście szuter był nieco lepszy niż wczoraj. Co kilkaset metrów zatrzymywaliśmy się jednak w cieniu rzadkich drzew, żeby odpocząć od słońca.

Jedne dłuższy postój zaliczyliśmy w miejscowości Moleşti na szybkie śniadanie.

Asfalt pojawiał się tylko sporadycznie w mijanych miejscowościach, ale i tak był chwilowym wytchnieniem, szczególnie na podjazdach. Przed samym Hîncești zaczął się upragniony asfalt. za to sam zjazd do Hîncești to była bajka. W mieście zatrzymaliśmy się w bardzo urokliwej kawiarni Baba na zimną kawę i odpoczynek.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Za miastem czekało nas kilka podjazdów, na szczęście aż do samej granicy z Rumunią każdy był już wyłożony asfaltem, chwilami tak świeżym, że opony przyklejały się do niego w upale. Na raty, ale udało się w końcu dojechać do granicy.

Kontrola graniczna przebiegła sprawnie. Celnicy puścili nas przed autami, więc dość szybko przekroczyliśmy most nad rzeką Prut i wjechaliśmy do Rumunii.

Wtedy uświadomiłem sobie, że nigdy w życiu nie byłem pozagranivami Unii Europejskiej. To znaczy byłem, bo żyłem w Polsce przed 2094 rokiem i byłem wiele razy w Czechach czy na Słowacji, zanim te kraje wstąpiły do Unii, ale – nie licząc Szwajcarii, która jest w strefie Schengen, nigdy nie byłem poza granicami obecnej wspólnoty.

Mołdawię pożegnaliśmy bez smutku. Wyprula z nas zapał podróżowania po bezdrożach. Jedzenie mało smaczne, nawet to paczkowane w sklepie. Ludzie w większości bardzo niemili. Jedyną miłą osobą, jaka spotkaliśmy przez te 3 dni była właścicielka dziś odwiedzonej kawiarni Baba. Nawet na ulicach ludzie do siebie się nie uśmiechali, nie pozdrawiali się nawzajem, więc to nie była tylko niechęć do nas, jako do obcokrajowców. Krajobrazy – nie pozwalały, jedyny miły dla oka widok to wczorajsze połoniny i brzydkie, tak, że aż piękne, bezdroża. I drogach chyba wspominać nie muszę.

Przed nami otwiera się Rumunia, kraj w którym siedzimy przeszło tydzień. Na starcie przywitają nas pięknymi asfaltami, ale też trzema kilkukilometrowym i podjazdami. Naszym celem bylo dziś miasto
Huși; dojechaliśmy don koło 19:00. Nie mając rezerwacji w żadnym hotelu, zaczęliśmy jeździć od jednego obiektu do drugiego. W każdym z nich wszystkie miejsca były zajęte, przez odbywające się wesela. Zaczynało zmierzchać. Podjęliśmy decyzję że robili kolejny podjazd, gdyż na przedmieściach znajdował się ostatni pensjonat z nadzieją na wolny pokój. Na kilkaset metrów przed już wiedzieliśmy, że nasze starania są płonne. Przed obiektem stało kilkadziesiąt aut a na werandzie odpoczywali weselni goście.
Po drugiej stronie doliny, na tle zachodzącego słońca, piętrzyły się wieże okolicznego klasztoru prawosławnego.

Nasza ostatnia nadzieja. Podjechaliśmy serpentyną do góry. Przed bramą krzątała się zakonnica ubrana w czarny habit. Przedstawiłem jej naszą sytuację, po czym ona wyciągnęła telefon i zadzwoniła do klasztoru. Po chwili kazała nam iść za nią. Pod budynkiem mieszkalnym powiedziała, że musimy chwilę poczekać, bo trwają właśnie modly, ale za pom godziny będziemy mogli porozmawiać z Stareță czyli ksieni tutejszego klasztoru.
Po 15 minutach przyszła do nas siostra Euzebia. Z pomocą translatora przedstawiłem jej naszą sytuację a ona zgodziła się na nasz pobyt w klasztorze. Zostaliśmy zaprowadzeni do cei na 1 piętrze klasztoru. W śrofku czekały na nas dwa pościelone skromne łóżka oraz butelka wody i żel pod prysznic wraz z swoją ręcznikami.

Dostaliśmy propozycję kolacji, ale odmówiliśmy, gdyż byliśmy jeszcze pełni po pizzy, jaką zjedliśmy przed granicą. Umówiliśmy się jedynie na poranną kawę.
Idziemy spać, Choć ciężko będzie zasnąc. W celu panuje niemiłosierny zaduch; jest pewnie około 25°C a jedyne okna, jakie są, to te na korytarzu przed drzwiami.


















































Skomentuj