Noc, a właściwie wieczór, był z przygodami. Leżałem już w namiocie, gdy nagle rozległy się syreny policyjnego wozu. Tuż przed bramą campingu niedźwiedzica z młodymi próbowała dostać się do kontenera na śmieci.

Natychmiast żebrak się tłum gapiów. Niedźwiedź najpierw wybierał że śmietnika poszczególne kąski, ale najwidoczniej było mu mało więc w pewnym momencie przewrócił cały kontener na pobocze i zaczął szperanie. W oddali słychać było ujadające psy z okolicznych gospodarstw.

Przenikliwy dźwięk syreny policyjnego wozu w pewnym momencie odstraszył niedźwiedzia. Zrobiło się cicho.
Po kilkunastu minutach, gdy policja już odjechała, miś wrócił i dokończył palaszowanie że śmietnika.
Z duszą na ramieniu poszedłem spać. Niby camping igtidizny był elektrycznym pastuchem, ale gdy zobaczyłem siłę, z jaką niedźwiedź poturbował kontener, miałem obawy, czy pastuch jest wystarczająca dla niego przeszkodą.

Na szczęście dalsza część nocy przebiegła już spokojnie. Wstaliśmy późno, koło 9:00. Zostawiliśmy rzeczy na campingu i poszliśmy zwiedzać ruiny zamku Poenari, należącego do Wlada Palownika, pierwowzoru Drakuli. Do zamku prowadzi 1480 schodów.

Zamek Poenari został zbudowany na początku XIII wieku przez Wołochów. Około XIV wieku Poenari (wówczas znany jako Zamek Arges) był główną twierdzą władców Basarabów. W ciągu następnych kilku dekad nazwa i mieszkańcy zmieniali się kilkakrotnie, ale ostatecznie zamek został opuszczony i popadł w ruinę.
Jednakże w 1459 roku, zdając sobie sprawę z potencjału zamku położonego wysoko na stromym urwisku skalnym, Vlad III Palownik naprawił i umocnił konstrukcję, aresztując swoich wrogów spośród szlachty z Wołoszczyzny, czyniąc ją jedną ze swoich głównych twierdz, odbudowując dawny Zamek Arges po lewej stronie rzeki kamieniami ze starszego Zamku Poenari, który znajdował się na prawym brzegu i nieco niżej.

Chociaż zamek był używany przez wiele lat po śmierci Vlada w 1476 roku, ostatecznie został ponownie opuszczony w pierwszej połowie XVI wieku i w XVII wieku był w ruinie. Rozmiar i położenie zamku utrudniały jego zdobycie. 13 stycznia 1913 roku osuwisko spowodowane trzęsieniem ziemi zwaliło części zamku, które runęły do rzeki daleko poniżej. Po dwóch kolejnych trzęsieniach ziemi w latach 1940 i 1977, które spowodowały dalsze zniszczenia, zamek został częściowo odbudowany, a mury i wieże stoją do dziś.

Koło 11 ruszyliśmy w trasę. 25 kilometrów jechało się bardzo przyjemnie, cały czas w dół, doliną rzeki Argeș. Mijaliśmy klimatyczne stare domy i przydrożne kramiki z owocami, takimi jak śliwki, gruszki czy jabłka.

Po niecałej godzinie dojechaliśmy do Curtea de Argeș. W XIV w. miasto było siedzibą hospodarów Wołoszczyzny, począwszy od Basaraba I, uznawanego za założyciela państwa, a skończywszy na Mirczy Starym – jego następca, Michał I Basarab na początku XV w. przeniósł stolicę do Târgoviște, a miasto zaczęło chylić się ku upadkowi. Curtea była też siedzibą metropolitów wołoskich, do początku XVI w.

Naszym celem była Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej wzniesiona z fundacji hospodara Neagoe Basaraba V w latach 1514–1517.

Cerkiew zaliczana jest do najważniejszych zabytków rumuńskiej architektury XVI wieku. Jest to także najważniejszy ośrodek pielgrzymkowy w regionie, szczególnym kultem otaczane są relikwie św. Filotei oraz cząstki relikwii św. męczennicy Tatiany oraz św. Sergiusza.

W cerkwi znajdują się groby królów rumuńskich Karola I, Ferdynanda I i Michała I oraz królowej Elżbiety.

W mieście zatrzymaliśmy się też na obiad i deser. Spróbowalismy po raz pierwszy papanași, czyli tradycyjnego rumuńskiego i mołdawskiego rodzaju deseru serowego w kształcie pączka. Ciasto przygotowuje się z miękkiego sera takiego jak urda lub zamiennie z wykorzystaniem ricotty lub twarogu, jajek, mąki, kaszy manny, bułki tartej i cukru. Zwykle podaje się je ze śmietaną i dżemem lub posypane cukrem.

Za miastem czekał nas jeden drugi podjazd, w pełnym słońcu. Nie byłby tak ciężko gdyby nie to, że nawierzchnia dawała wiele do życzenia. Zatrzymaliśmy się w połowie na odpoczynek i cisnęliśmy dalej. Gdy zjechaliśmy na dół, nasza trasa odbiła od głównej ulicy w bok. Jechaliśmy teraz przyjemnie drogą że znikomym ruchem samochodowym, mijając malownicze miejscowości z jeszcze bardziej malowniczymi domkami i obejściami.

Na 30 kilometrów przed dzisiejszym celem Wojtek sprawdził radar pogodowy. Zbliżała się do nas burza. Postanowiliśmy dojechać do jednej z ostatnich miejscowości na trasie i przeczekać nawałnicę zanim znajdziemy dobre miejsce do spania na dziko.

Burza jednak orzeszka obok, więc po wypiciu kawy z automatu (ja) i coli (Wojtek) ruszyliśmy nad rzekę w poszukiwaniu spotu. Niestety, rzeka okazała się zbyt brudna, żeby rozbić się w jej pobliżu. Nie mielibyśmy gdzie się wykąpać po dzisiejszym dniu. Zdecydowaliśmy więc, że jedziemy do miejscowości Galicea do pensjonatu, oznaczonego na mapach Komoota. Gdy byliśmy 2 kilometry przed celem, nagle nastąpiło urwanie chmury i grzmoty. Naraz zatrzymaliśmy się pod przydrożnym drzewem, żeby choć trochę ukryć się przed ścianą deszczu. Na niewiele się to zdało, orzrmivzulo nas do suchej nitki. Ruszyliśmy dalej. Nagle znów zaczęło padać. Wojtek zatrzymał się gdzieś na poboczu, ja pojechałem kawałek dalej i znalazłem otwarte garaż, w którym mogłem się schronić.

Gdy przestało padać, Wojtek nie nadjeżdżał. Nie miałem jak się z nim skontaktować, żeby do mnie dojechał, nie było zasięgu. Wróciłem więc kilkaset metrów i spotkałem Wojtka jak rozmawiać przez płot z jakimś lokalesem.

Mieszkaniec wioski zapraszał Wojtka na kawę i ciacho, żebyśmy schronili się na chwilę i wysuszyli. Zbliżała się jednak zmierzch więc zdecydowaliśmy, że jedziemy dalej.
Pensjonat z Komoota w miejscowości Galicea, jak się okazało, nie istniał. W jego miejscu stał posterunek policji. Sprawdziliśmy na szybko na mapach Google okoliczne miejsca noclegowe i wybór padł na Casa Eden, położone 6 kilometrów dalej, w miejscowości Babeni. Po drodze minęliśmy zaporę i zbiornik wodny na rzece Akurat.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, zobaczyliśmy przydrożny bar, w którym kwitło życie towarzyskie. Mężczyźni grali w karty ma pieniądze, głośno debatowali i pili piwo. Na szczęscie tym razem Google nie kłamało, obiekt oferował także noclegi, w typowym bałkańskim stylu. Na balkonach i tarasie budynku można było znaleźć wszystko, co tylko nie mieściło się w budynku: kanapa, lodówka, stary grill, zlewozmywak, mniesto roślin, różnego rodzaju tkanin i innych przydasiów.

Miła pani, nie miejsca ani słowa w innym języku, niż rumuński, zaprowadziła nas na piętro i dała do wyboru 2 pokoje. Ulokowaliśmy się w jednym z ich i zaczęliśmy rozbierać z mokrych kolarskich ubran. Marzyłem o prysznicu. Ten, ulokowany w toalecie, był bardzo osobliwy. Miał powierzchnię może 2 metrów kwadratowych, woda lała się ze słuchawki ma podłogę łazienki tak, że można było jednocześnie siedzieć na toalecie i brać prysznic. Coż za oszczędność czasu i miejsca!

Rozgrzani prysznicem mogliśmy w końcu odpocząć.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.







































Dodaj komentarz