nie chce mi się już jechać. Jestem wypruty, wkurza mnie codzienne wstawanie i składanie namiotu, często mokrego jeszcze od porannej rosy. Mam dość. O ile prościej byłoby, gdybym spał sobie w jakiś kwaterach czy wynajmował pokoje w pensjonatach… Byłoby prościej, tylko czy ciekawiej?
Wstałem dzisiaj koło 7:30, planowałem wyjechać około 9:00 bo miałem do przejechania 107 kilometrów. Gdy tylko się obudziłem, już wiedziałem, że prognoza pogody się nie sprawdziła. Całą noc siąpił deszcz, więc namiot jest mokry. Śpiwór też za każdym razem mam lekko wilgotny od własnego potu i od skraplającej się w namiocie pary wodnej. Nie chce mi się wygrzebywać ze śpiwora.

Leżę zawsze jeszcze kilkanaście minut, czasami podsypiam, przestawiając tylko czas pobudki, ale potem zawsze wstaję i wychodzę na ten chłód poranka. Pakuję powoli swoje rzeczy do worków, potem sciągam tropik z namiotu i rozwieszam go pod dachem lub na pobliskich drzewach, żeby przeschnął. Przytraczam pakunki do roweru. Prusznicac rano nie biorę – wystarcza mi wieczorny, rano tylko myję zęby i wyruszam w zasadzie bez żadnego śniadania.
Dzisiaj, gdy tylko postawiłem nogę na pedale, przestało padać. Całe szczęście, bo trasę zaczynam od dosyć długiego i stromego podjazdu: na odległości około trzech kilometrów muszę pokonać 250 metrów przrzyzszenia. Droga wije się z zyzgakami, najpierw przy kościele, później skręca w las. Nna szczęście droga nie jest ruchliwa, więc mogę sobie na niższym przełożeniu wzdłuż drogi.
Nagle przed ostatnim zakrętem las się lekko przerzedza i przed moimi oczami wyłania się fantastyczny widok na całą okolicę, którą wczoraj przejechałem – od Padwy przez Wenecję i Adriatyk na horyzoncie. To była niezła rekompensata za wkurw poranka.
Wjechałem na szczyt wzniesienia – a tam ruch jak na uliczkach Wenecji: okazało się, że trasa, na którą wjechałem, jest bardzo uczęszczanym szlakiem rowerowym; rowerzystów tyle, co w drodze do Góry Kalwarii… W każdym wieku, wybranych w obcisłe lycry, na rowerach droższych niż suma mojego ubezpieczenia – śmigali w tę i z powrotem mimo wysokich przewyższeń i mimo chłodnej jeszcze rano pogody.
Ja byłem ubrany dość ciepło, w długie lekko ocieplane spodnie i w koszulkę z długi rękawem. Wszystkie krótkie ciuchy wiozłem mokre na torbie podsiodlowrj, bo przez deszcz nie zdązyly wyschnąć przez noc.

Kawałek za szczytem wzniesienia zatrzymałem się w przydrożnym barze, żeby napić się pierwszej tego dnia kawy. Po szybkim cappuccino rozpocząłem epicki zjazd na drugą stronę wzgórza. Trwał on dobre 8 kilometrów – udało mi się osiągnąć maksymalną prędkość 45.km/h. Nie jest to jakiś rekord, ale patrząc na to, jak obładowany jadę i jak niepewne mogą być moje hamulce, całkiem nieźle.

Zjazd zakończył się w miejscowości Brandola. Po lewej stronie nagle wyrosła dziwna budowla – mi to ruiny, nie kto kościół. Doczytałem później, że to katedra, której budowa została rozpoczęta w 1928 roku, ale przerwana przez wojnę nigdy nie została ukończona. I tak sobie niszczeje bez witraży, drzwi i okien od tamtej pory.
Kawałek dalej, w miejscowości Montebello, zatrzymałem się na kolejne espresso: właściciel przytulnej kawiarenki stał na progu z rodziną i spoglądał w stronę kościoła. Po chwili z rabanem klaksonu nadjechał samochód przystrojony w ślubne ozdoby. Para młoda jechała do ślubu.

Kolejna miejscowość już z daleka wyglądała na turystyczną: z odległości kilometra na wzgórzu widać było średniowieczny zamek. Wjechałem do miasta przez okazałą bramę; na murach obronnych przycupnęły rzeźby kolorowych żab. To chyba domena Soave, bo na kamieniczkach wewnątrz murów też osiadły dziwne stwory – raz surykatki, raz kolejne ropuchy.

Za miastem rozpoczął się teren winiarski: po horyzont rozpościerały się pola winorośli, rolnicy wyjeżdżali ciągnikami w te pola i robili opryski ochronne.
Słońce było już wysoko na horyzoncie, temperatura sięgała ponad 20 stopni, a ja nadal jechałem w długich spodniach i w długiej koszulce, ponieważ szkoda mi było przebierać się w czyste ciuchy. Jechałem więc jak ten debil, patrząc na mijających mnie rowerzystów w krótkich spodenkach i w krótkich rękawkach, a czasami nawet bez koszulek.
Przed sobą miałem jeszcze ponad 50 kilometrów, złapałem kryzys. Rzuciłem rower w krzaki, usiadłem przy drodze i siedziałem dobre 15 minut rozglądając się dookoła i nie myśląc o niczym.
Po przejechaniu kolejnych kilku kilometrów przy trasie pojawiła się tabliczka oznajmiając, że wjeżdżam do Werony. Musiałem cyknąć symboliczne zdjęcie. Proszę Państwa, tak właśnie wygląda kolarstwo romantyczne:

Do centrum miasta wjechałem od strony północno-wschodniej, przez most Ponte Piętra. Za murami było mnóstwo ludzi, wśród nich ogrom polskich głosów. Przejechałem głównym deptakiem w stronę domu Julii. Żeby dostać się pod słynny balkon, trzeba było stać w długiej kolejce. Legitymacja niepełnosprawnego znowu zrobiła cuda: ochroniarz wpuścił mnie tylnym wejściem bez potrzeby stania w kolejce, jednak musiałem zostawić Elio bez opieki pod ścianą kamienicy.

Pod balkonem Julii zrobiłem kilka zdjęć, po czym stwierdziłem, że jestem zmęczony ludźmi i jak najszybciej chciałem się stamtąd wydostać.
Od Werony do celu dzisiejszego dnia dzieliło mnie jeszcze ponad 30 kilometrów, w tym 2 dosyć długie podjazdy Słońce cały czas prażyło, więc zdecydowałem, że co 10 kilometrów będę zatrzymywał się na krótkie odpoczynki. Jeden z nich wypadł w małżeńskiej miejscowości przy parafialnym kościele. W miejscowej piekarni zamówiłem croissanta oraz espresso i dodawszy sobie energii, akrylem się na chwilę w chłodzie kościelnego wnętrza.

Mógłbym w zasadzie skrócić sobie dzisiejszą trasę o dobrych 7 kilometrów, ale planowałem dojechać do Jeziora Garda od strony Peschiera del Garda. Jak na miejscowość turystyczną, jest to bardzo klimatyczne, piękne miejsce miasteczko. Całość otoczona jest gigantycznym murem, w środku bardzo fajna ścieżka rowerowa wyprowadzająca wzdłuż muru i kanału nad jezioro.
Na camping dojechałem kilka minut po godzinie 18:00. Rozbiłem namiot, zrobiłem duże pranie wraz z suszeniem w automatycznej suszarce, więc humor poprawiły mi ciepłe jeszcze spodnie, otulające w wieczornym chłodzie moje zmęczone łydki.

Jutrzejsza trasa będzie raczej bez większych podjazdów, jedynie na sam koniec do campingu. Jestem zmęczony, nie chce mi się jechać dalej, ale na myśl o miejscach, które mam jeszcze w planie zobaczyć, mobilizuje mnie do dalszego wysiłku. A już za 2 dni kolejny całodzienny rest, w jednym z piękniejszych – tak sądzę – miejsc na mojej trasie.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.







































Dodaj komentarz