dzisiaj dzień był bardzo spokojny, ale takie też trzeba doceniać, bo to one pozwalają nam zobaczyć te, które są wyjątkowe.
Obudziłem się dosyć późno, o godzinie ósmej. Na dziewiątą miałem omówione śniadanie, tak więc najpierw spakowałam wszystkie rzeczy i załadowałem je na rower. Wziąłem prysznic i o umówionej porze siadłem do stołu. Włoskie śniadanie przygotowane przez gospodynię było wyśmienite: prawdziwe capuccino z kawiarki Bialetti z ręcznie ubitym mlekiem, świeże bułeczki mimo włoskiego święta pracy, zestaw dżemów, pyszne sery i wędliny… Czegóż mi było więcej trzeba? Delektowałem się posiłkiem, nie spiesząc się zbytnio – wiedziałem, że dzisiaj mam do przejechania mały dystans.
Po godzinie 10:00 wyruszyłem w stronę Palmanovy.

Palmanova to miasto zbudowane na planie dziewięcioramiennej gwiazdy. Zostało założone w renesansie na polecenie władz Wenecji jako miasto idealne. Fortyfikacje miały bronić Wenecji przed Turkami Osmańskimi, którzy mogli uderzyć od strony Bałkanów. Przy budowie, jak mówi Wikipedia, wykorzystano wszystkie najnowsze innowacje wojskowe 16. wieku, przez co małe miasteczko stało się fortecą. Miasto otaczały bastiony, mury, fosa i 3 bramy.
Przez jedną z nich, z ruchem wahadłowym, wjechałam do miasta. Aleja doprowadziła mnie wprost co centrum, na bardzo rozległy plac z wynikającym się kościołem na jednej z dziewięciu jego pierzei. Objechałem rundę honorową dokoła placu, po czym zatrzymałem się w kawiarni na poranne cappuccino i na krótki odpoczynek. Wiedziałem, że nie muszę się spieszyć, gdyż planowałem z powodu bólu w kolanie skrócić sobie odcinek i zamiast jechać do Wenecji rowerem, część trasy zdecydowałem przejechać pociągiem. Najbliższy pociąg miałem o godzinie w 12:53 więc miałem dwie godziny w zapasie.

Po wypiciu kawy i półgodzinnym odpoczynku wyjechałem za bramy miasta, żeby nakręcić kolejne ujęcia z drina. Miasto z lotu ptaka wygląda fantastycznie: warto obejrzeć je sobie na Google Maps, żeby zobaczyć, jak wygląda ta niepowtarzalna architektura.
Ruszyłem w dalszą trasę. Po przejechaniu kilkanastu kilometrów dojechałem do miejscowości Cervignano del Friuli. Przy rynku, w okolicach niedużego parku, trwał właśnie protest rolników z okazji święta pracy. Zaskoczyło mnie to, że obok kilkunastu ciągników wśród transparentów zauważyłem również tęczowe flagi: rzecz jak dotąd niespotykana w Polsce, żeby środowiska LGBT wspierały rolników i vice versa.

Zajechałem na stację kolejową, żeby kupić bilet, po czym wróciłem do centrum na kolejną kawę. Przy stoliku uciąłem bardzo przyjemną pogawędkę z parą Włochów. Ona opowiedziała mi o postulatach rolników z protestu, ja zaś wspomniałem o planach mojej podróży. Porozmawialiśmy chwilę o atrakcjach, jakie mnie jeszcze czekają, po czym wróciłem w stronę dworca, żeby zdążyć na pociąg.
Pociąg linii RV do miejscowości San Donna di Piave kosztuje 7,35 € plus 3,50 € za rower. Podróż trwała 49 minut, więc miałem czas, żeby dokończyć wpis z bloga z dnia wczorajszego.
O godzinie 13.42 dojechałem do stacji docelowej. Wsiadłem na rower i ruszyłem w dalszą drogę. Przede mną było 45 km do celu mojej podróży.
Trasa tym razem nie prowadziła już żadnym szlakiem rowerowym, więc jechałem mniej ruchliwymi ulicami. Momentami na poboczu była ścieżka rowerowa, ale w większości czasu jechałem po prostu asfaltem. W połowie trasy, z powodu silnego wiatru wiejącego w twarz, zatrzymałem się na krótki odpoczynek i kolejne espresso.
W przybrożnym barze siedzieli miejscowi lokalsi zdziwieni, że jakiś obcy rowerzysta zatrzymał się w ich lokalu, jednak obsługa była bardzo miła i życzliwa.

Dalsza droga w pewnym momencie skręciła ostro w prawo i doprowadziła mnie wprost do centrum miejscowości wypoczynkowej Jesolo.
Wjechałem na bardzo długą promenadę wiodącą wzdłuż morza. Trochę jak nasze Władysławowo.
Odbiłem na chwilę w stronę plaży, żeby zobaczyć Adriatyk, wszak to był cel mojego pierwszego etapu podróży. Szlak nazywa się Alpe Adria.
Co prawda nie skończyłem go tak jak wszyscy w Grado, więc niektórzy mogą się doczepić do tego, czy skończyłem wytyczony szlak. Ja natomiast lubię zostawiać pewne rzeczy z niedosytem. Być może będzie okazja, żeby kiedyś jeszcze wrócić na tę trasę. Tak czy inaczej dojechałem do Adriatyku, więc jakąś formę Alpe Adria mam na pewno za sobą.

Już na końcu miejscowości, gdzie ruch turystyczny był zdecydowanie mniejszy, zatrzymałem się w jednej z nielicznych otwartych o tej porze restauracji na posiłek. Zamówiłem pizzę Sicilia z anchois, caparami i mozzarellą i pierwszy tego dnia Aperol Spritz.
Po napełnieniu żołądka ruszyłem dalej.
Trasa aż do końca półwyspu, do miejscowości Punta Stabbioni, prowadziła bardzo przyjemną, pomalowaną na czerwino ścieżką rowerową. Można było się rozpędzić, przestać myśleć o zakrętach i wpaść w rytm jazdy. Jechałem z prędkością około 30 km na godzinę z myślą, że niedługo czeka mnie zasłużony odpoczynek.

W przystani zatrzymuje się prom, który zbiera turystów i roweru na wyspę Lido. Do Wenecji roweru nie mają wstępu. Za bilet zapłaciłem 11 €; w cenę wliczony jest bilet za rower.
Wsiadłem na prom jako pierwszy, obsługa wpuściła mnie dedykowanym przejściem, nie musiałem stać w kolejce tam, gdzie pozostali turyści. Zaskoczyła mnie liczba Polaków, którzy wsiadali na prom.
Na pokładzie uciąłem sobie miłą pogawędkę z parą włoskich rowerzystów, którzy objeżdżali okoliczne miejscowości z wycieczką.
Po niespełna pół godziny rejsu, dotarliśmy do przystani na wyspie Lido, mając zabudowania Wenecji i Placu Świętego Marka po prawej stronie. Zaraz po zejściu z pokładu skierowałem się w lewą stronę, żeby osiągnąć cel mojej dzisiejszej podróży, czyli kemping San Nicolai na cyplu wyspy Lido, zaraz obok lotniska.

Okazało się, że jestem dopiero drugim turystą, który w tym roku korzysta z tego kempingu. Otworzyli go dopiero dzisiaj, dlatego na terenie kempingu nie działa jeszcze bar, ale przynajmniej pod prysznicami zastałem ciepłą wodę.
Mógłem wybrać sobie dowolne miejsce na rozbicie namiotu, więc umościłem się pod małym drzewem, żeby móc przypiąć do niego zakurzonego od włoskich szutrów Elio. Rozpakowałem swoje rzeczy i poszedłem w stronę centrum na drobne zakupy i na drinka.
Ten dzień był bardzo zwykły, taki pospolity jak każdy inny dzień zwykłych ludzi. Jednak świadomość tego, że jutro mam dzień restu i mam zamiar szwendać się po zaułkach i mostach Wenecji powoduje, że czuję coś wyjątkowego.

Nigdy tutaj nie byłem, więc tym bardziej czuję ekscytację na myśl o tym, ci przyniesie jutro.
Pierwszy raz spotkałem się z taką empatią i zainteresowaniem od „obcych” mi ludzi. Wasze rady na temat mojego kolana i zagrzewanie do walki fakt mi tyle energii, że nie poddałem się i jadę dalej. Alpe Adria przejechane, ale to nie jest moje ostatnie zdanie.
—
Na koniec chciałbym bardzo podziękować wszystkim za głosy wsparcia, za wszystkie wiadomości, które do mnie napisaliście na Instagramie czy w komentarzach na Facebooku.
Zapraszam na dalszy etap podróży śladami Elio.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.







































Dodaj komentarz