Do 11:00 musieliśmy opuścić kwaterę.
Wstałem o 8:30, wziąłem prysznic i zszedłem na dół w poszukiwaniu bankomatu, żeby wypłacić euro. W drodze powrotnej kupiłem po burku na śniadanie dla nas.
Dopakowaliśmy kartony do końca i okleilismy je taśmą. Zaczęła się operacja znoszenia wypchanych kartonów na dół – mieszkanie mieliśmy na 5 piętrze, bez windy.

Potem zataszczyliśmy je wspólnie 700 metrów przez ulicę Tirany do Placu Skanderbega, gdzie postój miał autobus lotniskowy.
Odjazd był do 13:00 więc mieliśmy jeszcze godzinę na zakupy pamiątek i na lody.
Autobus odjechał punktualnie. Za kurs mieliśmy zapłacić na końcu, ustalona wcześniej i obwieszczoną na plakacie kwotę 4 euro za osobę i „bulky luggage”. Na koniec kursu po autobusie chodzik pilot i zbierał opłaty. Zapłaciliśmy za przejazd.

Wpakowaliśmy rowery z bagażnika i Wojtek poszedł do terminala po wózek bagażowy. Tymczasem ja stałem na parkingu i czekałem na niego. W pewnym momencie podchodzi do mnie kierowca autobusu i wymusza na mnie dodatkowa opłatę po 5 euro za każdy karton z rowerem. Powiedziałem, że nie było o tym mowy przed wyruszeniem, więc nie zapłacę. I odszedłem. Słyszałem tylko że coś komentował pod nosem, ale dał za wygraną.

Mieliśmy sporo czasu do odlotu więc usiedliśmy na kawę. Gdy otworzyła się możliwość check-inu, podeszliśmy do stanowiska. Wyszło, że mój rower irzrjtivzul limit wagowy o prawie 2 kilogramy, mimo że jedno koło spakowałem do kartonu Wojtka… Najprawdopodobniej to butelka wina i kilka innych pamiątek, jakie kupiłem wczoraj w Tiranie. Na szczęście nie zostałem obciążony dodatkowa opłatą.
Mężczyzna z obsługi lotniska zaprowadził nas do security checku bagaży ponadwymiarowych. Wszystko przeszło bez problemu.

Problem nastąpił na naszej kontroli bezpieczeństwa. Mój bagaż podręczny został cofnięty do dodatkowej kontroli. Spodziewalem się, że to przez nabój CO² do pompki rowerowej, który celowo schowałem do plecaka, żeby sprawdzić, czy przejdzie przez kontrolę. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się że to przez rolle taśmy klejącej, która miałem schowana w plecaku na wypadek potrzeby dodatkowego oklejenia kartonów na lotnisku.

Lot mamy o 18:05 więc jeszcze trochę czasu posiedzimy w terminalu. Podróż kończy się zmęczeniem, ale też satysfakcją. W końcu zrobiliśmy to!
Liczby mówią same za siebie.
- Przez 20 dni podróży zrobiliśmy 2004,22 kilometry pedałując na rowerach.
- W siodle spędziłem łącznie 94 godziny, 10 minut i 5 sekund.

- Przejechaliśmy przez 7 krajów i 1 nieuznawane przez społeczność międzynarodową terytorium: Mołdawia, Naddniestrze, Rumunia, Bułgaria, Serbia, Kosowo, Macedonia Północna i Albania.
- Zrobiłem 425.035 obrotów korbą roweru.
- Spaliłem dzięki temu 56.165 kcal czyli jakieś 187 pączków, albo jak kto woli 122 BigMaki.
- W wartościach odżywczych spaliłem 3.207 g tłuszczu i 12.176 g węglowodanów.
- Podjechałem 15.595 metrów pod górę czyli 1,76 razy na Mount Everest.
- Najwyższy punkt w jakim byłem rowerem to 2042 m npm (okolice tunelu nieopodal jeziora Bâlea na drodze Transfăgărășan), najniższy to plaża nad Adriatykiem w Durres.

- Największa prędkość z jaką zjeżdżałem z góry to 63,9 km/h na zjeździe za Curtea de Argeș w Rumunii.
- W trakcie trasy straciłem 1 oponę (dziura była tak duża, że trzeba było ją załatać u wulkanizatora, co spowodowało odkształcenie opony).
- Łącznie na całą wyprawę wydałem około 5.000 PLN, ale liczba ta jest bardzo szacunkowa bo większość rachunków dzieliliśmy między siebie z Wojtkiem.
Miejsca do których chciałbym wrócić to bez wątpienia Sibiu i Brasov w rumuńskiej Transylwanii. Klimat tych dwóch miast jest nie do podrobienia i super by było spędzić tam kilka dni, żeby dać się zgubić w tych uliczkach i poczytać książkę w maleńkich kawiarenkach.

Podobnie myślę o Skopje. Nie spodziewałem się po tym mieście niczego wielkiego, a wywarło na mnie niemałe wrażenie. To miasto tysiąca pomników tętni burzliwą historią – widać to na każdym kroku. Chciałbym tam pojechać i spenetrować zaułki Starego Bazaru.
No i oczywiście Ochryda – cały wschodni brzeg jeziora. Klimat klifów, plaż, krystalicznie czystych źródeł i szczytów górskich nad jeziorem, cerkiewek i beach barów – to jest to, do czego będę chciał wrócić.

Przyrodniczo największe wrażenie i duży spokój dał mi zjazd przepięknym kanionem rzeki Radika w Macedonii Północnej, w Parku Narodowym Mavrovo.
Sportowo największą satysfakcję dał mi przejazd trasą Transfăgărășan – to był mój główny cel tej wyprawy.

Totalnie zawiodłem się Kosowem i Albanią. Kraje te, z perspektywy naszej trasy, były nudne a przede wszystkim bardzo zaśmiecone. Nie rozumiem jak można tak bardzo nie dbać o środowisko, które otacza mieszkających tam ludzi – nawet w turystycznych, nastawionych na zarobek miejscach. Kierowcy jeżdżą jak opętani, nie zwracając uwagi ani na pieszych, ani na rowerzystów.

Duże wrażenie, niestety w pejoratywnym sensie, zrobiła na mnie Mołdawia. Tych szutrów i biedoty nie zapomnę długo… Być może są tam bardziej cywilizowane miejsca, ale też przez które jechaliśmy, napełniały smutkiem. Krajobraz jest piękny, ale nędza straszna.
Pierwsza połowa wyprawy dawała mi radość i sportowa satysfakcję, drugą była już trochę na siłę. Były dni, kiedy nie miałem ochoty jechać dalej. Nie wiem, czy to był kryzys spowodowany narastającym zmęczeniem, czy też okolice ktore mijaliśmy, dawały mi coraz mniej satysfakcji.

postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj