dzień 15 – Kuršumlija – Skopje

3–5 minut

Wstałem dzisiaj lewą nogą. Totalnie się nie wyspalem, moje ciało nie odpoczęło odpowiednio. Myślę, że przeciążylem się zbyt mocno na przedwczorajszym popołudniowym podjeździe z Knjaževac, kiedy cisnęliśmy żeby zdążyć przed nocą do Niszu.

Spakowaliśmy rzeczy i poszliśmy, jeszcze bez rowerów, na rynek miasteczka na śniadanie. Potem zabraliśmy roweru, zdaliśmy klucze i ruszyliśmy w kierunku granicy serbsko-kosowskiej.

Jazda totalnie mi nie szła. Ciągnąłem się za Wojtkiem, a ten wyrozumiałe, jechał wolniej, mimo że był w pełni sił. Serbia nas urzekła. Nawet  ostatnie podjazdy do granicy, poprzez biedne wsie i pustkowia, były dla nas czymś przyjaznym.

Przed granicą, na największym podjeździe dzisiejszego dnia, stała 2-kikometrowa kolejka TIRow. Minęliśmy je bokiem i podjechaliśmy do kontroli granicznej. Szybkie sprawdzenie paszportów i nagle znalezlismy się w innym świecie.

Spośród wzgórze porośniętych drzewami, mimo że spalonymi dość mocno od słońca i pożarów, wjechaliśmy w wypełnione palącyk słońcem pustkowie. Na szczęście druga prowadziła cały czas w dół, więc jazda przez brzydkie, w żaden sposób nie interesujące miejscowości, nie była dla nas uciążliwa.

Nabrałem więcej sił i lecieliśmy teraz dość dobrym asfaltem w stronę Prisztiny.

Gdy wjechaliśmy do miasta, mialen problem żeby odnaleźć się w tym chaosie. Kierowcy ejzfzuli jak chcieli, tłok na ulicach buk niesamowity. Nie spotkałem nigdy czegoś takiego z perspektywy roweru. Wojtek sunął między autami (on tak potrafi i nie boi się tego, czego mu zazdroszczę), ja zaś grzecznie czekałem aż auto przede mną odjedzie żebym mógł pojechać dalej. W centrum odpoczęliśmy chwilę jedząc pizzę i pijąc kawę. Ale chcieliśmy uciec z miasta jak najszybciej. Najchętniej ucieklibysmy czym prędzej z samego Kosowa, tak nieprzyjemne wrażenie na nas wywarło.

Za miastem przy trasie mijaliśmy non stop salony z ftigimi autami, sklepy meblarskie i jubilerskie. Kilometr za kilometrem, ten sam krajobraz. Brzydki, nijaki, odpychający. No i asfakta z kilometra na kilometr stawał się coraz gorszy.

Większość drugi Wojtek jechał na przedzie. Wiatr na szczęście nie wiał zbyt mocno, wręcz pomagał w ponad trzydziestostopniowym upale. Minęliśmy miasto Ferizaj i kierowaliśmy się w stronę granicy z Macedonią Północna.

10 kilometrów od granicy zatrzymaliśmy się na kawę w przydrożnym barze. Obsługiwała nas młody chłopak, chodzący jeszcze do gimnazjum. Podał nam kawę i stanąl obok naszego stolika żeby wdać się w pogawędkę. Mówił bardzo dobrym angielskim, był ciekaw co nas tu przywiodło i co robimy na ci dzień w naszym kraju. Miał plany pójść za rok na studnia, marketing lub architektura. Czuć było, że łaknął kontaktu i opowieści o innym świecie niż ten, który zna. Zaledwie 10 kilometrów dalej od miejsca jego zamieszkania była już Macedonia, a on nigdy tam nie był… Pomyśleliśmy jak smutne musi być życie z takim brakiem perspektyw i możliwości tego, co jest dalej niż za rogiem wlasnego domu czy miejscowości.

Na wysokości przygranicznego miasta Kačanik krajobraz nagie się zmienił. Wjevhalismy w głęboki wąwóz, nasza droga prowadziła dołem, nad nami pojawiły się gigantyczne estakady autostrady. Zrobiło się miłej. Cisnęliśmy w stronę granicy i podziwialiśmy widoki.

Na granicy nie było ruchu. Odprawa książka bardzo szybko, kilometr za rogatkami zatrzymaliśmy się żeby zarezerwować nocleg, jaki wypatrzyliśmy sobie w Skopje wczorajszego wieczora. Za 40 minut miał być zmierzch, więc mieliśmy dokładnie tyle czasu, ile nam potrzeba na dojechanie do miasta przed zachodem słońca. Druga od granicy byla wyśmienita. Dobry asfalt, cały czas orwiafzacy w dół, gdzieniegdzie urwiska, jeden tunel drogowy i znikomy ruch.

Wjazd do Skopje nas nie zachwycił, ale gdy dojechaliśmy do centrum, zobaczyliśmy całkiem inne miasto już brzydka6, prowincjonalna Pristinę. Wielkie gmaszyska budynków rządowych, brutalistyczne bloki i hotele, ogrom gigantycznych pomników.

Dojechaliśmy do apartamentu, usytuowanego przy samym parlamencie. Byliśmy ciekawi, jak wygląda w środku, bo zdjęcia z bookingu pobudzały wyobraźnię.

Przywitak nas menadżer obiektu. Zaprowadził nas do prywatnej windy, całej wyłożonej mozaiką w hiszpańskim stylu i przeszklonej od zewnątrz. Gdy wjechaliśmy na 3 piętro i otworzyliśmy drzwi, z obojga naszych ust wyrwali się: wow!

Cały apartament miał 120m² i urządzony byl w stylu Dalego. Mnóstwo sztukaterii, luster, detali, kolorów, mozaik, zgidniinych szafeczek, kolorowych kotar. Na dole kuchnia, salon, łazienka, kręte schody prowadziły do sypialni na piętrze z wielkim łóżkiem. Apartament posiadał 3 balkony – dwa na poziomie salonu, jeden na poziomie sypialni, na który orwuafziky dodatkowe schodkinja zewnątrz. Na tym balkonie, z widokiem na miasto, stał stolik z dwoma krzesłami. Od razu pomyśleliśmy że tu rano wypijemy kawę przed trasą.

Zmęczeni, ogarnęlismy się ospale i poszliśmy na wieczorne zwiedzanie miasta.

Skopje zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Piękne wąskie, wyłożone kamieniem uliczki, mnóstwo pomników, w tym wielki cokół z pociągiem Aleksandra Macedońskiego, fontanny, ogrom knajp, kawiarenek, barów, kasyn, restauracji i pełne wieczorne miasto ludzi. Chce tu wrócić żeby przez kilka dni posnuć się po tych uliczkach, dać się porwać innej kulturze.

Jutro wstaniemy rano, wypijemy kawę i jedziemy wgłąb kraju, bardziej w góry. Jestem ciekaw, czym mnie Macedonia jeszcze zaskoczy.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej