dzień 19 – Librazhd – Shkallnur

2–3 minut

Pozwoliłem sobie na leniwy poranek. Obudziłem się o 8:30, słońce schowane było jeszcze za wzgórzami, więc nie grzało w namiocie. Wojtek już nie spał.

Otworzyłem namiot i zobaczyłem niecodzienny widok: kamienny most sprzed 300 lat, pod nim szumiący strumień i cisza gór.

Na miejscu, gdzie się rozbiliśmy, stały kamienne stoły. Łatwo mogliśmy wysuszyć wilgotne id rosy śpiwory i namioty i spakować się leniwie do toreb. Wyruszyliśmy dopiero chwilę przed 11. 500 metrów od miejsca, gdzie spaliśmy, znajdował się sklep spożywczy z małą kawiarnią. Zamówiliśmy po 3 paczki rogalików i frappe.

Nie spieszyło się nam. Dziś będzie spokojna jazda, 100 kilometrów cały czas lekko w dół, aż do Adriatyku.

Trasa okazała się strasznie nudna. Najpierw droga była w remoncie, więc jechaliśmy momentami szutrowymi objazdami, wyprzedzając zwalniające ciężarówki, potem prowadziła znów asfaltem

W Elbasan zjechaliśmy na stare miasto, ale było tak nijakie, że wypiliśmy tylko kawę w jednej z kawiarni i pognaliśmy dalej.

Na nasze nieszczęście cały dzień wiatr wiał w twarz, więc jechało się ciężko. Zdecydowaliśmy się jechać bez koszulek, żeby choć trochę wyriwcac opaleniznę. Wiatr był zdradziecki, nasze plecy mocno dostały słońcem.

W miejscowości Peqin zatrzymaliśmy się żeby doładować baterie. W obskurnym barze zamówiliśmy po 2 porcje burka na osobę, wypiliśmy coś zimnego i pognaliśmy dalej.

O 17:00 dojechaliśmy wreszcie do wybrzeża Adriatyku, na wysokości miejscowości Qeret. Zrobiliśmy rundkę honorową po promenadzie, potem zakupy w sklepie i ruszyliśmy w stronę Shkallnur na camping, jaki sobie upatrzyliśmy.

Niestety, na miejscu okazało się, że trzy pola namiotowe z map Googla to w rzeczywistości przydomowe parkingu wypełnione po brzegi camperami. Na jednym z nich właściciel zaoferował nam dwuosobowy pokój za 30 euro. Wynegocjowaliśmy że w tej cenie będziemy mogli też skorzystać z pralki, która standardowo jest dodatkowo płatna 5 euro.

Opkukalismy się z potu i poszliśmy nad morze się wykąpać. Na większości wieżyczek ratowników wisiała czerwona flaga, ale widzieliśmy że kilka osób łapie się w morzu. Znaleźliśmy jedni miejsce z zieloną flagą i weszliśmy do wody. Po 10 minutach zorientowaliśmy się, dlaczego jest zakaz kąpieli. Całe nogi od ud w dół mieliśmy poparzone przez meduzy.

Zrezygnowaliśmy z kąpieli, wróciliśmy do pokoju wziąć właściwy prysznic i wstawić pranie, po czym wyszliśmy na promenadę na kolację. Marzyly nam się owoce morza, więc zamówiliśmy spaghetti z krewetkami a ja na przystawkę dołożyłem grizlkowanw seafood.

Jutro rano mamy zamiar skorzystać z kąpieli w morzu a potem lecimy już w stronę Durres i Tirany, skąd w środę mamy lot powrotny do Polski.

Jesteśmy zmęczeni i rozczarowani Albanią.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej