dzień 16 – Skopje – Mavrovo Lake

4–5 minut

Plan był taki, żeby wstać rano i wypić kawkę na tarasie naszego apartamentu. Obudziłem się godzinę przed Wojtkiem, wziąłem kąpiel i spakowałem rzeczy.

Gdy Wojtu się obudził, zszedłem ja dół do kawiarni żeby kupić kawę. Niestety, knajpa otwierana była dopiero o 10:09, zdecydowanie zbyt późno dla nas, żeby czekać. Mieliśmy dziś do przejechania 100 km z 1300 metrami przewyższeń.

Zabraliśmy więc rowery i pojechaliśmy na śniadanie na miasto. Znaleźliśmy fajny lokal przy deptaku w Skopje. Zamówiliśmy grillowane panini i po kawie. Siedliśmy przy stoliku. Obok nas, na krześle wyściełanym miękką poduszka, smacznie spał śliczny kotek.

Z miasta wyjechaliśmy koło 10:30. Droga prowadziła cały czas delikatnie pod górkę, najpierw szeroka doliną – po lewej, nieopodal, mijaliśmy zbocza masywu Vodno. W oddali wyłonił się Kanion Matka, jedna z atrakcji turystycznych Macedonii Północnej. Potem szosa wjechała w swój kanion i rozpoczął się długi zjazd do miejscowości Tetovo.

W Tetovie skierowaliśmy się w stronę malowanego meczetu. Z zewnątrz wyglądał zjawiskowo, nie udało nam się jednak wejść do środka, gdyż akurat trwały modlitwy.

Meczet został zbudowany w 1438, według projektu Isaka Beja. Budowa została sfinansowana przez osoby prywatne z Tetowa. W pobliżu meczetu powstał hammam. W 1833 remontu meczetu dokonał Abdurrahman Pasza. W 1991 wspólnota muzułmańska w Tetowie zbudowała ściany, które dziś otaczają meczet. Po 2010 rozpoczęto renowację budynku.

W mieście wypiliśmy też kawę i ruszyliśmy dalej.

Do tej pory jechało mi się całkiem nieźle, ale ruch na drodze między Tetovem a Gostiwarem bardzo nadszarpnął moje nerwy. Tutaj każdy jeździ jak chce, auta skręcają bez sygnalizowania takiego zamiaru, wjeżdżają między siebie jakby były same na drodze, trąbią non stop a do tego wydzielają śmierdzące spaliny.

Wojtek śmigał między nimi, ja nie mam takich umiejętności i nin stop musiałem hamować, omijać kogoś i uważać nieustannie żeby wypiąć się z bloków w odpowiednim momencie, żeby nie wywalić się pod koła.

Mieliśmy jedną bardzo niebezpieczną sytuację, jeszcze przez Tetovem. Jechaliśmy dość szybko, Wojtek z proszku, ja za nim. Nagle z naprzeciwka TIR zaczął wyprzedzać jakieś wolne auto osobowe, nie zwracając uwagi na to, że jedzie na zderzenie czołowe z nami. Po prawej zaś były gęste zarośla, nie było gdzie się schować, zero pobicza. Wojtu, gdy tylko zauważył sytuację, zahamował gwałtownie. Ja, żeby w niego nie uderzyć albo żeby nie przewrócić się na drogę z powodu niewymiernych butów, podjąłem ryzyko i wjechałem między niego a pędzącego na nas TIRa. Dzielily nas centymetry.

Chwilę po sytuacji byłem tak roztrzęsiony, że musiałem zatrzymać się na kilkanaście minut w przydrożnym barze żeby uspokoić drżące nogi.

Poza tym między Tetovem a Gostiwarem przez fakt czas były zabudowania, jakby te dwa miasta były jednym, niekończącym się, ciągnącym przez 39 kilometrów miastem. Więc ruch uliczny ciągnął się cały czas, zero wytchnienia.

Do Gistiwaru dojechałem już mocno wkurwiony. Wojtu widział, co się święci, więc wyrozumiale jechał i milczał, żeby mnie nie irytować bardziej 😉

W Gostiwarze planowaliśmy zjeść obiad, odpocząć i nabrac sił na czekający nas podjazd. Zamówiliśmy pizzę i zimne napoje. Po obiedzie Wojrek miał jeszcze ochotę na lody, więc podjechaliśmy do pobliskiej lodziarni.

Koło 16:39 wjechaliśmy na autostradę A2. Obawialiśmy się, czy będziemy mogli nią jechać rowerami, ale okazało się, że na wysokości Gostiwaru właśnie zmieniała się ona w dwupasmówkę – po jednym pasie w każdą stronę, na podjedzie 2 pasy w górę.

Rozpoczęliśmy morderczy podjazd. Czekało nas przeszlo 800 metrów przewyższenia na dystansie około 15 kilometrów. Druga cały czas Piela się w górę, a to z nachyleniem 5% a to dochodziła nawet do 11%. W pewnym momencie, w ponadtrzedziestostopniowym upale, miałem wrażenie że zaraz dostanę udaru lub zawału serca. Z trwogą co chwilę spoglądałem na zegarek – jedyny obiektywny wskaźnik mojego aktualnego stanu. Gdy moje tętno zaczynało dochodzić do 160 uderzeń na minutę, zarządzałem postój żeby uspokoić serce. Brakowało mi też płynów; zwyczajnie, pod wpływem emocji z wcześniejszej jazdy, zapomniałem w Gostiwarze kupić wody.

Na szczęście w połowie podjazdu przy drodze znajdowała się restauracja, gdzie zaopatrzyłem się w 2 litry lodowatej mineralnej.

Gdy zjechaliśmy z autostrady w stronę jeziora Mavrovo, na podjeździe pojawiły się drzewa. Nasze rozgrzane ciała dostały zasłużone wytchnienie – w cieniu podjazd nie był już tak morderczy. Obrót korbą za obrotem i po godzinie byliśmy w najwyższym punkcie dzisiejszej trasy – na wysokości 1320 m npm.

Rozpoczęliśmy długi zjazd w kierunku zapory. Tak jak na podjeździe umierałem z gorąca, tak na zjeździe, mimo wciąż rzejacego słońca, zmarzłem. Moja koszulka była mokra od potu, wiatr spowodowany prędkością doprowadził do szybkiego wychłodzenia ciała. 3 kilometry po minięciu zapory miałem na mapie zaznaczony nasz spot na dzisiejszy nocleg. Wjechaliśmy w szutrową drogę, jutra doprowadziła nas na brzeg jeziora. Na kamieniach rozbitych było kilka namiotów, znalazł się też jeden kamper.

Porzuciliśmy na kamieniach rowery i, jeszcze w bibsach, korzystając z ostatnich promieni słońca, wskoczyliśmy do zimnej wody jeziora. Jeszcze pół godziny wcześniej marzyłem o takiej widzie. Teraz była dla mnie zbyt zimna, ale potrzebowałem kąpieli.

Po osuszeniu się udaliśmy się do pobliskiego hotelu, żeby zjeść kolację. To był bardzo dobry pomysł. Rozgrzaliśmy się we wnętrzu restauracji, podładowałem swojego powerbaka, po czym wróciliśmy na brzeg do naszych rowerów i pozostawionych rzeczy i zaczynamy przygotowywać się do spania pod gołym niebem. Prognozy na noc są bardzo obiecujące, więc nawet nie rozkładany namiotów.

Za to jutro, nad okolicą ma przejść front burzowy. Ale o tym jutro. 

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej