śladami Elio/Alpe Adria (Spittal an der Drau – Tarvisio) – dzień 3

5–7 minut

obudziłem się w raju. Dzień skończyłem w piekle bólu i zwątpienia.
Ale po kolei.
O 6 rano ze snu delikatnie wyrwał mnie śpiew ptaków. Tym razem nie był to mój budzik (tak, jako budzik mam ustawiony w telefonie śpiew ptaków) lecz prawdziwy chór ptasich głosów. Poleżałem jeszcze 15 minut po czym niechętnie wygrzebałem się ze śpiwora.
Ścianki tropiku delikatnie przykleiły się do wewnętrznej warstwy namiotu z powodu porannej rosy. Wiedziałem, że będę musiał poczekać na pierwsze promienie słońca w ogrodzie, żeby móc rozwiesić namiot i go wysuszyć, zanim spakuję go do torby.
Wyszedłem z namiotu, wyprostowałem nogi i poczułem, że z moim kolanem nie jest wcale tak kolorowo. Na wyprostowanych lub zgiętych nogach wszystko było OK, lecz podczas ruszania kolanem czułem ból od zewnętrznej strony. Pomyślałem, że muszę trochę się rozchodzić, ponieważ miałem kiedyś ten sam problem z drugą nogą. Zacząłem więc poradne rutynowe czynności. Poszedłem umyć zęby, rozwiesiłem śpiwór i górną część namiotu do wyschnięcia i przygotowałem, rower do jazdy.

Pierwsze promienie słońca zaczęły wychodzić zza góry. Stanąłem twarzą w kierunku wschodu i cieszyłem rozlewającym się we mnie ciepłem. Zjadłem kanapkę zrobioną z wieczornych przekąsek, wypiłem resztkę izotonika i rozpocząłem drugą część pakowania. Jeden z synów gospodarzy w tym czasie wstał i rozpoczął koszenie trawy dokoła obejścia.

ostanie spojrzenie na Taury

Po półtorej godziny byłem gotowy do jazdy. Droga do Villach prowadziła bardzo przyjemnym lekkim spadkiem, cały czas wzdłuż rzeki Drau. Najpierw szuter, później asfalt, potem znowu szuter. Po drodze mijałem nielicznych biegaczy, którzy wybrali się na poranny jogging i pojedyncze rowerzystów zmierzających w tym samym co ja kierunku.  Droga wiła się najpierw lewą, potem prawą stroną rzeki. W pewnym momencie odwróciłem się do tyłu, żeby ostatni raz rzucić okiem na pasmo Taurów powoli znikające za drzewami.

Za mostem rozpoczął się wąski przesmyk pomiędzy dwoma szczytami Mittagskofel i Hochbirkach. Był to znak, że zbliżam się do Villach.

Villach

Na przedmieściach szutrowa droga zmieniła się w asfaltową ścieżkę dla rowerów. W zasadzie przez długi czas nie było widać żadnych zabudowań; miasto wyrosło przed oczami nagle. Bardzo szybko trafiłem do samego centrum. Kolano coraz bardziej dawało się we znaki. Wjechałem na deptak w poszukiwaniu apteki, żeby kupić przeciwbólową maść, po czym zacząłem rozglądać się za miejscem na drugie śniadanie. Zatrzymałem się w przyjemnej restauracji w podwórku, żeby zamówić bułkę z jajecznicą oraz pierwszą tego dnia kawę. Nie zważając na zaskoczone miny gości w restauracyjnym ogródku, zdjąłem buty i w promieniach gorącego już o tej porze słońca, suszyłem mokre wciąż od porannej rosy skarpetki.

deptak w Villach

Po pół godzinie ruszyłem dalej. Szlak prowadził naokoło miasta, cały czas wzdłuż rzeki, choć można go skrócić jadąc przez miasto. Za rozwidleniem autostrad w Mülnern rozpoczął się delikatny podjazd. Byłby on prawie zauważalny, jednak moje kolano zmuszone do cięższej pracy coraz bardziej dawało o sobie znać. Voltaren wmasowany w nogę prawie nie działał, więc sięgnąłem po pierwszą tego dnia tabletkę przeciwbólową.

przyjemny podjazd w stronę granicy włoskiej

W Pöckau zatrzymałem się na stacji benzynowej, żeby uzupełnić zapasy picia. Widziałem, że szlakiem mija mnie dwóch rowerzystów zmierzających w tym samym co ja kierunku.

Dogoniłem ich na wysokości Arnoldstein i zagadałem po angielsku. Okazało się, że to dwaj kolesie z Krakowa, którzy wybrali się, jak każdy tutaj, na ten sam szlak. Zatrzymaliśmy się na kokejnej stacji na puszkę coli po czym jeden z nich poczęstował mnie ketonalem, który miał w swoim bagażu. Po kilkunastu minutach tabletka zaczęła działać i ból zdecydowanie zmalał.

witamy w słonecznej Italii

Dojeżdżaliśmy do włoskiej granicy. Zaraz obok budynków nieczynnego przejścia, skręca ostro pod górkę w prawo i prowadzi dającym przyjemny cień lasem. W Coccau di Sotto nagle przed oczyma wyrasta fantastyczny widok: przepięknie ośnieżone szczyty Alp słoweńskich i włoskich a w dole estakady autostrady i włoskie miasteczko. Tylko zostać tam i chłonąć ten widok. Wyciągnąłem drona, żeby zrobić kilka zdjęć i nagrać film.

widok na stronę austriacką, w dole po lewej Alpe Adria

Po półgodzinnym odpoczynku spakowałem manatki i ruszyłem w dalszą drogę. Za ostrym zakrętem w lewo nagle przenikliwy ból wdarł się w moje kolano: nie byłem w stanie w ogóle go zgiąć, nie dałem rady pedałować nawet przez kilka metrów. Nie wiedziałem, co mam robić. Zatrzymałem się ponownie na kilkominutowy odpoczynek, żeby dać kolanu i głowie ochłonąć. Skonsultowałem się przez instagrama z moim fizjoterapeutą i podjąłem przykra, ale jedyną rozsądną decyzję, że rezygnuję z odbijania na słowanie i nocleg w Gozd Martuljek.

widok na stronę słoweńską

Wszedłem na booking i zrobiłem rezerwację noclegu w hotelu w Tarvisio. Pedałując jedną nogą poticzykem się dalej. Do miasteczka zostały mi 3 kilometry. Droga prowadziła delikatnie, ale Jednak cały czas pod górę, więc nie było mowy o jeździe bez pedałowania. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym nie jeździł w blokach spd, ponieważ pedałowanie pod górę jedną nogą, kiedy nie możesz wykonać pełnego obrotu korby jest karkołomnym przedsięwzięciem.

Po kilku minutach dojechałem do rozjazdu szlaków. Zatrzymałem się, żeby spojrzeć w stronę Słowenii: tam, gdzie planowałem pierwotnie dzisiaj dojechać. Po chwili podjechał do mnie na rowerze kilkudziesięcioletni Wloch z pytaniem, czy nie szukam noclegu w miasteczku. Pożałowałem, że 10 minut temu zrobiłem rezerwację na bookingu, nie mogłem go jednak odwołać bo został już opłacony. Nie chciałem nawet pytać ile kosztuje nocleg u niego, żeby nie mieć potem do siebie żalu. Chwilę porozmawialiśmy, po czym on ruszył w dalsze poszukiwania turystów.

Tarvisio Citta

W końcu dojechałem do starej stacji kolejowej w Tarvisio. Szlak Alpe Adria od granicy austriacko-wloskiej poprowadzony jest po zlikwidowanej w latach linii kolejowej K+K-Bahn. Na trasie można spotkać nieczynne, malowniczo położone dworce. Przy jednym z nich odbiłem od szlaku w lewo, żeby dojechać do hotelu. Z trudem wszedłem z wszystkimi moimi pakunkami na pierwsze piętro do pokoju.

Tarvisio

Wziąłem prysznic, zrobiłem i rozwiesiłem pranie, po czym ruszyłem w miasteczko w poszukiwaniu restauracji. Nie musiałem daleko szukać – jedynka czynna pizzeria była tuż obok. Zamówiłem pierwsze w życiu włoskie espresso, pierwszą w życiu prawdziwie włoską pizzę i (nie wiem już którybw życiu) Aperol Spritz. Gdy emocje opadły, zacząłem zastanawiać się co dalej: czy zdołam jutro wsiąść na rower? Czy dam radę przepedałować choćby 10 metrów? Co z moimi zaplanowanymi kolejnymi dwoma tygodniami trasy?

dolce vita

Jutro rano po śniadaniu spakuję się, załaduję na rower i spróbuję, bardzo delikatnie i powoli, zjeżdżać w dół w kierunku Adriatyku. Jeśli po kilku-kilkunastu kilometrach nie będę dawał rady, zrobię sobie kolejny dzień odpoczynku i wtedy będę decydował co dalej – czy skieruję się w stronę lekarza czy też skorzystam z ubezpieczenia i zdecyduję na awaryjny powrót do Polski. Co prawda przez cały jutrzejszy dzień szlak ma prowadzić delikatnie w dół, ma to być ponad stukilometrowy zjazd, ale ciężko jest zjeżdżać, jeżeli nie jestem w stanie w ogóle ruszyć kolanem. Wiele razy zdarzało mi się jeździć z bólem, ale nigdy ból nie był tak silny, żeby uniemożliwić mi ruch kolana. Kiedy chodzę, wszystko jest OK, natomiast kiedy muszę zginać nogę w kolanie, ból jest tak przenikliwy, że wwierca mi się w czaszkę.

Ból wewnętrzny na myśl o niespełnionych planach i o przerwanej podróży jest jeszcze bardziej nie do wytrzymania.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Odpowiedź

  1. Awatar Tomas Valouch

    Hi Jacek, really nice to read stories like this one. Crossed fingers, enjoy the journey.

    Polubienie

Dodaj komentarz

jadę dalej