pierwszy dzień zawsze jest trudny.
Muszę się wkręcić w rytm jazdy, moje nogi na początku protestują. Początkowe kilometry są zawsze najgorsze. Stopy są jakby przywiązane do betonu, a pedałowanie sprawia, że czuję każdy mięsień w ciele. Muszę znaleźć ten właściwy rytm, ten punkt równowagi, który pozwoli mi płynnie przejść z trybu dynamicznej codzienności na mantryczne poruszanie udami.
To samo jest z ludźmi i miejscem. Za każdym razem gdy wyjeżdżam za granicę, potrzebuję czasu, żeby się przestawić.

Jak to się dzieje, że gdy tylko mijam ten umowną, nierzeczywistą linię na mapie, mam wrażenie jakbym znalazł się w innym świecie? Jakbym był obcy, oddzielony od wszystkich i wszystkiego. W głowie myślę, że jestem intruzem, choć rzeczywistość mowi mi zgoła coś innego. Ludzie są jacyś inni, spokojniejsi, radośniejsi i mniej roszczeniowi, wręcz przyjaźni.
Skąd więc poczucie obcości u mnie?
Gdy tylko wyjechałem z Salzburga, odbiłem nieco na zachód od przebiegu Alpe Adria. Na mapie zobaczyłem, że obok oficjalnego szlaku, droga prowadzi fajnym szutrem skąpanym w cieniu szpaleru drzew.

Po kilku kilometrach ukazał się moim oczom masyw Brechtersgadener Hochthron. Wpatrywałem się w jego ściany, nie zwracając uwagi czy wjeżdżam w jakąś dziurę. Po chwili minął mnie na rowerze około czterdziestoletni mężczyzna; jechał na lekko, z niewielkim plecakiem na ramionach.
Trochę się zmusilem, żeby mu udowodnić, że nie jestem jakimś tam podrzędnym rowerzystą, więc depnąłem mocniej i wyprzedziłem gościa. Na co on z tyłu zagadał do mnie, że niezły tabun wiozę że sobą i skąd jestem. Od słowa do słowa zaczął opowiadać mi o okolicy i o historii podziwianego szczytu. Trochę jak nasz Giewont, Brechtersgadener Hochthron jest miejscem, gdzie wiele osób targa się na swoje życie.
To był ten moment. W tej chwili jakąś klapka przeskoczyła w mojej głowie i moje wcześniejsze poczucie oddzielenia prysło. Głowa zmieniła tryb z ostrożnego i podejrzliwego przypatrywania się, na chłonięcie jazdy, ludzi, widoków, każdym centymetrem ciała.
Facet odbił gdzieś w bok na wysokości Hellbrunn Palace. Ja, mimo dotkliwego zimnego wiatru, pojechałem dalej. Droga dobiła do brzegu rzeki Salzach. Kilka razy zatrzymywałem się, żeby poprawić zbyt napchaną torbę na kierownicę (szkoda mi było wywalić paczkę chipsów octowych zabranych z Polski i opakowania ciastek kupionych dzień wcześniej na dworcu w Wiedniu). W końcu udało się z tym uporać i klamkomanetki miały już nieskrępowane pole do tańczenia pod moimi palcami.

A było to konieczne. Droga pięła się cały czas delikatnie w górę, aż osiągnęła Hallein. Skusiłem się na pierwszą kawę i drugie śniadanie.
Za Hallein zaczęły się pierwsze większe podjazdy, jednak widok Alp wyłanianiających się przede mną, rekompensował każdy zbyt głęboki oddech. Za którymś wzgórzem zatrzymałem się na chwilę przerwy, żeby nacieszyć oczy (i kamerę drona) tym widokiem:

Kwadrans później zrobiłem rundkę honorową po ulicach miasteczka Golling an der Salzach i pognałem dalej. Szlak prowadził teraz niezbyt ruchliwą, ale jednak krajową trasą, z ograniczeniem prędkości do 100 km/h. Na szczęście na poboczu przygotowany był dobrze oznaczony pas dla rowerów, więc kierowcy nie irytowali się, kiedy zwalniałem na coraz częstszych podjazdach.
Nagle wjechałem w góry. Po dość stromym odcinku, pojawił się pierwszy tunel, a zaraz zanim ciasna, skalista dolina, z korytem rzeki po prawej stronie. Trasa tym razem droga prowadziła w dół, więc starałem się dać odpocząć udom, ale nie rozpędzałem się zbytnio, bojąc się o utratę równowagi gdy obok mnie przejeżdżały auta.

Za Tenneck wyłoniła się bryła twierdzy Hochenwerfen. Podjechałem na parking i zrobiłem postój, żeby wciągnąć paczkę czekoladowych ciastek.
Droga znów prowadziła w dół, doliną rzeki. Powoli zbliżałem się do Bischofshofen. W miasteczku znów odbiłem od szlaku, żeby dostać się do słynnej skoczni narciarskiej. Szybka fotka i z powrotem do centrum, na kolejne cappuccino.

Zbliżała się godzina 14, a mi zostało do przejechania jedynie 15 kilometrów. Zacząłem rozważać, czy nie pojechać dalej niż pierwotnie planowałem, aż do Campingu Biohoff Unteregg w okolicach miejscowości Lend, ale profil podjazdów skutecznie mnie zniechęcił do zmiany planów.

Dojechałem więc do Sankt Johann im Pongau, skoczyłem na średnią w smaku, ale sycącą pizzę oraz na śniadaniowe zakupy. W rozgrzewających przyjemnie promieniach słońca skończyłem dzień na campingu Kastenhon (15€ za dobę, dodatkową opłatą 1€ za 6 minut prysznica).
Mam tu sąsiadów, rowerzystów z Polski, więc przełącznik trybu kraj-zagranica znów zaczął wariować…
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.


















































Skomentuj