dzień 13 – Knjaževac – Svrljig

9–13 minut

Wstaliśmy wypoczęci. Przyzwyczajony do wstawania wcześniej niż Wojtek, dałem mu pospać. Zaczęliśmy ogarniać swoje rzeczy, wstawiłem kawę po turecku na kuchenkę i poszedłem umyć zęby.

I wtedy zaczęła się seria katastrof dzisiejszego dnia.

Myje zęby w łazience i słyszę, jak w pokoju Wojtek przeklina i leci do kuchenki do kawy kipiącej na kuchnię, na torebkę z jego paszportem, na paczkę orzechów i spływającą po szafce na podłogę….

Ogarnąlem bałagan. Już spakowani, wyszliśmy na dwór, żeby przytroczyć bagaże do rowerów. Wtem, za bramą, pojawił się chłopiec z rowerem może 8-9 letni i zaczął coś do nas mówić po serbsku. Zrozumiałem tylko słowo bicicletta i już wiedziałem, że ma problem z rowerem i szuka pomocy. Widać poszła po mieście fama że pojawiło się dwóch rowerzystów i że na pewno znają się na rowerach.

Z pomocą translatora doszliśmy do tego, że chłopak ma problem z tylnym kołem. To latało na boki na osi, tarcza hamulcowa grzechotała jak garnki na płocie a łożysko swoje kulki widziało dawniej, niż ja swoje…

Wojtek próbował odkręcić tylne koło swoim kluczem. Po 2 obrotach klucz pękł na dobre. Klops. Bez narzędzi nie da rady. Chłopak poleciał do domu po swój klucz, ale wrócił z niczym. Grzecznie wyjaśniliśmy mu że nic nie wskóramy, że koło raczej jest do wymiany. A ten niewdzięcznik bez słowa odwrócił się na pięcie, zabrał rower i poszedł w swoją stronę.

Dokończyliśmy pakowanie. Już próbujemy ruszać w trasę, wtem Wojtek zauważył że w swoim tylnym kole nie na powietrza. Dziura. Gdzieś wczoraj na trasie wbił mu się w oponę cierń i przez noc całe powtórzę zeszło. Mleko nie załatało dziury.

Wojtu rozbiera koło, dolewa mleka przez wentyl i opona załapuje powietrze. Można jechać!

Lecimy do centrum miasta na śniadanie. Jest godzina 11:00. Kupujemy dwa rodzaje ciepłego burka i po bule na drogę. Jemy w piekarni przy stoliku, w towarzystwie dwóch serbskich policjantek, które wpadły na przekąskę. Nie jednemu psu burek 🤪

Ruszamy w trasę. Na wyjeździe z Knjaževaca spory podjazd, na oko że 13-14%. Słońce już mocno grzeje, pocę się po kilkuset metrach. Za rogatkami, zjazd w dolinę. Wtem, z mojego koła nagie zaczyna tryskać mleko. Staję, probuję załatać dziurę mlekiem. Na niewiele się to zdaje.

Zjdedzamy w cień pod jakiś przydrożny zajazd. Daję czas mleku żeby załapało. Nic. Dalej syczy i leci. Decydujemy że idziemy na grubo – w grę wchodzi knot i nabój z powietrzem. Wojtu po raz pierwszy wbija knota. Rozwierca dziurę, wpycha knota, kręci w kółko i wyciąga szpikulec. Nic z tego. Dziura jest jeszcze większa, knot nie pomaga. Przekręcam koło dziurą na dół z nadzieją, że wyciekające mleko załata ubytek. Na chwilę pomaga, ale wciąż słuchać syk.

Podejmuję decyzję, że zmieniany system na dętki.

Ja nie widziałem zapasu, ale Wojtek ma jedną. Przrmrgrzebuje swoje torby i z kamienną twarza spogląda na mnie. Ten wzrok mówi wszystko: z dętki nici. Albo Wojtek zapomniał jej spakować, albo zgubił gdzieś po drodze.

Decydujemy się na powrót do Knjaževaca i łapanie pociągu do Nisza, gdzie jest najbliższy skleo rowerowy (60 km od Knjaževaca).

Jest godzina 13:00, odjazd pociągu planowany jest na 15:51.

Do Knjaževaca mamy 3 kilometry. Dojeżdżam tam na resztkach powietrza. Kierujemy się na stację, żeby upewnić się, że pociąg odjedzie. Na stacji hula wiatr. Budynek dworca jest zamknięty na cztery spusty, na peronie błąka się bezpański pies, gdzieniegdzie między górami wygrzewają się jaszczurki. Ale na rozkładzie pociąg istnieje. Kupuje bilet online.

Jako że do planowego odjazdu mamy jeszcze przeszło dwie godziny, postanawiamy wykorzystać ten czas na kawę. Kierujemy się w stronę promenady, znajdujemy bar z ogródkiem skrytym w cieniu wielkiego drzewa i zamawiamy zimne cafe freddo oraz lemoniady. Doprawiamy to jeszcze butelką zimnej Cocty i tak spędzamy przeszło godzinę. Potem idziemy do sklepu uzupełnić zapasy żelków i ciastek, wszak czeka nas długa podróż pociągiem. 30 minut przed odjazdem pociągu jesteśmy z powrotem na stacji.

Siadamy najpierw przed budynkiem dworca, bo tam cień. Na okolicznych ławkach siedzą lokalesi (sami mężczyźni) i piją browary. Myślimy: czyżby oni wszyscy czekali na pociąg? Nie, nie… Po kwadransie faceci wstają, wsiadają do swoich aut i odjeżdżają…

15 minut przed planowanym odjazdem kierujemy się na peron. Opieramy rowery o betonowy podkład i robimy sobie zdjęcia. Godzina odjazdu – cisza. Nawet wiatr przestał już hulać.

15 minut po planowanym odjeździe – Wojtek idzie na spacer wzdłuż torów.

20 minut – robię sobie zdjęcie leżąc na torach.

30 minut – czytam w necie na temat kolei serbskich. Dowiaduję się, że można o nich powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że są punktualne.

47 minut – obaj mamy omamy słuchowe – wydaje nam się, że słyszymy syreny pociągu.

50 minut – dajemy pociągowi jeszcze 10 minut, jak nie nadjedzie, wdrażamy plan B – udajemy się do wulkanizatora, żeby spróbował naprawić moją oponę.

Pociąg nie nadjeżdża, zarówno przez te 10 minut jak i przez kolejne pokotoerj godziny. Nie nadjeżdża wcale.

Wulkanizacja znajduje się 100 metrów od naszego wczorajszego noclegu. Przyjmuje nas przyjazdy chłopak, mówiący po angielsku. Biznes otworzył całkiem niedawno, wcześniej pracował kilka miesięcy w Niemczech. Narzeka na sytuację polityczną w swoim kraju, mówi, że próbuje zdobyć obywatelstwo chorwackie (jego matka jest pół Serbką, pół Chorwatką) żeby uciec z kraju na Zachód.

Chłopak łata ostrożnie moją oponę systemem latania opon samochodowych, na ciepło. Nie ma jednak na pewności, czy metoda ta nie uszkodzi mojej opony – zbudowana jest ona z nieco innych materiałów. Ustawia najpierw maszynę na 2 minuty. Opona się lekko pali, ale wygląda że łatka zaczyta trzymać. Dodaje kolejne 2 minuty, potem kolejne dwie. Wygląda to obiecująco.

Zakładają razem z Wojtkiem oponę na moje koło, wlewają nowe mleko i zaczynają pompowanie kompresorem. Niestety, szczeliny między oponą i rantem koła są zbyt duże, kompresor nie daje rady. Ugniatają opinie, obracają ją, nie daje rady. Wojtek wpada na pomysł odkręcenia wentyla i pompowania bezpośrednio przez wężyk w oponę. Metoda działa! Opona zaczyna strzelać i łapać rant. 3,5 bara naładowane. Jestem uratowany.

Zakładamy koło i wtedy widzimy, że opona pod wpływem ciepła odkształciła się. W miejscu latki występuje zakrzywienie gumy i zgrubienie – niestety opina będzie biła na asfalcie.

Wulkanizator uruchamia dodatkowo swoje kontakty i umawia nas ze sprzedawcą opon, który ma na stanie dętki rowerowe. Wolimy mieć plan C gdyby jednak opona puściła.

Gdy próbuję zapłacić gościowi za pomoc, ten odmawia. Mówi, że nie udało mu się wykonać zadania więc zapłata się nie należy, a on lubi bezinteresownie pomagać.

Lecimy do sprzedawcy opon. Kupujemy pożądany rozmiar dętki – całe 10 złotych. Jeszcze zapasy słodyczy na drogę do Niszu i możemy jechać. Jest godzina 18:30. Za godzinę zacznie się zmierzch.

Ponownie wyjeżdżamy z Knjaževaca. Najpierw jeden podjazd, potem zjazd do miejsca, gdzie rano poszło mi koło. Opina bije, ale trzyma. Jestem dobrej myśli.

Potem kolejny, żmudny 10-kikometrowy podjazd na przełęcz na wysokości 720 m npm. Na górze jest już szaro, zaczyna się chłód nocy. Robimy kilka zdjęć, ubieramy coś ciepłego i zaczynamy zjazd. Idzie świetnie. Mimo bijącej opony lecę momentami 55 km/h. Jest zimno.

Nagle, opina strzela. Mleko tryska mi na spodnie, na ramę roweru, na torby. Krzyczę do Wojtka żeby się zatrzymał. Zjeżdżamy naprędce na szutrowe pobocze i próbuję obracać kołem żeby mleko złapało dziurę. Nic z tego. Dziura jest tak duża, że całe powietrze schodzi w kilka sekund. Zaczynam się trząśc z zimna.

Wojtu wdraża plan C albo D, już się pogubiłem – ściąga oponę i próbuje założyć kupioną dzisiaj dętkę. Dętka jest z zaworem Schrader, ale to nie problem, mamy odpowiednią pompkę. Niestety, wentyl od nowej dętki jest tak gruby, że nie przejdzie przez otwór w obręczy koła. Tego się nie spodziewaliśmy. Do koła Wojtka by pasowało, do mojego nie.

Jest tak zimno, że wyciągam z torby połowę ciuchów. Zakładam nogawki, potem polartecową kamizelkę, po 10 minutach dokładam do tego jeszcze koszulkę merynosa. Wojtek też idzbraja się w ciuchy. Temperatura wieczorem spadla z 26° na niecałe 8°C.

Plan E: łatamy dętkę latką rowerową i znów zalewany mlekiem. Niestety, pompką rowerową że zbyt niskim przepływem powietrza nie jesteśmy w stanie tego napompować. Mam jeszcze 1 nabój z CO² do awaryjnej pompki tubeless, ale ta działa tylko jeśli przebijesz szpikulcem oponę. Nie odważamy się na ten krok. Wojtek kombinuje z połączeniem awaryjnej pompki z moim wentylem za pomocą taśmy izolacyjnej, szczelnie oklejać wszystko kilkanaście razy dokoła. Z duszą na ramieniu odkręcam zawór od naboju CO². Niestety, system nie wytrzymuje i taśma izolacyjna wypuszcza całe powietrze z naboju bokiem. Jesteśmy w czarnej dupie. Dosłownie.

Wdrażamy plan ostateczny: dzwonię do mojego ubezpieczyciela z prośbą o pomoc – mam wykupiony pakiet assistance na takie sytuacje. Żeby jednak dodzwonić się do PZU, wykupuje pakiet 10 minut rozmów w roamingu. Jest sygnał. Słyszę w słuchawce przywitanie, potem całą politykę RODO i inne bzdety. Po 3nkihyfavj dożywa się głos. Okazuje się, że dodzwoniłem się nie do tego działu, co trzeba. Zostaję przekierowany. Że słuchawki nagle leci Chopin. W Serbii, na totalnym zadupiu, pod gwiazdami, mając na koncie jeszcze 5 minut rozmów w roamingu, marzyłem o wysłuchaniu Chopina….

Kolejny dział – znów nie ten. Nie ozrrwyahac rozmowy wykupuję kolejne 10 minut rozmów, potem kolejne 10. W końcu jakiś konsultant zaczyna spisywać moje zgłoszenie. Ostrzegam, że rozmowa może zostać przerwana z powodu braku minut na towmoy międzynarodowe, a ten spisuje ode mnie kolejno: imię i nazwisko, numer polisy, adres mailowy, adres do korespondencji, PESEL. W końcu prosi o opis sytuacji.

Domagam się, zgodnie z polisą, transport dla mnie i dla roweru oraz dla Wojtka do najbliższego miasta, gdzie będzie mógł naprawić rower (Nisz, 40 kilometrów dalej). Pan uprzejmym głosem oświadcza, że takich usług w Serbii oni nie gwarantują i że mogę sam zorganizować sobie transport, na przykład taksówką, pobrać rachunek i ubezpieczyciel odda mi pieniądze.

No świetnie. Zmarznięty do szpiku kości, z barierą językową, mam sobie pośrodku niczego, bez minut na roaming, załatwiać taksówkę dla 2 rowerów do miasta oddalonego o 40 kilometrów… Protestuję.

Konsultant obiecuje sprawdzić dokładnie warunki mojej polisy i oddzwonić. Tymczasem wdrażamy plan ostateczny – Wojtek wpada na pomysł kontaktu z naszym wulkanizatorem z prośbą o pomoc. Niestety, na google nie ma do niego numeru telefonu. Przytomnie sprawdzam swój album ze zdjęciami: jest! Na jednym ze zdjęć, jakie dziś zrobiłem, jest warsztat a na ścianie wisi kartka z nazwą i z numerem telefonu. Wojtu dziwni do gościa przez Whatsapp.

Facet mówi, że nam pomoże. Wojtek wysyła mu koordynaty i rozpoczyna się czekanie.

Jesteśmy tak zmarznięci, że Wojtek rozgrzewa się biegami pod górkę, potem pompkami a potem leżeniem na gorącym jeszcze od dnia asfalcie. Ja zbieram manatki i przygotowuje rower do spakowania do auta. Po półgodzinie przyjeżdża nasz wybawca. Pakujemy rowery do kombi i wsiadamy do środka. Wojtu siada są przodu, ja złamany wciskam się między rowery i siedzenie Wojtka. Jedziemy.

Międzyczasie rezerwuje na Bookingu nocleg w najbliższej miejscowości Svrljig – 20 kilometrów dalej. Udaje mięśnie znaleźć cały dom, 120 m² za 98 złotych. Wulkanizator podwozi nas pod same drzwi. Tak już czeka syn właściciela obiektu, na oko jakieś 18 lat. Oferuję pomoc przy wypakowaniu rowerów i wragranou ich na górkę do wynajętego domu.

Żegnamy się z wulkanizatorem, prosząc go o wystawienie rachunku za pomoc. Chce zapłacić a potem odzyskać pieniądze od PZU. Ten mówi, że jest po godzinach pracy i że nie wystawia rachunków. Wyciągam więc z portfeka 10 Euro i daje gościowi. Ten mówi, że zdecydowanie za dużo, ale po namowach przyjmuje pieniądze. Robi sobie jeszcze z nami pamiątkowe zdjęcie i odjeżdża.

My, zmarznięci, zostajemy zaprowadzeni na górę do domu. Chłopak wraz z ojcem oprowadzają nas po domu. Ojciec wyciąga z lodówki domowe wino a następnie rakiję. Nie odmawiam. Moc alkoholu zaczyna rozgrzewać moje trzewia. Potem jeszcze 2 shot. Jest już dobrze, jest już cieplej.

Gadamy jeszcze przez chwilę na ganku z chłopakiem – uczęszcza do szkoły średniej, planuje iść na studia programistyczne, ale boi się, że w obecnych czasach będzie miał problem ze znalezieniem pracy.

Po kilkunastu minutach ojciec z synem odjeżdżają a my zostajemy na nocleg. Jest prawie północ. Jesteśmy wyczerpani, ale dobrej myśli.

Plan na jutro: łatamy oponę w lokalnej wulkanizacji po czym lecimy 20 kilometrów do Niszu po nową oponę i zapasowe, pasujące tym razem dętki, a potem dalej, gdzieś w kierunku Kosowa. Co jeszcze może pójść nie tak?

Post scriptum: ten dzień pokazał mi, że nawet będąc w czarnej dupie, zawsze można liczyć na pomoc ludzi.

Po pierwsze Wojtek: nie wiem, co bym bez niego zrobił. Chłopak ogarnął za mnie cały temat naprawy mojego koła. Nawet teraz, pisząc te słowa rankiem na ganku domu, Wojtek jest w tym momencie u wulkanizatora z moim kołem.

Po drugie: wulkanizator z Knjaževaca – no po prostu mistrzostwo świata. Gość spędził kilka dobrych godzin próbując nam pomóc. 2 środku nocy wyjechał swoim autem 20 kilometrów żeby na irzrwiecs kolejne 20 i potem wrócić 40 kilometrów do siebie do domu. I nie chciał za to żadnej zapłaty.

Po trzecie: drobny, ale jednak podnoszący bardzo na duchu (i rozgrywający od środka) gest gospodarzy domu w Svrljig – najpierw chłopak oferuje pomoc z wniesieniem rowerów i bagaży, potem ojciec częstuje rakiją. Bajka.

Obyśmy spotykali dalej na naszej drodze takich ludzi. Mimo zmęczenia i trudu, ta wyprawa i wczorajszy dzień nabierają kolorowych barw i zostają miłe wspomnienia z pięknego kraju, jakim jest Serbia.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej