dzień 11 – Craiova – Vidin

3–5 minut

Zasnąłem z bólem łydek, gdy się obudziłem, nie byłem w stanie wstać w łóżka. Musiałem gdzieś się przeszarżować przez 2 ostatnie dni. Nie wiem, jak dam radę dzisiaj jechać pod wiatr 100 kilometrów. Na szczescie dzisiaj nie ma znacznych podjazdów.

Zacząłem dzień od zimnego cold brew i rozciągania. Generalne pranie zrobione wczoraj na szczęście zdążyło wyschnąć. Robiliśmy 2 tury, ostatnia skończyła się prac o 2:00 w nocy, więc miałem ustawiony budzik żeby wstać i je rozwiesić.

Craiova mnie nie zachwyciła. Brzydkie, masywne, brutalistyczne blokowiska, ulice zaprojektowane tak, żeby najwygodniej było tylko kierowcom. Jedyny plus to coś, co powtarza się w każdym rumuńskim mieście – miasto żyje nocą. W centrum mnóstwo knajpek, restauracji i ogródków, gdzie można coś zjeść i napić się do późna w nocy.

Śniadanie zjedliśmy na balkonie. O 11 wyruszyliśmy w trasę.

7 kilometrów za Craiovą, w miejscowości Bucovăț, zaczął się podjazd. Nie był ciężki, widok na miasto które opuszczaliśmy, dodawał otuchy. Na górze zaczął się dramat. Wiatr, coraz silniejszy, zaczął wiać najpierw z boku, potem w twarz.

Czekały nas jeszcze 2 podjazdy, każdy na ok 100 metrów, w tym jeden szutrową drogą. Ku naszemu zaskoczeniu, ten szutrowy, okazał się być całkiem przyjemny. Jechaliśmy w totalnej dziczy – przed nami rozpościerały się pastwiska dla owiec, w oddali widać było jakieś jezioro. Zrobiło się klimatycznie.

Na górze jechaliśmy leśną drogą pomiędzy haszczami. Było ciężko, ale przyjemnie, bo drzewa zasłaniały podmuchy wiatru.

Niestety, u mnie powróciły problemy z przerzutkami, które miałem już kilka dni temu. Nie byłem w stanie zmieniać tylnych biegów, więc musiałem jechać całą tę przyjemna trasę na dwóch przełożeniach.

Gdy dojechaliśmy do asfaltu, miałem ochotę walnać rowerem o ziemię. Całą radość z fajnego odcinka została zniszczona. Poprosiłem Wojtka o chwilę postoju, zatrzymaliśmy się koło malowniczego cmentarza.

Poszedłem między groby, Wojtek został przy rowerach. Nagrobki, stare ale pięknie ozdobione, pomogły mi uspokoic zszargane nerwy.

Gdy wróciłem do Wojtka, ten pogrzebał coś przy klamkomanetce i tymczasowo naprawił moją przerzutkę. Bylem w stanie jechać dalej.

W miejscowości Perișor znów wjechaliśmy na główną drogę. Zatrzymaliśmy się w przydrożnym sklepie na kawę, hot dogi i na lody. Siedliśmy na sklepowych schodach. Wtem, podszedł do nas przepiękny bezpański pies, z oczami tak słodkimi, że musiałem się z nim podzielić tym, co jadłem.

Problem bezpańskich psów jest w Rumunii ogromny. Mnóstwi z nich pałęta się po wsiach, miastach i przy drogach. Niektóre są agresywne, biegały za nami ujadając i grożąc ugryzieniem. Wiele z nich jest wychudzonych, leżących w rowach czy pod drzewami.

Problem wziął się stąd, że Nicolae Ceaușescu zabronił niegdyś ludziom trzymania psów w domach. Biedne zwierzęta zostały porzucone, błąkają się teraz bez celu i rozmnażają na potęgę. Spotkać w mieście człowieka z psem na smyczy to była wielka rzadkość.

Ruszyliśmy dalej. Wiatr coraz bardziej się nasilał. Podróż coraz bardziej nam się wydłużała. Robiliśmy częste postoje żeby na chwilę odpocząć od wiatru i uzupełnić płyny. Na szczęście tuch drogowy nie był uciążliwy, więc nie musieliśmy się orzrmkeiac chociaż tym faktem.

Większa masakra zaczęła się za miejscowością Galicea Mare. Wiatr był tak silny, że jego porywy momentami zdmuchiwaly nas na środek jezdni. Druga nie była osłonięta ani jednym drzewem czy krzewem, a piach z zaoranych już pól wydmuchiwany był na drogę.

W pewnym momencie zaczęła się burza piaskowa. Tumany kurzu leciały na drugie, piach wdzierał się wszędzie i praktycznie ograniczał jakąkolwiek widoczność. Kierowcy mijających nas i jadących z naprzeciwka aut włączali światła awaryjne, żeby być lepiej widocznymi na drodze.

Po kilku kilometrach burza ustala, ale wiatr nadal dął. Jechaliśmy wjehi objęciach aż do miejscowości Calafat.

Tam czekała na nas rumuńsko-bulgarska granica. I tak Rumunia, kraj ciorby, alabastru i słonecznika, pożegnała nas oschle.

Przejście przez granicę przebiegło sprawnie – nikt nas nie kontrolował. Zmieniliśmy kierunek jazdy, a tym samym inaczej ustawiliśmy się do wiatru, więc już bez większych problemów wjechaliśmy na most nad Dunajem.

Most jest nowy, wybudowany w 2013 roku. Wcześniej istniała tutaj tylko przeprawa promowa, w tym rzadko spotykany prom dla pociągów.

Za rzeką odbiliśmy w kierunku Vidina. Na trasie złapał mnie kryzys energetyczny. Nie miałem już że sobą nic słodkiego, więc resztkami sił, z trzęsącymi się nogami, dojechałem do miasta.

Wojtek znalazł restaurację na nadrzecznej barce. Zamówiliśmy kolację i napoje. Po pozwoleniu się, podjechaliśmy przez miasto do sklepu, żeby uzupełnić wodę w bidonach i kupić coś słodkiego na wieczór i wróciliśmy nad rzekę pod miastem żeby znaleźć miejsce na nocleg na dziko.

Jadąc przez gąszcze, widzieliśmy na drodze rozjechane żmije. Znaleźliśmy fajny spot nad brzegiem Dunaju, po czym, już po zmierzchu, zaczęliśmy rozstawiać namioty.

W oddali słychać jakiś koncert, jakby w mieście odbywał się jakiś festiwal. W takim anturażu, wziąłem kąpiel w przyjemnie chłodnych wodach Dunaju. Dni jest przyjemne, woda wydaje się zaskakująco czysta, jak na największą rzekę w Europie.

Est bardzo przyjemnie, tylko ta dudniaca muzyka za oknem. Wróć: za ścianą namiotu.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej