dzień 18 – Ochrid – Librazhd

5–8 minut

Wstałem podziębiony.

Wczoraj, kładąc się spać, profilaktycznie wziąłem Ibuprom zatoki. W nocy spociłem się, było mi też zimno. Wstałem niedospany, ciężko mi było wygrzebać się z pościeli – nie chciałem wychodzić z łóżka dopóki nie poczułem się rozgrzany.

Wyszedłem na balkon i zobaczyłem ciężkie burzowe chmury sunące nad wzgórzami dokoła Ochrydy. Wieczorem ustalaliśmy trasę na dziś i zdecydowaliśmy że okrążymy jezioro od południa, a nie, jak wcześniej planowaliśmy, od północy. Na południu podobno widoki są ładniejsze, jest też więcej atrakcji.

Najpierw pojechaliśmy zwiedzić Ochrydę. Wąskimi brukowanymi uliczkami wjechaliśmy na samą górę wzgórza pod twierdzę Samuela. Trasa Piela się cały czas pod górę, ale co chwila spomiędzy domostw roztaczał się przepiękny widok na jezioro.

W latach 992-1018 Ochryda stała się siedzibą imperium Samuela. Podczas swojego panowania car Samuel rozbudował dawny średniowieczny pałac i mury miejskie. „Twierdza cara Samuela”, jak cytadela jest dziś zwykle nazywana, znajduje się w najwyższym punkcie miasta Ochryda, wzgórzu miejskim Gorni Saraj, i była częścią fortyfikacji, które otaczały całe miasto w tym czasie.

Ufortyfikowany kompleks Twierdzy Samuela i murów miejskich miał około 20 wież ściennych i bramnych, a także bramy miejskie i forteczne i jest jedną z największych średniowiecznych fortyfikacji w Macedonii. Zachowała się dawna cytadela ufortyfikowanego miasta Ochryda z ruinami pałacu i koszar.

W pobliżu twierdzy znajduje się prawosławna Cerkiew Świętych Klemensa i Pantelejmona. Cerkiew jest nowa, z XXi wieku, ale obok znajdują się pozostałości najstarszej ochrydzkiej cerkwi o tej samej nazwie: fundamenty kościoła z V wieku, w której zachowały się m.in. mozaiki wystawione aktualnie przed nowym kościołem.

Zjechaliśmy wąskimi, trinymi uliczkami na dół i, jeszcze przed śniadaniem, zatrzymaliśmy się w klimatycznej kawiarni nad samym brzegiem jeziora na kawę.

Potem nadbrzeżną uliczką z licznymi łukami i zakrętami podjechaliśmy do głowie promenady żeby kupić sobie coś na śniadanie w obleganej przez turystów piekarni.

Z wypiekami zatrzymaliśmy się w parku i zjedliśmy śniadanie.

Z energią ruszyliśmy w trasę. Najpierw prowadziła ona ścieżką rowerową, następnie główna szosą wschodnim brzegiem jeziora. Było kilka podjazdów, ale robiliśmy je na spokojnie.

Po około 20 kilometrach dojechaliśmy do miejscowości Pesztani. Tam zwiedziliśmy stoisko archeologiczne, znane jako Zatoka Kości. Jest to fantazja na temat wioski zbudowanej tu na drewnianych palach wbitych w dno Jeziora Ochrydzkiego 1200 lat przed naszą erą. Wioska była nie byle jaka, bo prehistoryczna osada zajmowała przestrzeń 8500 metrów kwadratowych. Aby ją zbudować w dno wbito około 10 000 pali. Potężna liczba – szczególnie jak na tamte czasy! Osada stała w tym miejscu kilkaset lat, bo aż do 700 roku pne. Na tym stanowisku odkryto wiele pozostałości narzędzi, ceramiki, drewna, kamienia i części zwierząt, takich jak poroża jeleni.

Teraz czekał nas bardziej stromy podjazd – najpierw klifem, na którym zrobiliśmy chwilowy postój. U jego podnóża znajduje się maleńka kamienista okażą, na którą dostać się można tylko od strony wody. Potem podjazd wbija w głąb lądu i prowadzi przełęczą pomiędzy szczytami górskimi a wzgórzem wybijającym się w jezioro.

Rozpoczęliśmy zjazd w stronę Lubaniszty. Nie rizoedzakismy się jednak zbytnio – w pewnym momencie odbyliśmy od głównej trasy w polno-szutrową dtige, która doprowadziła nas do maleńskiej, pięknie położonej cerkwi św. Atanazego. Niestety kościół był zamknięty, ale schodziliśmy sobie rozgrzane głowy w źródełku, które było na dziedzińcu.

Dalej polną drogą dostaliśmy się do przepięknego gaju, w którym znajdują się źródła Czarnego Drinu, rzeki zasilajacej całe ochrydzkie jezioro. Nigdy nie widziałem tak czystej wody w rzece. Była krystaliczna.

Kawałek dalej na trasie znaleźliśmy maleńką cerkiew Matki Bożej. Można dostać się do niej tylko pieszo lub łódką, z której podziwia się źródła rzeki. Nam udało się to rowerami.

Kolejno, dostaliśmy się do cerkwi poświęconej św. Petce inaczej Paraskiewie, której grób jest miejscem licznych uzdrowień. Pod kościołem znajduje się źródło którego woda wypływa z tyłu budynku, jest ona zdatna do picie i traktowana jako lecznicza, ludzie przeżywają nią oczy aby mieć dobry wzrok i uniknąć chorób oczu. Co ciekawe jest ona patronką prawosławia na ziemiach polsko-ruskich.

Czekała nas jeszcze wizyta w klasztorze św. Nauma. Sam Klasztor jest bardzo malutki,  obok znajduje się pochodząca z XVI w cerkiew św. Archaniołów, jest tu także grób świętego, przy którym podobno można usłyszeć bicie jego serca – jak mówi tradycja, bądź usłyszeć źródło – jak chce fizyka. W krypcie grobowej wiele osób z nabożeństwem pochylało głowę i dotykało uszami do nagrobnej płyty by usłyszeć bicie serca.

Pora była na kawę. Nie spieszyło nam się, Ra część wyprawy dawała nam wytchnienie i wielka radość. Zatrzymaliśmy się w kawiarni nad brzegiem jeziora i wykorzystaliśmy ostatnie pieniądze macedońskie, popijając espresso macchiato.

Za 500 metrów czekała nas granicą z Albania, ostatnim krajem na trasie naszej wyprawy. Gdy tylko przejechaliśmy przez kontrolę, zauważyłem, że po albańskiej stronie jeziora nie ma w zasadzie żadnych zabytki wartych obejrzenia więc jechaliśmy ile sił w nogach, żeby nadrobić czas. Mieliśmy przed sobą jeszcze prawie 80 kilometrów trasy, a zbliżała się godzina 17:00.

Zatrzymaliśmy się jeszcze na obiad w Pogradecu. Ku naszemu zdziwieniu wiele restauracji było albo zamkniętych, albo totalnie pustych, jakby zmieniła się kultura do której przyzwyczailiśmy się podczas tej wyprawy. Do tej pory w każdej miejscowości widzieliśmy mnóstwo otwartych lokali gastronomicznych, wypełnionych po brzegi ludźmi.

Udało nam się znaleźć jeden bar, gdzie uraczylisny się burgera i i naleśnikami z bananami i nutellą. Teraz, pełni sił, popędziliśmy w stronę miasteczka Lin. Znajduje się ono na półwyspie na zachodnim brzegu jeziora.

Stromą ulicą wjechaliśmy na szczyt wzgórza, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia na długie nad jeziorem. Na zjeździe zatrzymaliśmy się na kawę żeby dodać sobie energii na najdłuższy, czekający nas jeszcze dzisiaj podjazd.

Chwilę przed zmierzchem zaczęliśmy wspinaczkę. Czekało nas pokonanie 230 metrów przewyższenia na dystansie niecałych 5 kilometrów. Gdy dojechaliśmy na szczyt, zrobiło się już ciemno. Nauczony doświadczeniem wczorajszego dnia, ubrałem się w rękawki i kamizelkę, zamontowałem rowerowe światła i rozpoczęliśmy zjazd.

Nie wiedziałem że zjazd na rowerze po zmroku może być taki kapitalny. Zza girl widać było zachodzące jeszcze słońce, co dodawało uroku chwili. Pędziliśmy w dół, czekało nas jeszcze 50 kilometrów trasy. Najpierw zjazd buk stromy, potem się nieco wypłaszczyl, ale fakt czas dawał odpoczywać nogom.

W pewnym momencie było już całkiem ciemno, ale nam jechało się znakomicie. Cisnęliśmy ponad 35 km/h i nawet się nie obejrzeliśmy jak do końca dzisiejszej trast zostało nam niespelna 8 kilometrow.

Zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu, napelnikismy bidony ze źródełka i popędziliśmy w stronę dzisiejszego spotu na spanie. Miejscówkę wynalazkiem na Komoocie.

To Most Kamara, który jest jednym z najważniejszych zabytków historycznych i architektonicznych w rejonie Librazhd, cenionym za swój unikalny charakter i strategiczne położenie nad rzeką Shkumbin.
Ten średniowieczny most stanowił kluczowy element starożytnej Via Egnatia, położony w strategicznym punkcie trasy. To sprawia, że most był szczególnie ważny w kontekście transportu i handlu podczas jego budowy. Ze względu na swoje znaczenie most ten został w 1963 roku uznany za zabytek kultury pierwszej kategorii.
Most jest asymetryczny i zbudowany na trzech łukach wykonanych z szarych kamieni pochodzących z góry Murrashi.
Most został zbudowany około 1714 roku. Przeszedł kilka etapów budowy, w tym przebudowę w okresie osmańskim. Ma około 40 metrów długości i około 3,5 metra szerokości, z oknami odwadniającymi w kształcie łodzi między nimi. Rozpiętość dużego łuku mostu wynosi 23 metry, a prawy łuk ma kształt okrągłego segmentu.
Podstawę dla pieszych stanowi chodnik z zaokrąglonych kamieni rzecznych. Swoją nazwę zawdzięcza wnęce znajdującej się po prawej stronie. Wnęka ta służyła jako ostrzeżenie dla przechodzących przez most. Podczas niepogody i silnego wiatru dzwonek dzwonił jako swoisty sygnał, aby ostrożnie przechodzić przez most i nie spaść. Na lewym brzegu most opiera się na skalistej formacji góry Polis, natomiast prawy brzeg opiera się na żwirze koryta rzeki.

Rozbiliśmy namioty nad samym brzegiem rzeki, wykąpałem się w zimnej wodzie i zasypiam właśnie wraz z szumem burskiego strumienia.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej