To był masakryczny dzień… Ale po kolei.
Obudziło nad rano niespodziewanie dwóch typów, rzekomo obsługa campingu, który wzięliśmy za opuszczony. Pytali nad dlaczego tutaj śpimy i czemu ich wczoraj nie zapytaliśmy o zgodę. Grzecznie odpowiedzieliśmy, że szukaliśmy wczoraj obsługi ale obiekt wyglądał na opuszczony. Kazali nam szybko się zebrać i opuścić obiekt. Wojtek zapytał, ile mamy zapłacić za nocleg, a jeden z kolesi roześmiał się nieprzyjaźnie i odpowiedział, że nie są gościńcem.

Spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w trasę. Na start przywitak nas strony podjazd. W ten sposób dowiedziałem się, że oni tutaj się nie szczypią: jak ma być podjazd, to najprostsza drogą, czyli tzw. direttissimą – prostopadle do góry. Nie że jakieś serpentyny czy zawijasy. Do góry i tyle.
Po 3 km od startu mieliśmy już dosyć. A najgorsze było przed nami.
Szybko postój na śniadanie. Zatrzymaliśmy się przed jedynym sklepem w promieniu kilkuastu kilometrów. Jogurcik, pakowane w folię cynamonki i energetyk zamiast kawy. Usiedliśmy na krawężniku na tyłach skleou żeby rozpocząć konsumpcję. Po 2 minutach od zaplecza wychodzi pracownica sklepu i mówi, że mamy sobie pójść, bo zaraz będzie dostawa. Nawet kotek, który dostał ode mnie w nakrętkę trochę kefiru, poczuł się wyproszony.

Po śniadaniu wjechaliśmy na drogę, która na mapie wyglądała na odpowiednik naszej wojewódzkiej. Tylko na mapie. Przez kilkanaście kilometrów prowadziła szutrem, tak złym, że driginki gruzu wyglądały jak piach. Koła niemiłosiernie się w tym kopały; lepiej już by się jechało po kocich łbach.

Szuter momentami przerywany był polnymi drogami, między zabudowaniami. Z początku myślałem, że są one opuszczone – w takim były stanie: jakąś starą kanapa wyrzucona na zewnątrz, dokoła mnóstwo śmieci, rozrzucone plastiki. Zatrzymałem się przy jednym, żeby zrobić zdjęcie, wtem że środka odezwał się głos dziecka… Niewiarygodne, że ludzie w kraju, który za 5 lat ma wstąpić do Unii, żyją w takich warunkach.

Szuter prowadził nas praktycznie do Anenii Noi. Tak zatrzymaliśmy się na zakupy w markecie i na kawę. Temperatura powyżej 30° i zero wiatru wymagały od nas ciągłego uzupełniania płynie w bidonach. Zmęczeni szutrami zdecydowaliśmy, że do autonomicznego regionu Naddniestrza jedziemy już ruchliwą trasa krajowa. Na szczęście pobocze było dość szerokie, więc mijające nas TIRy nie stanowiły większego zagrożenia.

Na granicy Naddniestrza kontrola paszportowa. Obsługują nie celnicy – a rosyjskie wojsko. Taka to autonomia.


Za granicą – inny świat. Poczułem się jak we wczesnych latach 90, a symbolika przypominała tę z zamierzchłych czasie PRLu. Wszechobecna gigantomania, wszędzie odniesienia do Rosji: a to czerwone gwiazdy na bramach, a to bilboardy z carską rodziną, a to pomnik Lenina w centrum Tyraspola, a to stare Ikarusy na ulicach, a to czołgi na skwerach. Przejechaliśmy przez Bender, potem przez Dniestr (myślałem, że to większą rzeka), dojechaliśmy to Tyraspola.

Tam objechaliśmy miasto i dojechaliśmy do parku w centrum na krótki odpoczynek. Jedyny plus – fontanna podlewająca trawę w parku, dała wytchnienie zmęczonej i spoconej głowie.

Wracaliśmy do Bender tą samą trasą, ale potem odbiliśmy na południe i granicę przekraczaliśmy w innym miejscu, przy – a jakże – szutrowej drodze.

Zaraz po przekroczeniu granicy Mołdawii postój na jedzenie, piwko zero (spróbowałem rosyjskiego Baltica) i dalej w drogę. I powtórka z rozrywki – trasa, która miała nas doprowadzić do Hîncești, na mapie wyglądająca na asfalt, na Komoocie ewidentnie w większości oznaczona jako asfaltową, okazała się znów być masakryczny szutrem. A do tego co chwila podjazdy.

Po jednym zjedzie nagie usłyszałem syk i zobaczyłem, że z przebiegu opony obficie wylewa się mleko. Nieźle, duża dziura. Szybko zaskoczyłem z roweru żeby jednym palcem zatkać przeciek, podpisze głowę żeby zawołać Wojtka, który wypruł do przodu, ale hałas szutru i aut wymijających nas zagłusza mógł głos. Drę się kilka razy, nic z tego. Próbuje napisac wiadomość na telefonie jednym palcem, ale nie ma zasięgu.
W końcu Wojtu odwraca głowę i widzi, że stoję. Macham do niego wolną ręką żeby zawrócił. Wyciągam potem knot, żeby zatkać oponę. Wojtek dojeżdża do mnie i przytomnie każe obrócić koło wyciekiem mleka na dół i postawić na szutrze.
Po chwili mleko lata dziurę i nie ma potrzeby wciskania knota. Ale ja mam już dosyć.

Po kilku minutach ruszamy dalej. Na szczęście krajobraz zaczyna rekompensować zmęczenie – dokoła nas roztacza się widok na coś, co znamy z Polski jako bieszczadzkie połoniny. Piękne trawiaste wzgórza z każdej strony a w dolinach małe, zapomniane przez Boga wioseczki.
W jednej z takich wiosek zatrzymuję się koło domu, przed którym siedzi sobie starsze małżeństwo. Proszę mężczyznę o wodę do bidony. Odpowiada że naleje, ale z kranu. Zgadzam się.

Biorę łyka: widać śmierdzi i smakuje jak widać Zuber z Krynicy Zdrój. Wali siarą na kilka metrów. Dojeżdżam, po czym wylewam wszystko na ziemię. Tego się nie da pić. Jeszcze przez kilkanaście kilometrów odbija mi się nieprzyjemny smak. Masakra.
Po kilku kilometrach już wiemy, że nie dojedziemy do planowanego dziś celu. Decydujemy że zatrzymamy się przy jednym ze biitbikow wodnych w okolicy miejscowości Răzeni. W samym Răzeni robimy postój na ostatnie dzisiaj zakupy, ale ja w sklepie czuję, że ten kto wody mi zaszkodził. Mówiąc wprost: nie wiem, z której strony poleci najpierw…

Wychodzę że sklepu przed Wojtkiem żeby na chwilę ussiasc na schodach i dojść do siebie. Wyciągam z kosmetyczki probiotyk, popijam kupionym naprędce kefirem i liczę na cud.
Wojtek, zmarnowany trasą, wraca ze sklepu. Reż siada na schodach, żeby doprowadzić się do porządku paczką ciastek i puszką zimnej Coli. Po 15 minutach ruszamy do celu. Zaczyna zmierzchać, ale mam gdzieś wyciąganie kamper rowerowych – chce jak najszybciej mieć możliwość wydalenia z siebie tego, co truje mnie od środka. Zajeżdżamy na dziką plażę nad zbiornikiem Lazul Cigirlrni i ja udaję się tam, gdzie król zwykł chadzać piechotą. No dobra, uciekłem w krzaki.

Na szczęście okazało się, że to był fałszywy alarm – i mam nadzieję że z tym stanem dotrwam do rana.
Decydujemy się na pseudo-kąpiel w wątpliwej czystości zbroniku. Dni jest bardzo muliste, ciężki utrzymać równowagę na stopach. Na brzegu widać tylko słaby bydła, które zapewne przychodzi tu do wodopoju. Nie decydujemy się na mycie w tej wodzie twarzy, musi nam wystarczyć wilgotny papier toaletowy. Wszak skoro mydło toaletowe jest też do twarzy, to papier toaletowy służy nie tylko do dupy, prawda?
Zasypiamy pod niebem pełnym gwiazd i z wyciem okolicznych psów w uszach.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.







































Dodaj komentarz