dzień 20 – Shkallnur – Tirana

4–6 minut

Niewiarygodne, Wojtek obudził się wcześniej niż ja!

Otworzyłem oczy gdyś usłyszałem trask drzwi od łazienki. Okazało się, że ten wstał już pół godziny wcześniej, zdążył wziąć prysznic i zacząć się pakować.

Wstałem więc i ja. Wykąpałem się i zeszliśmy do sklepu po bułę i jogurty na śniadanie.

Niestety, nasze wczorajsze pranie nie zdążyło wyschnąć, więc dosuszaliśmy je jeszcze na balkonie w porannym, ostrym słońcu. Grzało jeszcze mocniej niż wczoraj, a nasze plecy były już wystarczająca czerwone po wczorajszym opalaniu. Okolice lędźwi tak mnie piekły, że ciężko mi było założyć koszulkę rowerową.

Po śniadaniu przytoczyliśmy bagaże do rowerów i ruszyliśmy w stronę Durres. Druga wiodła cały czas wzdłuż autostrady, na końcu skręcała w lewo, w stronę portu.

Dojechaliśmy do weneckiej wieży w Durres i skręciliśmy w stronę ruin rzymskiego amfiteatru. Wejście było płatne, z zewnątrz było widać, że to nic spektakularnego, więc odpuściliśmy sobie te atrakcję i zaczęliśmy szukać ustronnej plaży, żeby móc się wykąpać.

Niestety, wszędzie wisiały czerwone flagi.

Na promenadzie zrobiliśmy stopa na zimną kawę i ruszyliśmy dalej, na północ, wzdłuż wybrzeża. Znalazłem jedna miejscówkę na kąpiel.

Zdążyłem się już przebrać, gdy Wojtek przytomnie zauważył, że na plaży nie ma natrysków do spłukania się po słonej wodzie. Stwierdził, że on odpuszcza kąpiel, siadzie sobie w cieniu i poczeka na mnie.

Ja nie zamierzałem rezygnować z kąpieli. To takie dopełnienie całego wyjazdu, bez tego byłbym zły, ,e czegoś zabrakło. Jechałem dwa tysiące kilometrów w stronę Adriatyku i kąpiel musiała być na finał.

Woda była przyjemnie ciepła, ale w tym pałacyk słońcu idealnie schładzają ciało. Przepłynąlem się kilkadziesiąt metrów w tę i z powrotem, a potem wskoczyłem na pływający pomost żeby odpocząć w słońcu i osuszyć ciało. Przyglądałem się jak chłopaki skaczą radośnie do wody.

Po pamiątkowym zdjęciu na brzegu morza ruszyliśmy w stronę stolicy Albanii. Droga prowadziła cały czas delikatnie w górę, z jednym ostrzejszym podjazdem. W połowie trasy zglodnielismy, więc zrobiliśmy postój na burka i kanapkę oraz oczywiście na zimne napoje.

Na 10 kilometrów przed Tiraną nasz trasa zmieniła się w drogę techniczną dla autostrady. Niestety, równiej na tej drodze był spory ruch. W dodatku nawierzchnia była cała podziurawiona, więc wszystko auta, włącznie z TIRami, nieustannie przyhamowywały, żeby nie urwać sobie zawieszenia. Lawirowaliśmy między nimi, uważając bardzo – dwa razy kierowcy wyjeżdżali mi z bocznych ulic pod koła roweru, więc mój poziom stresu coraz bardziej narastał. W pewnym momencie stwierdziłem że nie będę cisnął za Wojtkiem, który lubi dynamiczna jazdę, tylko pojadę wolniej, swoim tempem.

Gdy ruch się skończył, dobiłem do niego i wjechaliśmy do centrum miasta. Wjeżdżając na centralny Plac Skanderbega zobaczyłem mężczyznę z małą dziewczynką, na oko 8-10 letnią. Usłyszałem jak ojciec nowi do niej po polsku, że powinna go słuchać, że nie może być tak, że mała nie wykonuje jego poleceń i że potem matka wykorzystuje to przeciw niemu. I że musi być po jego stronie a nie matki. Nie mogłem zostawić tego obojętnie. Podjechałem do mężczyzny i grzecznie powiedziałem mu, że moim zdaniem robi krzywde małej obarczając ją takim ciężarem emocjonalnym.

Facet zaczął protestować, że nie znam sytuacji, że usłyszałem tylko wycinek. Przyznałem mu rację, ale twardo poprosiłem, żeby zrobił tylko jedna rzecz: zastanowił się nad tym, co powiedziałem.

I odjechałem.

Po wypiciu zimnej coli na placu, zaczęliśmy z Wojtkiem objeżdżać sklepy rowerowe w poszukiwaniu kartonów do spakowania Elio i Rondla. Na jednej ulicy znaleźliśmy co najmniej kilkanaście małych sklepow i serwisów rowerowych. Tylko w dwóch z nich sprzedawcy mieli kartony na stanie, ale żądali za nie horrendalne kwoty – w jednym 10, w innym 25 euro od sztuki.

Zazwyczaj takie kartony są wyrzucane przez sklepikarzy na śmietnik, a tutaj najwyraźniej kwitł kartonowy biznes!

Grzecznie odnowiliśmy i pojechaliśmy dalej. Na jednym z zakrętów, Wojtej wypatrzył wielki karton jakby po rowerze elektrycznym. Zaznaczyliśmy miejscówkę na mapie i pojechaliśmy jeszcze do innych sklepów zaznaczonych na mapie Googla. Niestety, nigdzie nie było kartonów.

Zrezygnowani, pojechaliśmy do wynajętego nieopodal Starego Bazaru mieszkania, zostawiliśmy rzeczy i wróciliśmy najpierw po karton za 10 Euro, potem po ten drugi ze śmietnika. Na szukaniu kartonów straciliśmy dwie godziny.

Po prysznicu pora była na jedzenie. Znaleźliśmy restaurację z lokalną kuchnią. Spróbowałem tave dheu, czyli tradycyjnego dania albańskie, będącego specjalnością centralnej Albanii. Jego głównymi składnikami są wątróbka wołowa, biały ser, pomidory, cebula, czosnek, papryka, oliwa z oliwek, ocet i ostra papryczka. Było gorące, tłuste i nadzwyczaj sycące.

Z pełnymi żołądkami wróciliśmy do mieszkania pakować rowery. Zaczęliśmy od mojego. Poszło dość sprawnie – skoro płaciłem za karton 10 euro to wybrałem najszerszy, jaki był na stanie w sklepie.

Gdy udało się zmieścić mój rower, Wojtek zabrał się za oprawianie swojego kartonu że śmietnika. Byk zdecydowanie za duży do samolotu, więc trzeba było go poprzycunac i posklejać.

Dołożyłem do mojego kartonu wszystkie torby, zostawiając na zewnątrz elektronikę i ubrania na jutro. Wojtu jeszcze paral się ze swoim, ja postanowiłem wyjść na spacer na miasto i na kolację. Chciałem poczuć jeszcze trochę klimat wyjazu – w zasadzie nie mieliśmy przez całe 3 tygodnie zbyt wiele czasu żeby się poszlajac po miastach, w których się zatrzymywaliśmy. Zawsze dojeżdżaliśmy na tyle późno, że starczało nam sił i czasu na szybkie jedzenie, którymi spacer i trzeba było iść spać.

Tirana wieczorem i w nocy tętni życiem, jak każde bałkańskie miasto. Nawet teraz, we wtorek o północy, bez problemu można znalezc knajpy z otwartą kuchnią. Zrubikem sobie spacer na Plac Skanderbega a potem usiadoen w jednej z restauracji i zamówiłem kieliszek wina i Fërges Tirane na kolację.

Lot mamy o 18:00, więc rano skoczymy na śniadanie, może na krótki spacer, a potem jedziemy na lotnisko, bo z kartonami z rowerami ciężko poruszać się po mieście.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej