O 6:30 obudziło mnie dyskretne pukanie do drzwi celi. Drzwi były lekko uchylone, bo takie je zostawiliśmy na noc z powodu wieczornego zaduchu. Widziałem za drzwiami rąbek czarnego habitu, więc wstałem pospiesznie, nałożyłem spodenki i koszulkę i wyszedłem na korytarz. Siostra kontaktowa powiedziała, że kawa już czeka i że możemy wstać i udać się do kuchni.
Obudziłem Wojtka i poszedłem umyć zęby.
Ogar elismy poranna toaletę i zeszliśmy korytarzem na dół.

Na stole w jadalni przygotowane było śniadanie: kawa po turecku, ręcznie robione bułki z serem, na talerzu kulki z ryby, zimne przekąski mięsne, pomidorki cherry i naturalny, robiony na terenie klasztoru ser. W dzbanku czekało zsiadłe mleko. Spróbowałem wszystkiego, najbardziej z tego skromnego śniadania smakował mi ser. Wojtek z trudem wciągnął bułkę – to nie jego pora na śniadania – i wypił kawę.

Po półgodzinie byliśmy już spakowani i gotowi do drogi, ale musieliśmy jeszcze umyć ręce po przygotowywaniu rowerów do trasy. Siostra zaprowadziła nas do klasztornej łazienki, a wcześniej pokazała nam prywatną kaplicę. Na ścianach widniały wizerunki świętych prawosławnych, w tym św. Paraskewy, bułgarskiej mniszki kościoła prawosławnego.
Przed ruszeniem w trasę zajrzelismy jeszcze do kościoła głównego, gdzie akurat trwały modlitwy poranne.

Trasa do miejscowości Crasna przebiegła sprawnie – 25 km pokonaliśmy w niecałą godzinę; droga prowadziła czały czas w dół. Z początku orzrzwial nas przyjemny chłód poranka i okolicznych drzewa, ale z minuty na minutę robiło się coraz cieplej.
W Crasnej zatrzymaliśmy się w przydrożnym sklepie na drugie śniadanie. Wciągnąłem kefir, ale jogurt Wojtka po otwarciu okazał się być popsuty, mimo obowiązującego terminu ważności. Wojtu złapał kryzys dnia trzeciego. Musieliśmy odpocząć dobrą godzinę zanim ruszyliśmy dalej.

Wyszedłem na prowadzenie na 30 kilometrów. Asfalt był dobry, ale drugą była bardzo ruchliwa z niewielkim poboczem. Non stop mijały nas TIRy, niejednokrotnie osobówki na gazetę. I przez bitą godzinę wiatr wiał w twarz, utrudniając poruszanie się naprzód. Na całej trasie do Barlad było tylko 1 zacienione miejsce, gdzie można było na chwilę odsapnać. Monotonne poruszanie się naprzód uatrakcyjniały jedynie godzinę gryzonie, coś ala chomiki, które uciekały mi spod kół do przydrożnego rowu.

O 12:30 w pełnym słońcu dotarliśmy do Barlad. Teraz ja złapałem energetyczny kryzys. Musiałem szybko napić się kawy i czegoś zimnego. Lemoniada z prawdziwych cytryn ukoiła pragnienie a ice latte dała na chwilę powera.

Przed nami czekało 7 drugich podjazdów, każdy na co najmniej 100 metrów w pionie. Każdy w pełnym słońcu. Po pierwszym mieliśmy już dosyć. Zatrzymaliśmy się w wiosce położonej w dolinie na zimne piwo zero i na uzupełnienie bidonów.
To była nasza taktyka. Każdy podjazd na raz, potem zjazd i stop w sklepie, o ile taki był, uzupełnienie bidonów i w drogę.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Bidony napielnialksmy lodowatą wodą ze sklepowych lodówek, gdy tylko dojeżdżaliśmy na szczyt, widać w bidonach była już gorąca. Nie ciepła. Gorąca.
Po 5 podjeździe dłuższy postój żeby ściągnąć coś do jedzenia – pizza na kawałki była świetnym pomysłem. Nasyciła i dała energię.

Ostatni zjazd do miasta Adjud był nagrodą za cały masakryczny dzień. Długi na przeszło 5 kilometrów, pozwolił się delektować widokami i przyjemnym wiatrem wiejącym w rozpalone słońcem ciała.

W Adjud szybki sklep na ostatnie uzupełnienie płynów i strzała do celu naszej dzisiejszej trasy, miasta Onești. Zostały nam 2 godziny do zmierzchu i 40 km do przejechania. Pierwsze 12 kilometrów prowadziłem, potem zmienił mnie Wojtek.

Na 20 kilometrów przed końcem złapał mnie taki kryzys, że myślałem że spadnę z roweru. Na szczęście żel energetyczny szybko postawił mnie na nogi i o 20:40 dotarliśmy pod blok, w którym dzień wcześniej wynajęliśmy mieszkanie.

Blokowisko w stylu późnego Gierka w tragicznym wschodnim wydaniu – każde okno i balkon w innym stylu, ale mieszkanie całkiem przyjemne: z klimatyzacją i przede wszystkim pralką, w której od wejścia zrobiliśmy pranie naszych kolarskich ciuchów.

Zbawienny prysznic i o 22:00 wyszliśmy na miasto coś zjeść. Ku naszemu zaskoczeniu, to miasto tętni życiem o tej porze! Ogromny plac rozświetlony latarniami, słychać gwar ludzi i rozmowy z restauracyjnych ogródków. Należy nam się uczta.








































Dodaj komentarz