poranki nie cieszą mnie, rozczarowują noce…
Podpisuję się dzisiaj pod tymi słowami Kaśki Nosowskiej. Noc jako tako jeszcze była do przeżycia; nowy śpiwór puchowy zdał egzamin. Ale poranek (wstałem o 6 rano) był tragiczny. Przenikliwe zimno zacienionego od Alp campingu wdzierało się pod koszulkę i kalesony z merynosa, gdy pakowałem manatki i zwijałem mokry od rosy namiot.
Szybki jogurt, banan i łyk izotonika w pierwszych promieniach słońca i ruszyłem w drogę. Campingowi sąsiedzi (5 Polaków) jeszcze spali.
Szlak początkowo prowadził dość równo, cały czas wzdłuż rzeki Salzach, jednak po kilku kilometrach, zaraz za Szwarzach im Pongau, zaczął piąć się stromo w górę. Podjechałem kawałek, ale po chwili zatrzymałem się na poboczu, w zatoczce, żeby odpalić drona. Zawsze filmowałem na postojach lub w trakcie zjazdów, a nigdy nie miałem żadnego video jak męczę się na podjazdach.
Odpaliłem Ćwirka (tak, nazywam różnymi dziwnymi polskimi nazwami rozmaite przedmioty i zwierzęta: mam kota Gałgana i Nicponia, żarówki Bolek i Lolek oraz nawilżacz powietrza Szuwarek) i rozpocząłem mozolną wspinaczkę.
Nie zmęczyłem się zbytnio. Po 15 metrach zorientowałem się, że nie mam powietrza w przednim kole. Dziwne, droga od kilku dobrych chwil jest asfaltowa, nie było miejsca gdzie mógłbym przebić dętkę.
Dopchałem Elio do ławki stojącej w słońcu obok jakiegoś wiejskiego domu i zdjąłem przednie koło żeby wymienić dętkę. To był mój pierwszy kapeć na tym rowerze i pierwsza Presta, którą obsługiwałem.

Zdjęcie opony nie trwało długo. Gorzej było z wstępnym napompowaniem dętki. Próbowałem z 15 minut, zanim zorientowałem się, że w pompce nie tylko trzeba odwrócić tę grubą gumową uszczelkę z trybu Schrader na Presta, ale też tę plastikową część, która jest pod uszczelką.
W tym czasie na trasie minęła mnie pierwsza grupa Polaków z campingu.
Potem przyszła kolej na założenie opony. Ile się przy tym nakląłem, to chyba nikt nie wie. Dobrze, że większość mijających mnie osób była obcokrajowcami, nie rozumiejącymi polskiego. Opony od Elio są tak ciasne, że trzeba niezwykłej cierpliwości, żeby założyć je na koło. Straciłem przy tym jedną z plastikowych łyżek do wymiany opon – nie wytrzymała naprężenia.
Ta godzina przeobraziła się w pierwszy poważny kryzys. Miałem ochotę stoczyć się na dół do miasteczka i wrócić pociągiem do domu. Na szczęście zrobiło mi się od tego gorąco. Jakiś plus.
W końcu opona wskoczyła na swoje miejsce. Dałem za wygraną i nie podjąłem próby pompowania jej ręczną pompką. Wszedłem do pobliskiego domu, zawołałem gospodarza i zapytałem, czy ma może elektryczny kompresor. Koło zostało napompowane w niecałe 5 sekund.

Ostrożnie, pełen wątpliwości czy dobrze sprawdziłem wnętrze opony, z obawy przed kolejnym przebiciem, ruszyłem dalej pod górę. 12% podjazdu nie robiło już na mnie wrażenia. Cały czas spoglądałem na przednie koło z podejrzliwością.
Droga nieco się wyrównała i w pewnym momencie osiągnęła malowniczy wodospad slywajacy w stronę miasteczka Lend. Teraz szlak skręcał ostro na południe i wpadał do pierwszego tego dnia tunelu.

W środku znów zrobiło się zimno. Byłem jednak na tyle wyczerpany, że nie chciało mi się zatrzymywać i wyciągać polar. Liczyłem, że tunel nie będzie zbyt długi. W rzeczywistości miał dobre 1,5 kilometra. Gdy tylko wyjechałem z niego na słońce, zatrzymałem się żeby wciągnąć banana.
Dalej szlak prowadził podobczem drogi krajowej. Po jednej i po drugiej stronie pięły się pionowe skaliste zbocza. Minąłem Maierhofen i zbliżałem się do malowniczego miasteczka Dorfgastein.
Zdziwiło mnie to, że wszystkie miasteczka mijane dzisiaj były praktycznie opustoszałe. Czyżby to była domena austriackiej niedzieli? W Dorf znalazłem jedną otwartą restaurację: był to kebab. Zamówiłem cappuccino i usiadłem na krzesełku przed lokalem.

Przy stoliku obok siedziało 3 austriackich emerytów. Rozmawiali, popijali kawę i palili papierosy. Grzecznie poprosiłem jednego z nich czy nie mógłby sprzedać mi 1 papierosa. Odpowiedział, że może mi go podarować, bo gdyby miał mi go odsprzedać, to nie byłoby mnie stać. Zapaliłem szluga i dopiero wtedy zeszły ze mnie emocje poranka.
Wypiłem kawę i ruszyłem dalej, wiedząc, że jeszcze 1 spory podjazd przede mną. Po drodze zajechałem jeszcze na stację benzynową, żeby upewnić się czy przednia dętka jest wystarczająco napompowana i żeby załatać latkami tę przebitą.

Po kilku kilometrach dotarłem do Bad Hofgestein. Miasto znowu było praktycznie puste, ale w okolicy ratusza czy hotelu wybrzmiewały dźwięki jakiejś regionalnej parady. Podjechałem żeby się przyjrzeć. W paradzie maszerowało kilkadziesiąt osób ubranych w regionalne stroje. Chyba byli to miejscowi strażacy.

Następna miejscowość już z daleka nasunęła mi na myśl Czarodziejską Górę Tomasza Manna. Kaskadowo ułożone stare, stylowe, okazałe hotele a w tle ośnieżone szczyty Alp. Tylko patrzeć a ulicami będzie przechadzał się Hans Castorp.
To było jedyne miasteczko na trasie które tętniło życiem. Wszyscy zmierzali w stronę okazałego wodospadu. Rzeka spada z hukiem przez ponad 340 m w samym centrum miasteczka. Ciekawe, czy to z powodu tej wodnej kaskady, czy też bardziej dzięki ciepłym radioaktywnym źródłom, Bad Gastein jest znanym i cenionym już od czasów rzymskich uzdrowiskiem.

Miasto leży na wysokości 1002 m npm więc nie trudno sobie wyobrazić, że miałem sporo do podjechania. Najgorsze, że wiatr cały czas wiał prosto w twarz. Klasyczny zygzak zdał egzamin. Miałem gdzieś auta które posłusznie wlekły się za mną przyglądając się, jak jeżdżę całą szerokością drogi od prawej do lewej.
Za wodospadem ulice wiły się już serpentynami, więc podjazdy nie były takie uciążliwe. Ale znów zaczęła doskwierać niska temperatura. Górna część miasta w znacznej mierze znajdowała się w cieniu pobliskich szczytów, a i wysokość dawała się we znaki.
Po kilkunastu minutach dojechałem do końca pierwszego etapu dzisiejszego dnia. Zegarek pokazywał 13:40. Na peronie stacji Böckstein powoli zaczęli zbierać się kolejni rowerzyści.
Po co dojechałem na stację?

To jest jedyny odcinek trasy Alpe Adria, którego nie da się pokonać z rowerem i własnych siłach. Trzeba skorzystać z pomocy kolei TauernBahn, która prowadzi przez 113-letni tunel pod szczytami Alp.
Bilet można kupić na miejscu w kasie (10 € za osobę + rower), ale lepiej zrobić to w aplikacji ÖBB, gdyż cena jest 20% niższa (dokładnie 7,90 €). Tunel ma długość 8371 metrów, pokonuje się go w kilkanaście minut. Na rowery czeka specjalny wagon, rowerzyści jadą innym, zwykłym wagonem.

Za tunelem, po drugiej stronie Taurów, zaczyna się marzenie każdego rowerzysty: kilkunastokoloteriwy epicki zjazd. Niestety prowadzi on zwykłą krajówką, tak więc trzeba uważać na mijające samochody, ale dzisiaj mogłem nacieszyć się prędkością do woli. Kilka razy dobijalem do 60 km/h modląc się tylko, żeby moje hamulce to wytrzymały.

W zasadzie bez pedałowania dojechałem do Obervellach. Zaraz za miasteczkiem szlak odbija w lewo i prowadzi przyjemnym szutrem ponad doliną. Warto być uważnym, bo w jednym miejscu można napotkać symbol austriackiej gościnności. Po prawej stronie, zaraz przy szlaku, przygotowane jest miejsce do odpoczynku dla rowerzystów wraz z niespotykanymi atrakcjami: mini rzeźby, gumki do przypinania pakunków i inne gadżety. Czytałem że w sezonie stoi tam wypełniony po brzegi stragan, z którego za darmo można zabrać soczyste jabłka, śliwy i marchewki. Była tutaj też pompka, zestaw smarów i narzędzi rowerowych.
W okolicach Kolbniz zacząłem zastanawiać się co począć, gdy okaże się że camping, na którym zamierzałem się dziś zatrzymać, będzie zamknięty (na stronie pisali, że otwierają dopiero 1 maja). Zdecydowałem wstępnie, że spróbuję dojechać aż do Villach.
Po kilku kilometrach poczulem jednak nieznośny ból w prawym kolanie. Sytuacja nie wyglądała już tak kolorowo. Do Villach zostało mi jeszcze jakieś 70 kilometrów, a ja z każdą chwilą cierpiałem coraz mocniej z powodu bólu. Za Mölbrucke zatrzymałem się, żeby poszukać alternatywy.

Była jedna. Aplikacja Caravanya pokazywała, że camping Drau w Spittal an der Drau czynny jest od 20 kwietnia. Co innego jednak mówiła strona www campingu. Postanowiłem spróbować. W Spittal odbiłem od szlaku i popedałowałem z trudem w stronę campingu.
Niestety, pole namiotowe świeciło pustkami.
Zrezygnowany, łyknąłem 2 tabletki przeciwbólowe i pojechałem dalej. Droga prowadziła raz w górę, raz w dół, w większości asfaltem, ale zdarzały się szutrowe odcinki. W pewnym momencie zacząłem rozglądać się po domostwach w poszukiwaniu ludzi na podwórkacgmh, żeby poprosić kogoś o kawałek trawy w ogródku pod namiot.
W okolicy Sankt Peter zaraz przy szlaku siedziała młoda rodzinka i zajadała się jakimiś specjałami. Zatrzymałem się i zapytałem, czy lokal z którego zamówili dania, nadal jest otwarty. Wskazali mi drogę. Wszedłem do restauracji „od kuchni”. Młody chłopak przyrządzał jakieś posiłki za ladą. Zapytałem, czy mógłbym rozbić namiot w ich ogrodzie, ponieważ mój camping okazał się zamknięty.

Chłopak zostawił to, co akurat przyrządzał, i zaprowadził mnie za budynki gospodarcze, wskazując pięknie przystrzyżoną trawę pod kwitnącą jabłonką. Tam też rozbiłem namiot.

Gdy tylko rozpakowałem rzeczy i ukryłem rower, wruciłem do restauracyjnego ogródka. Okazało się, że miejsce w którym się znalazłem, to ekologiczne gospodarstwo z jabłkowym sadem. W menu oprócz naturalnego soku z jabłek serwują własnej roboty przepyszny cydr i podają przekąski na zimno. Nie wiem ile rodzajów mięsa i serów dostałem za te 11 € ale możecie sami się przyjrzeć na zdjęciu.

Tym samym z porannego piekła trafiłem w sam środek raju. Obecność rajskich jabłek – przypadkowa.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.







































Dodaj komentarz