piszę te wspomnienia z jednodniowym opóźnieniem, więc emocje już na pewno trochę osytygły, ale mimo to warte są utrwalenia.
Wstałem dosyć wcześnie, wiedząc , że w planie jest do przejechania ponad 100 kilometrów. Byłem wypoczęty i zrelaksowany, ale lekkim jeszcze wilgotne spodenki rowerowe na tyłku skutecznie popsuły mi humor. Mimo dwudniowego suszenia na świeżym powietrzu pod wiatą, pampers w bibsach nie zdążył odpowiednio przeschnąć. Bywa i tak…
Na szczęście Elio po serwisie śmigał pięknie. Dosyć szybko udało mi się wrócić do Desenzano sul Garda, po czym odbiłem w nieznane mi do tej pory rejony. Na wysokości Barcuzzi rozpoczął się podjazd, z którego ostatni raz rzuciłem okiem w stronę jeziora Garda.

To były magiczne 4 dni w tej okolicy. Polecam Gardę wszystkim, którzy szukają kolarskich wrażeń. Niepowtarzalne widoki, świetne podjazdy i zjazdy, bajeczne miejscowości wbite w skały i krystalicznie czysta woda. Myślę, że klika tygodni nie wystarczy, żeby poznać wszystkie tajemnice tych okolic.

W San Tommaso koło Bedizzole zatrzymałem się w tawernie na poranne espresso. Nie był to bar, raczej winiarnia, ale dobry ekspres do kawy jest w każdej włoskiej gastronomii, więc i tutaj kawa smakowała wyśmienicie.

Następna miejscowość to Pontenove. Tam brukowaną ulicą wjechałem na zbudowany w kamienny XVIII wieku most z kamienia z łukami garbowymi. 700 metrów dalej stał kiedyś starożytny rzymski most,.którym prowadziła niegdyś Via Gallica. Obecny most jest „nowy”, stąd nazwa miejscowości Pontenove.
Za mostem, po lewej stronie, skrył się kamienny kościółek. Nie miałem go w planie, ale kamienne mury zainteresowały mnie bardzo. Zajechałem pod drzwi, jednak zastałem je zamknięte. Szkoda, pomyślałem.

Obok przechodziła jakaś starsza pani, niosąc w plastikowym wiadrze szczapy drewna do palenia w kominku. Krzyknęła coś do mnie po włosku. Nie znam włoskiego, ale wyłapałem jedno znajome słowo: chiave. Znałem je z teologii, wszak łacińskie con clave (konklawe) znaczy pod kluczem. Kobieta zniknęła w pobliskim budynku, po czym wróciła z kluczami do kościoła i wpuściła mnie do środka.

A w środku cuda: freski z XIV wieku, niektóre bardzo słabi zachowane, ale niektóre w dobrym stanie. Pierwszy kościół, co dotyczalem z tablicy, stał w tym miejscu już w VI. wieku.

To my w Polsce na banknocie dwudziestozłotowym drukujemy XII- wieczną rotundę św. Mikołaja z Cieszyna, a tutaj w maleńkiej, zapomnianej miejscowości stoi światynia, której fundamenty są o 600 lat starsze!
Podziękowałem kobiecie za możliwość obejrzenia kościoła, wspomniałem że jestem z Polski i ze przyjechałem tu na rowerze. Kobiecina spojrzała na mnie z politowaniem, popukała się w czoło, po czym z uśmiechem pod nosem zniknęła na plebanii.
Ja zaś pojechałem dalej.
Po prawej stronie zaczęły się wyłaniać liczne wzgórza – przedsionek Alp. Wiele z nich było ściętych do połowy, jak kawałki tortu. Najprawdopodobniej kamieniołomy albo jakieś kopalnie marmuru. Osobliwy widok.

Nawet nie zauważyłem, kiedy wjechałam do miejscowości Brescia. To drugie,.po Mediolanie, pod względem liczby mieszkańców miasto w Lombardii. Zostało założone przez Celtów koło 390 r p.n.e. Chciałem zwiedzić zamek położony na wzgórzu, poniewaz nieopodal znajduje się też Forum Romanum z I w., ale niestety nie można było na jego teren dostać się rowerem. Odpuściłem. Wypiłem tylko kawę w ogródku kawiarni znajdującej się przed zamkową bramą. jest to dosyć spora. Miejscowość sunąca z zamku i z uniwersytetu, który się tam znajduje.

Zdecydowałem, że dalszą trasę sobie upraszam: nie będę jechał do Bergamo rowerem, tylko skorzystam z podwózki pociągiem. Chciałem mieć więcej czasu na odkrywanie tajemnic tego miasta, które było celem mojej podróży tego dnia.
Po niespełna godzinie byłem na dworcu w Bergamo. Prosto z pociągu skierowałem się w stronę starego miasta położonego na wzgórzu. Podjazd był dość długi, ale niezbyt wymagający. Uliczki miasta mają swój klimat, ale nie urzekły mnie wybitnie, szczególnie po niezatartych jeszcze spóźnieniach z Wenecji i z miasteczek nad Gardą.

Na starym mieście zaczął padać deszcz. Nie był ulewny, ale wyczerpane ciało dostało zbyt dużą dawkę chłodu i zaczęło się trząść. Musiałem jednak odnaleźć kilka miejsc związanych z „Call me by your name”.
To tutaj Elio i Oliver spędzili że sobą zostanie chwile. Wybrali się na wycieczkę zaraz przed odlotem Olivera do Stanów. Tu, na ulicach miasta, tańczyli nocą pod kamiennymi murami, tutaj Elio wymiotował po upojnym wieczorze. Na kamieniu, na którym siedział, obecnie znajdują się pamiątkowe napisy fanów filmu.

Tutaj też zatrzymali się na noc w hotelu. Okna hotelu znalazlem z trudem – nie jest on już czynny, więc nie jest w żaden sposób oznaczony. Koło Bazyliki do Santa Maria Maggiore kręciłem się dłuższy czas, żeby znaleźć wszystkie interesujące mnie kadry z filmu.

Potem udałem się do pokoju, który sobie wynająłem na ten noc, zostawiłem rower i bagaże, po czym wróciłem o zmierzchu na stare miasto, żeby odnaleźć klimat nocnych scen z filmu.

To były ostatnie momenty Olivera i Elio razem. Elio zachłannie łapał każdy moment, żeby nic z tych chwil nie uronić. Takie emocje towarzyszyły też mi. Powoli moja trasa dobiega końca, więc staram się łapać każdy moment tej wyprawy, szczególnie teraz, żeby nasiąknąć nimi na dłuższy czas. Podróż robi się coraz bardziej sentymentalna, pełna wzruszeń i okruchów szczęścia.

Ale plan na dzisiaj jest moim zdaniem jeszcze ciekawszy…
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.


















































Skomentuj