Dziś nie obudziło nas słońce. To, od rana schowane za chmurami, dało pospać.

Wstałem o 8:30, poszedłem nad jezioro się wysikać (dokoła zero krzaków więc musiałem udawać że spoglądam sobie o poranku na taflę jeziora, żeby nikt nie domyślił się, że robię coś bardziej przyziemnego).
Spakowaliśmy ubrania, wysuszylismy mokre namioty i poszliśmy z rowerami do hotelowej restauracji na śniadanie.

Zamówiliśmy każdy podwójną porcję, potrzebowaliśmy dużej dawki kalorii na cały dzien – nie wiadomo gdzie znajdziemy jakąś knajpę na obiad.
Koło 10:00 ruszyliśmy w trasę. Najpierw wróciliśmy się w stronę zapory Mavrovo, po czym rozpoczęliśmy kanpuoany zjazd piękną, położoną w głębokim wąwozie, doliną rzeki Radika.

To kręgosłup znajdującego się tutaj Parku Narodowego Mavrovo, największego z czterech parków narodowych Macedonii Północnej. Wąwóz Radika o długości ponad 25 km. Pionowe klify o wysokości ponad 300 m wznoszą się nad wodami rzeki Radika.

Na terenie parku można zobaczyć również inne ciekawe zjawiska naturalne: najwyższy wodospad na Bałkanach (o pionowej różnicy wysokości ok. 120 m), torfowiska wysokogórskie w górach Šar będące pozostałością po epoce lodowcowej, rzadką rzeźbę krasową (w tym piękne jaskinie) w górach Bistra, a także liczne jeziora polodowcowe w całej strefie alpejskiej.

Przejeżdżamy właśnie przez pasmo Szar Planina. Surowe i jałowe góry należą do najwyższych na Bałkanach, a 30 z nich ma szczyty wyższe niż 2500 m. Stąd wywodzi się rasa psów Sarplaninac – zaliczana do grupy molosów w typie górskim, wyhodowana w średniowieczu na Półwyspie Bałkańskim. Pierwotnym przeznaczeniem psów tej rasy było pilnowanie stad owiec.

To one spowodowały, że wczoraj wieczorem jednak musieliśmy rozbić namioty. Gdy Wojtek już zasypiał, usłyszałem warczenie psów w pobliżu. Wyszedłem że śpiwora, zapaliłem czołówkę i zobaczyłem stado psów które przyszło nad jezioro do wodopoju. Psy coraz bardziej zbliżały się do nas, ich sklepie odbijały czerwone światło czołówki. Poczułem się zagrożony, obudziłem Wojtka i rozpoczęliśmy rozbijanie obozowiska.

Po kwadransie zabawy, która momentami wyglądała na dość agresywną, psy się oddaliły, ale mój lęk pozostał jeszcze na długo.

Psy te są czujne i zdecydowane, trudne do ułożenia i niezależne, przyzwyczajone do samodzielnej pracy. Odporne na trudne warunki pogodowo-terenowe. Jak powiedziała mi Agnieszka Kunkel, znawczyni psów ras wszelakich, to „bestie takie. Niby milutkie, ale urywają łby przy piętach”.

Suniemy wąwozem w dół. Jest pięknie. A ja y skał po prawej i po lewej stronie, w dole rzeka. Asfalt piękny, jedzie się cudownie. To zdecydowanie najpiękniejszy odcinek całej naszej wyprawy.

W połowie zjazdu odbijamy na Bigorski monaster św. Jana Chrzciciela. Jest strony podjazd serpentyną w górę, ale zdecydowanie warto.

Według Bigorskiego Pomenika, a także napisu na cudownej ikonie św. Jana Chrzciciela, klasztor został założony w 1020 roku przez mnicha Jowana Debranina. W XVI wieku klasztor został całkowicie zniszczony przez władze osmańskie i nic nie pozostało z całego kompleksu.

Z zabytków dowiadujemy się również, że klasztor został odbudowany w 1743 roku przez hieromnicha Hilariona, który był również pierwszym opatem klasztoru bigorskiego w czasach nowożytnych. Nazwa klasztoru pochodzi od faktu, że budowla została wzniesiona z wapienia . Klasztor Bigorski składa się z kościoła klasztornego pw. św. Jana Chrzciciela , znajdującego się obok kościoła ossuarium, wieży obronnej Sejmu, zespołu kwater klasztornych oraz nowo wybudowanych kwater gościnnych.

Obecnie bractwo liczy około 30 mnichów, którzy żyją według wspólnotowych reguł Góry Athos.

Najpiękniejszą ozdobą cerkwi, z której słynie ta świątynia, jest niewątpliwie wspaniały i unikatowy w swoim rodzaju w prawosławiu ikonostas, arcydzieło snycerzy z Mijačy, którzy pod względem kunsztu stolarskiego do dziś pozostają niedoścignionymi. Są to słynny Petre Filipovski-Garkata ze wsi Gari wraz ze swoim zespołem oraz Makarij Frčkovski z Galicznika.

Ukończyli oni to monumentalne dzieło w zadziwiająco krótkim czasie, w latach 1830-1835. Oprócz ikonostasu, klasztor znany jest również z ikony św. Jana Chrzciciela, o której uważa się, że ma cudowną moc.

Według tradycji ikonę znalazł mnich Jan w 1020 roku. Dotarła do miejsca, w którym później zbudowano klasztor i unosiła się nad źródłami rzeki Radiki. W XVI wieku, za panowania sułtana Selima II, Turcy spalili klasztor, a ikona w tajemniczy sposób zniknęła, tylko po to, by powrócić nienaruszona w jeszcze bardziej tajemniczy sposób.

Z klasztoru ruszyliśmy dalej w dół, do granic parku narodowego, a potem w stronę miasta Debar.

Zaczynała się psuć pogoda, zerwał się porywisty wiatr, na nasze nieszczęście wiejący w twarz. Gdy przejeżdżaliśmy przez most nad rzeką, na wysokości jeziora Debar, podmuchy były tak silne, że rzucało naszymi rowerami na barierki. Włożyliśmy wiele wysiłku w podjazd w stronę miasta, żeby uciec przed zbliżającą się burzą i nawałnicą w lokalnej pizzerii.

Burza i ulewa trwaly przeszło 3 godziny. Zdążyłem w tym czasie zjeść pizzę i wypić 3 kawy. W dalszą drogę ruszyliśmy dopiero koło 17:30.

Temperatura znacznie spadła, więc jechaliśmy w kartach przeciwdeszczowych z długimi rękawami. Co chwila było nam zbyt ciepło – podjazdy, lub zbyt zimno – zjazdy. W końcu zdecydowałem się jechać w samej koszulce, co bardzo mnie wychodziło i popsuło humor.

Widoki początkowo rekompensowały zły nastrój – panorama gór w tle i Jeziora Debarskieg9 robimy ogromne wrażenie. Minęliśmy zaporę i jechaliśmy cały czas skarpą, widząc jezioro po naszej lewej stronie. Serpentyny wiły się przeciek dobre kilkanaście kilometrów.

Item znów jechaliśmy wąwozem – w dole płynął Czarny Drin. Zmierzchało, gdy dojechaliśmy do zapory Globochica. Mój humor był już totalnie popsuty, Wojtek to wyczuł i postanowił poprowadzić nas dalej.

Na zaporze zjadłem 2 batony, zapaliłem kolejna już dzisiaj fajkę, chwilę odpoczakem i pocisneliśmy dalej. Jechaliśmy już ze światłami rowerowymi, bo zaczynało być ciemno. Na szczęście tuch był znikomy.

Momentami wąwóz był tak wąski, że na drodze leżały kawałki skał, które musiały niedawno odpaść od zboczy. Było dość niebezpiecznie, bo po ciemku te kamienie ledwie było widać na drodze.

Od Wełeszty Wojtek cisnął na całego. Cały odcinek do Strugi a potem do Ochrydy jechaliśmy z prędkością przeszło 30 km/h. Obaj byliśmy zziębnięci i padnięci i marzyliśmy o ciepłym prysznicu. Już na miejscu, w Ochrydzie, wynajęliśmy mieszkanie na noc. Ogarnęlismy się i poszliśmy na miasto na kebaba, ale nie mamy siły na zwiedzanie więc lecimy spać.

Mam nadzieję, że jutro nie będę chory.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.







































Dodaj komentarz