dzień 5 – Onesti – Brasov

2–3 minut

Wstaliśmy dziś późno, koło 9:00, ale sen należał nam się po pierwszych czterech dniach. Spakowaliśmy manatki i w oczekiwaniu na właściciela mieszkania, któremu mieliśmy oddać klucze, zaczęliśmy zwiedzać naturalistyczne budownictwo Onesti. Pokój mieliśmy na ostatnim, 9 piętrze bloku, więc wyszedlem na wewnętrzny taras na papierosa. Wojtek zrobił mi zdjęcie. Wyglądam na nim jakbym został wypuszczony na więzienny spacerniak.

Po przekazaniu kluczy, już z rowerami, podeszliśmy na śniadanie. Idealnie wjechał burek z szynką u serem a do tego duże latte (dziękuję za wszystkie kawki, jakie mi pistawiliscie do tej pory, przydają się bardzo!).

Koło 12 ruszyliśmy w trasę. Czekało nas dziś 135 kilometrów z jednym srogim, po ponad 40-kilomentrowym podjazdem. Na szczescie tym razem pogoda nam sprzyjała. Było przyjemne kilkanaście stopni, wiatr wiał raczej w plecy, a przynajmniej nie przeszkadzał tak, jak wczoraj.

Po 30 kilometrach wjechaliśmy w góry. Zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek nad górskim strumykiem.

Po kilku kilometrach z aczak się grubszy podjazd – serpentyna z czternastoma zakrętami i przeszło 350 metrów w górę. Szło nam sprawnie, więc po kilkudziesięciu minutach zameldowaliśmy się na górze.

Zaczął się bajeczny zjazd. Na szczęście i nieszczęście, w te stronę serpentyn nie było, śmialiśmy z prędkością 60 km/h w dół i po 8 minutach byliśmy u podnóża.

Do Târgu Secuiesc zostało nam kilkanaście kilometrów. Wjechaliśmy na teren Czarnogrodu, a więc historycznej krainy Transylwanii, która niegdyś należała do Węgier. Dało się to odczuć na każdym kroku – dwujęzyczne nazwy miejscowości, przydrożne stoiska że sprzedawanym kovács czy langoszem i ulice z wegiersko-polskim akcentem, generała Józefa Bema.

W Târgu Secuiesc zjedliśmy obiad w eleganckiej restauracji jazzowej i ruszyliśmy do celu dzisiejszego dnia – Braszowa.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wojtek nabrał powera i cisnął przez dobrych 25 kilometrów z prędkością nie mniejszą niż 35 km/h. Ledwo dawałem za nim radę, liżąc mu tylną oponę. W połowie trasy miałem kryzys – zaczął mnie boleć brzuch, więc musieliśmy zrobić postój na moją toaletę.

10 minut przerwy było dla mnie zbawieniem. Teraz ja wyszedłem na prowadzenie i pociągnąłem nasz pospieszny pociąg do samego Braszowa.

Miasto było dla nas zaskoczeniem – okazało się większe, niż myśleliśmy. Najpierw część przemysłowa, potem mieszkalna, a w centrum przepiękna klimatyczna starówka położona u stóp wybitnej góry z wielkim napisem Brasov na szczycie.

Mieliśmy wynajęty klimatyczny dwupoziomowy apartament z dwoma małżeńskimi łóżkami – w sam raz na relaks po dzisiejszym wysiłku. Ale po szybkim prysznicu postanowiliśmy spenetrować wieczorne miasto.

Jestem pod wrażeniem tego, jak tu jest klimatycznie – stara zabudowa, urokliwe zaułki, zabytki, dumnie górujące nad miastem twierdza i wzgórze i przede wszystkim ogrom kawiarenek i ogródków restauracyjnych. To miasto żyje, nawet teraz o 23:00 kiedy piszę te słowa, i będzie żyło jeszcze dobrych kilka godzin.

My jednak umieramy że zmęczenia. Dzisiejszy dzień był bardzo dobry, ale musimy nabrać sił przed jutrem.

Dodaj komentarz

jadę dalej