śladami Elio (Pancengo – Limone sul Garda) – dzień 9

5–8 minut

gdy wstawałem, kemping dopiero budził się do życia. Chłopcy z domku naprzeciwko wychodzili na werandę z kaszlem, zapewne po wczorajszym jaraniu zielska, ja zaś dosyć szybko spakowałem swoje manatki i złożyłem namiot. Tym razem był suchy, ponieważ w nocy nie padało. W ciągu czterdziestu pięciu minut od pobudki wyruszyłem w trasę.

Pierwszy problem to znalezienie drogi do jeziora. Camping Amica do Lazise w Pancengo położony był na wzgórzu; droga do jeziora albo prowadziła schodami albo strumyk i śliskim zboczem, nie nadającym się do prowadzenia roweru. Musiałem wybrać inną trasę, w górę, do wejścia do parku rozrywki Gardaoand, w którym byłem w 1998 roku. Potem asfaltem w lewo i w dół, w kierunku Lazise.

Nie planowałem wjeżdżać do miasta, ale gdy tylko zobaczyłem wielką bramę murów obronnych, stwierdziłem, że muszę zobaczyć co jest w środku. Wjechałem więc do bardzo przyjemnego, małego miasteczka.

Lazise to malownicza miejscowość, która znajduje się na wschodnim brzegu jeziora Garda. Okolica jest tak piękna, że Włosi określają to miejsce często jako kawałek raju. Miasto otoczone jest śrwdniowiecznymi murami z 1370 roku, w jego środku znajduje się bardzo klimatyczna starówka.

To było bardzo dobre miejsce na śniadanie. Znalazłem wolny stolik w ogródku przytulnej kawiarenki w samym porcie, zamówiłem sobie cappuccino i croissanta odpoczywałem, przyglądając się, jak jeden z mieszkańców oszczykuje winorośla pnące się po jego balkonie.

Następna miejscowość na mojej trasie to Bardolino: stolica win regionu. Co roku odbywają się tutaj festiwale win i liczne degustacje.

Dalej, cały czas wzdłuż brzegu, po promenadzie, dojechałem do miejscowości Garda. Tutajnnykonjuz zdecydowanie więcej turystów i rowerzystów. Tam też podjąłem decyzję, że nie będę kierował się w górę, na podjazd między wzgórzami Monte Luppia i Monte Lenzino, tylko spróbuję przedostać się brzegiem dokoła półwyspu.

Pomysł był ciekawy, ale problematyczny – miejscami brzeg był bardzo wąski i kamienisty, musiałem schodzić z roweru i prowadzić go, mijając turystów spacerujących brzegiem jeziora. W pewnym momencie dałem za wygraną i z trudem wygramolilem się na ulicę biegnącą kilkadziesiąt metrów wyżej. Po objechaniu nią półwyspu dokoła, znalazłem się w miejscowości

Później trasa zmieniła się znów fastltową, więc dał radę bez problemu jechać. Nie wiem dosyć dużo prędkości objechałem, całe półwysep ołkowa, aż znalazłem się w miejscowości Torri del Benaco. Tam puściłem się pędem po gładkim asfalcie na północ.

Malcesine widać już z daleka, a to wszystko za przyczyną wielkiego zamku Scaligerich, którego pierwsze mury stanęły tam już w VI wieku. Miasto położone jest u stóp Monte Baldo, na którego szczyt na wysokości 1670 metrów można dostać się panoramiczną kolejką linową, ktirej wagoniki obracają się o 360 stópki dokoła własnej osi. Pod zamkiem zatrzymałem się, żeby zrobić kilka ujęć z drona.

Widok turkusowej wody Gardy bardzo mnie uspokajał, więc po szybkich zakupach w markecie siadłem na ławce na plaży i pałaszując jakieś miejscowe ciastko nasączanie obficie alkoholem patrzyłem na surferów tnących wody jeziora.

Potem, już cały czas asfaltem, poprzez rozmaite tunele, dotarłem do najbardziej wysuniętej na północ części Gardy, czyli do Riva del Garda. To była połowa mojej trasy dookoła jeziora: część wschodnia położona jest dosyć nisko, zachodnia zaś wybija się mocno ponad taflę wody. 

Zrobiłem pamiątkowe zdjęcie w porcie i Tuszyna w miasto. Tam zaskoczyła mnie ilość rowerzystów, w każdym wieku i na różnych sprzętach, sunąca ulicami. Wiedziałem, że tutaj zaczynają się liczne trasy rowerowe, ale nie usprawiedliwiało to takiego nawału cyklistów.

Dopiero po chwili przypomniałem sobie słowa serwisanta z Gemona del Friuli, że w tych dniach odbywa się w Rivie festiwal rowerowy. Nagle po lewej stronie wyrosło miasteczko festiwalowe z niezliczoną ilością straganów i rowerów oraz flagi oznaczające start i metę wyścigu.

Zachodnia strona jeziora może sprawiać niemały kłopot dla niewprawionego rowerzysty. Liczne podjazdy, ścieżki i single tracki nie są dobrze oznaczone, więc jeśli ruszysz w jakąś trasę, może okazać się, że po pokonaniu znacznego przewyższenia znajdziesz się w innym miejscu, niż planowałeś. Tak też było ze mną.

Sugerując się tłumami ciągnącymi w górę, zarówno pieszych jak i na dwóch kołach, ruszyłem za nimi. Druga z asfaltowej zmieniła się na stromy szuter poprzecinany nieoświetlonymi acz efektownymi tunelami. Po przejechaniu kilku kilometrów pod górę (ponad 250 metrów przewyższenia) dojechałem do panoramicznej kawiarni Belvedere położonej na zboczu wzgórza.

Spojrzałem na mapę w telefonie i zrozumiałem, że nie tutaj miałem się znaleźć. Nikt z odpoczywających w ogródku kawiarnianym turystów nie był w stanie mi pomóc, dopiero obsługa wyjaśniła mi, że jeśli chcę dojechać do Limone sul Garda, muszę albo dalej piąć się w górę, gdzie czeka mnie jeszcze 1000 m podjazdu, albo powinienem wrócić do Riva del Garda.

Zdecydowałem się na tę drugą opcję, nie dlatego, że nie mailem siły czy ochoty na dalszy wysilek, jechało mi się wszak bardzo dobrze, ale chciałem koniecznie zaliczyć podwieszaną ścieżkę rowerową, którą ominąłbym, gdybym pojechał dalej w górę.

Zjeżdżałem więc z powrotem szutrem z duszą na ramieniu, cały czas patrząc na przednią i tylną oponę, czy ostre kamienie nie przebiją nie napompowanych do końca dętek. Większość mijających mnie z impetem rowerzystów jechała na rowerach mtb, rzadko który dosiadał gravela.

Ścieżka doprowadziła mnie do Limone sul Garda. Dla mnie to, a nie wcześniejsze Lazise, stało się kawałkiem raju. Wąskie uliczki, pnące się stromo między tarasami na których położone jest miasteczko, i klimatyczne sklepiki, każdy z jakimiś artefaktami nawiązującymi do nazwy miejscowości.

W Riva del Garda znalazłem odpowiednią trasę, zaczynająca się długim tunelem samochodowym. Wyciągnąłem z toreb lampki i wbiłem się w sznur aut. Po kilku kilometrach lawirowania na niebezpiecznej trasie, odbiłem w stronę miejscowości Limone sul Garda. Tutaj rozpoczęła się niepowtarzalna panoramiczna ścieżka rowerowa.

Jest ona zawieszona kilkaset metrów nad poziomem wody. Słyszałem wcześniej, że mogę spodziewać się tam tłumów pieszych, jednak kiedy tamtędy przyjeżdżałem, minąłem może kilka kilkanaście osób na długości około kilometra. Przejechanie tej trasy bylo spełnieniem małego marzenia, dlatego mimo wcześniejszej pomyłki, humor bardzo mi dopisywał.

Zaraz za Limone znajdował się mój camping, Camping Nanzel położony jest podobnie jak miasteczko, na kilku poziomach. Istnieje tam od lat 60. zeszłego wieku, założony i prowadzony cały czas przez tę samą rodzinę, której zdjęcia dumnie wiszą w restauracji.

Gdy tylko rozbiłem namiot i podłączyłem telefon do ładowania, nagle z domku obok podeszła do mnie urokliwa Niemka i zapytała czy nie jestem głodny, bo zostało jej i jej mężowi trochę spaghetti z obiadu. Z wielką ochotą wpałaszowałem.aiec makaron z sosem pomidorowym i parmezanem, rozmawiając z parą na temat ich i moich planów urlopowych.

Kerstin i Bernd opowiedzieli mi, że przyjechali w te okolice z okazji okrągłej rocznicy swojego ślubu. Bywali tutaj lata temu i chcieli ten ważny dla nich czas spędzić ponownie w tej okolicy.
Wspomnieli też, że panoramiczna ścieżka rowerowa, którą właśnie jechałem, miała być dalej rozbudowywana, ale z powodu wypadków, jakie ostatnio zdarzały się w okolicy, zaniechano tego pomysłu. Ocieplenie klimatu spowodowało obrywanie się wielkich głazów, które z łoskotem spadały na ulice i trasy rowerowe. Ostatni taki wypadek zdarzył się 2 tygodnie temu: głaz wielkości połowy domu spadł na drogę i zniszczył ją tak, że nie jest teraz przyjezdna. Cudem, że nikt wtedy tamtędy nie przejeżdżał.

Po sutym posiłku i prysznicu zszedlem na brzeg jeziora na pomost, żeby posłuchać muzyki i nastroić się na kolejny dzień. Jutro mam zamiar dojechać do jednego z głównych celów mojej podróży „śladami Elio”.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej