śladami Elio (Wenecja Lido – Arcugnano) – dzień 6 i 7

6–8 minut

wczoraj miałem dzień restu. Trudno go jednak nazwać dniem odpoczynku, skoro z buta i łodziami zrobiłem ponad 35 kilometrów. Ale był to fantastyczny dzień: nie spodziewałem się, że Wenecja tak mnie urzecze.

Ten dzień odpoczynku był bardzo dokładnie zaplanowany. Do Wenecji nie można wjechać rowerem, więc zdecydowałem, że spędzę cały dzień na zwiedzaniu, a rower zostawię na campingu San Nicolo na wyspie Lido, na którym zatrzymałem się na 2 noce.

Jeżeli ktoś planuje jechać do Wenecji rowerem, musi liczyć się z tym, że do miasta nie zostanie wpuszczony. Rower trzeba zostawić albo na stacji kolejowej Marittima lub Venezia Santa Lucia albo na którejś z wysp laguny weneckiej. postaci kolejowej. W sumie po wczorajszym dniu uważam to za zrozumiałe: ludzi na ulicach miasta jest tak dużo, że nie byłoby szansy, żeby prowadzić rower, nie mówiąc już o jedzie na nim.

Przez cały dzień udało mi się zwiedzić sporą część miasta: byłem w kilku muzeach, zobaczyłem też 5 kościołów, w tym Bazylikę Świętego Marka i wieżę z fantastyczną panoramą miasta. Udało mi się to zrobić bez stania w kolejkach i za darmo,dzięki legitymacji osoby niepełnosprawnej, która jest również respektowana we Włoszech.

Wieczorem, w okolicach godziny 19:00, część miasta, w tym Plac Świętego Marka, zaczęła tonąć pod wodą. Robiło to niesamowite wrażenie: woda powoli wdzierała się na ulice, powodując zadumę nad siłami natury i niesamowity klimat do fotografowania. Gdy się ściemniło, orkiestra z jednej z restauracyjek na placu zaczęła grać muzykę z Titanica…

Późnym wieczorem spotkałem w mieście mojego współlokatora, który przyleciał tego dnia z Warszawy, żeby wybrać się na wycieczkę w Dolomity. Maciek przywiózł mi z Polski zapas leków przeciwbólowych na kolano oraz opaskę uciskową, a także ładowarkę do telefonu, gdyż jedną musiałem gdzieś zgubić na którymś z noclegów.

Do namiotu na wyspie San Nicolo wróciłem około północy, a pobudkę miałem dzisiaj już o godzinie siódmej. Chciałem zdążyć wydistac się z Wenecji do godziny 10:00, ponieważ  ponieważ wtedy kończył mi się soboty bilet na weneckie promy.  Tak więc o godzinie dziewiątej stawiłem się w przystani. Bilet na rower z Lido do Tronchetto, kosztował 2,50 €; promem płynąłem około pięćdziesięciu minut.

Stamtąd, żeby dostać się na ląd, trzeba przejechać długim na kilka kilometrów mostem. Oprócz ulicy i torów kolejowych, jest nim poprowadzona bardzo wygodna, najpierw drewniana, a później asfaltowa ścieżka rowerowa. Wyprowadziła mnie ona wprost do centrum miejscowości Marghera.

Byłem bez śniadania, więc zacząłem rozglądać się za jakimś miejscem na jedzenie. Przy głównym placu miasteczka znalazłem kawiarnię, w której zamówiłem sobie tosty i capuccino. Siadłem przy stoliku, spojrzałem na zegarek i zorientowałem się, że zacząłem gadać sam do siebie. Czy to już pora że samotność tak mi zaczęła doskwierać, że musiałem znaleźć sobie kogoś do rozmowy?

Po pół godzinie dojechałem do miejscowości Mira. Zatrzymałem się przy ścieżce u stóp okazałego budynku, żeby chwilę odpocząć. Spojrzałem na fasadę i mój wzrok przykuło jedno nazwisko wyryte na inskrypcji: Henryk Walezy. Zaskoczyło mnie to, że w małym miasteczku w północnych Włoszech, polski król wymieniany jest w jakiejś inskrypcji. Później jeden z followersów z Instagrama napisał mi, że w budynku tym Walezy zatrzymał się podczas ucieczki z Polski, po jego oficjalnej wizycie u władz Wenecji w 1574 roku. Inskrypcja na ścianie wilii patrycjusza weneckiego  brzmiała:

„Król Henryk Walezy po śmierci brata swego Karola IX króla francuskiego (galijskiego) wracając z polskiego królestwa, które słusznie jego wielkim przymiotom ofiarowane było, na ojczyste swe dziedzictwo, w przejdzie swoim do tego domu tu wstąpił, w towarzystwie prawie całych Włoch, roku pańskiego 1574 dnia 6 sierpnia. Tej uprzejmości pamiętny Fryderyk Contafnus, miejsca właściciel ten napis położył”

W pewnym momencie pozdrowiła mnie klasycznym „Ciao!” dwójka ludzi, którzy zmierzali piechotą w tym samym kierunku, co ja. Wyglądali osobliwie: znoszone nu6ty, wielkie plecaki na plecach, w rękach długie drewniane kije, jak u Gandalfa. Mężczyzna miał na głowie słomkowy kapelusz z dużym rondem, dobrze chroniącym go od słońca. Na pytanie, co tu robią, odpowiedzieli że są Czechami, którzy pielgrzymują od kilku dni do Watykanu. Wystartowali we włoskim Udine, w którym byłem kilka dni wcześniej. Zamierzają dojść do Rzymu pod koniec maja. Życzyłem im łaskawej pogody i poprosiłem, żeby pozdrowili ode mnie Franciszka.

Następne urokliwe miasteczko przy trasie to miejscowość Dola. Przed wjazdem do miasta, na tablicy widniał napis, że miejscowość ta była ulubionym do malowania pejzażem dla Canaletta. Ciekaw, że włoski.malarz później upatrzył sobie Warszawę…

W Dola przy rzecznym młynie zatrzymałem się w urokliwej kawiarni na drugie tego dnia capuccino.

Przy szlaku w stronę Padwy zobaczyć można wiele starych willi. Większość z ich opisana jest datą powstania: tablice mówią o tym, że powstały w wieku XVI czy XVII. Casa, bo tak się nazywają, są bardzo okazałe; niektóre otoczone wiekowymi ale dobrze utrzymanymi ogrodami; część z nich widoczna jest już z drogi z daleka, inne skrywają się zasłonięte za drzewami.

Spieszyłem się w stronę Padwy, ponieważ po 13:00 prognozowany był deszcz. Do miasta wjechałem ulicą wyłożoną brukiem. Przyzwyczajony, że bruk to zmora dla rowerzystów, bylem miłe zaskoczony: kostka była ułożona prawie że idealnie, nie to, co kocie łby w Polsce…

Zatrzymałem się przy Bazylice św. Antoniego, przypiąłem, rower do stojaka, gdyż nie chciałem nadaremnie nadwyrężać życzliwości Świętego i poszedłem zwiedzać klasztor.

W bazylice w lewej nawie można zobaczyć grób świętego Antoniego: jest bardzo okazały i otoczony nabożną czcią. Dokoła ołtarza widnieje mnóstwo fotografii z wypisanymi na kartkach prośbami do patrona zagubionych i spraw beznadziejnych.

Po szybkim zwiedzaniu postanowiłem zjeść posiłek: umościłem się w ogródku pobliskiej restauracji i zamówiłem spaghetti carbonara, doppio i spritza. To była najlepsza carbonara jaka jadłem – z pancettą, dobrze wymieszaną z jajkiem, oczywiście z makaronem al dente. Była też bardzo sycąca, ale to dobrze, ponieważ byłem dopiero w połowie trasy, a nie planowałem zajeżdżać już do żadnych barów aż do Vincenzy.

Po wyjeździe z miasta krajobraz zaczął się zmieniać: po lewej stronie widać było pierwsze wzniesienia, a na horyzoncie znów pojawiły się Alpy. Zanosiło się na to, że pogoda też niebawem się zmieni, ponieważ z gór schodziły deszczowe chmury. Ruszyłem więc z kopyta żeby nie dać się złapaać przez deszcz.

W pewnym momencie szlak I1 kończył się remontem. Objazd nie był dobrze oznaczony, więc  zgubiłem trasę i wjechałem w jakieś błoto. W tym momencie zaczęło siąpić. W już wielką ulewę, bo te szybko mijają; schowałbym się wtedy gdzieś pod dachem i przeczekaj, ale teraz nie zanosiło się na szybką poprawę. Jechałem więc dalej.

Na wysokości Cervarese Santa Croce, na postoju dla rowerzystów, spotkałem gościa z szosówką, kktóry grzebał coś przy swojem rowerze. Zatrzymałem się i zapytałem czy nie potrzebuję pomocy. Odpowiedział, że wszystwo w porządku. Porozmawialiśmy chwilę – opowiedziałem mu o planach swojej podróży i zapytałem czy zna camping Il Lago, na którym planowane się dzisiaj zatrzymać. Chciałem dowiedzieć się, czy jest na pewno dzisiaj otwarty.

Rowerzysta zaproponował, że zadzwoni do campingu i umówili się z właścicielem, żeby dzisiaj na mnie czekał. Postanowiłem więc, że nie będę już zajeżdżał do Vincenzy (nie miałem tam nic ciekawego do zobaczenia), tylko od razu skieruję się na pole namiotowe.

Na liczniku i tak miałem już ponad 90 kilometrów, więc bez skrupułów w miejscowości Longara odbiłem w lewą stronę. Teraz do przejechania miałem jeszcze tylko 3 kilometry, więc zatrzymałem się na przydrożnej stacji benzynowej, żeby napić się czegoś slodkiego. Poprosiłem o centrifughe, czyli smoothie ze świeżych owoców. Ruszyłem do celu dzisiejszego dnia.

Kemping był pusty, nie było, w tym właściciela, ale na drzwiach wisiała kartka z numerem telefonu. Zadzwoniłem; obiecał, żew ciągu godziny, przyjedzie żeby pokazać mi wszystko i się ze mną rozliczyć. 

Rozbiłem więc namiot na piątym campingu pod drzewami orzecha. Camping jest bardzo urokliwy i spokojny, położony w cieniu pobliskich wzgórz. Zrobiłem szybkie pranie, wziąłem prysznic w gorącej wodzie, która była jak balsam na zmarznięte od deszczu ciało.

Jutro kolejny dzień. Trochę nie chce mi się wstawać, wolałbym skończyć trasę i gdzieś odpocząć dłużej, ale myśl o tym, jakie miejsca mam jeszcze w planie, daje mi siłę do tego, żeby rano mimo wszystko wygrzebać się że śpiwora.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej