śladami Elio/Alpe Adria (Tarvisio – Trivignano Udinese) – dzień 4

7–10 minut

czwarty dzień zacząłem z totalną niepewnością. Wstałem rano, zszedłem na śniadanie, po czym spakowałem manatki i załadowałem je na rower. Do szlaku miałem jakieś 15 metrów pod górę, więc dla bezpieczeństwa wepchnąłem rower zamiast nadwyrężać kolano już na starcie. Siadłem na siodełku i zacząłem pedałowanie od prawej, zdrowej nogi. Potem delikatnie lewą, potem znowu prawą.

Kolano nie bolało.

Zacząłem powolną jazdę. Na szczęście przez pierwszych kilka kilometrów droga prowadziła cały czas w dół, więc w zasadzie nie musiałem zbyt mocno pedałować.

Szlak Alpe Adria od Tarvisio aż do Udine cały czas jest wyłożony asfaltem; jedzie się bardzo przyjemnymi ścieżkami rowerowymi, czasami tylko trzeba zjechać na ulicę (jeden odcinek szlaku jest w remoncie, więc objazd poprowadzony jest drogą szybkiego ruchu  z wygodnym poboczem).

Na trasie mija się stare budynki dworców nieczynnej już linii kolejowej. Niektóre z nich wykorzystane są na małą gastronomię. Spodziewałem się, że infrastruktury kulinarnej dla rowerzystów będzie więcej, ale w zupełności to, co było, wystarczało.

Po 15 km od startu, na wysokości miejscowości Bagni di Lusnizza znajduje się pierwszy widowiskowy most nad doliną rzeki. Zatrzymałem się tam na kilkanaście minut, żeby nakręcić film z drona.

W tym momencie minęła mnie grupa Polaków z Bielska Białej. Od tamtej pory spotykaliśmy się na trasie kilkanaście razy, wręcz kawałek jechaliśmy razem.

Od Tarvisio do Udine szlak poprzecinany jest kilkudziesięcioma tunelami. Niektóre są bardzo krótkie, na kilka metrów, niektóre ciągną się w nieskończoność. Najdłuższy jaki zaobserwowałem miał ponad 900 metrów. Przed wjazdem do części z nich napisane jest, że konieczne jest używanie lampek rowerowych. Ja jechałem bez takiego i cały czas zastanawiałem się, czemu tak niewiele widzę orzec sobą. Dopiero po przejechaniu nastu tuneli przypomniałem sobie, że jadę w fotochromowych okularach przeciwsłonecznych.

Droga prowadziła cały czas przyjemnie w dół. Momentami można było się rozpędzić nawet do 30-40 km na godzinę, w zasadzie bez żadnego pedałowania. Były chwile, kiedy trzeba było podjechać pod delikatną górkę, ale w ogóle nie czuło się tego w nogach.

Po kolejnych kilkudziesięciu minutach jazdy, za miejscowością Ponteba, znajduje się drugi spektakularny most nad rzeką. Jadąc trasą nawet nie spodziewasz się w jakim miejscu za chwilę się znajdziesz. Wyjeżdżasz z jednego tunelu wprost na wysoki wiadukt nad rzeką, który kończy się drugim tunelem ukrytym w skałach.

Jest to chyba najbardziej znane miejsce z całego Alpe Adria. Spędziłem tam dobre 40 minut na nagrywkach, na robieniu zdjęć oraz na odpoczynku. Porozmawiałem tam też chwilę z Bielszczanami. Oni pojechali dalej, a ja zostałem jeszcze, żeby pokontemplować to miejsce.

W tym momencie od strony Tarvisio nadjechała Magda.

Magda to dziewczyna, którą poznałem w pociągu do Salzburga. Jechała tym samym szlakiem co ja. Planowała całą trasę spać na dziko. Rozstaliśmy się w dniu zero w Salzburgu, więc teraz spotkaliśmy się dopiero pierwszy raz po trzech dniach. Dowiedziałem się wcześniej, rowerzyści na szlaku nazywają ją Skarpetka, ponieważ za każdym razem, kiedy ją mijali, na sakwach suszyła wyprane dzień wcześniej skarpetki. Nie wiem czy podobała jej się ta ksywka, ale było to bardzo zabawne i w zasadzie sam ją zacząłem tak nazywać.

Przejechaliśmy kilka kilometrów w dół szlaku razem, po czym Skarpetka zatrzymała się na posiłek, a ja pojechałem dalej.

Dotarłem do Chiusaforte.

Chiusaforte jest to najbardziej malownicza knajpa na trasie. Umiejscowiona jest w gustownie odnowionej stacji kolejowej. Na zewnątrz, na peronie, stoi kilkadziesiąt stolików ukrytych w przyjemnym cieniu niskich drzewek.

Przy jednym z tych stolików spotkałem znów ekipę z Bielska-Białej. Zamówiliśmy sobie po kawie i po Aperol Spritz i odpoczywaliśmy w przyjemnych promieniach słońca.

Takie miejsca jak Chiusaforte wyrywają cię z codzienności i przenoszą w jakiś dziwny, bardzo spokojny i refleksyjny stan. Zapomniałem w zasadzie o tym, że kolano daje mi się we znaki, że czasami zaczyna mnie boleć.

Dobijała godzina 11.30 a ja na liczniku miałem dopiero 30 kilometrów – trzeba było ruszać dalej. Wsiadłem na rower i zanim wykonałem pierwszy ruch korbą, po minach ludzi siedzących przy jednym ze stolików zorientowałem się, że z moim rowerem jest coś nie tak. Spojrzałem na tylną oponę: złapałem flaka.

Dobrze, że w takim miejscu! Wróciłem się do stolika i zacząłem rozbieranie koła. Z pomocą przeszli mi Bielszczanie. Użyczyli mi swojej elektrycznej pompki, więc nie musiałem męczyć się z pompką ręczną. Problem jednak tkwił w samej dętce – ta zapasowa, klejona 3 dni wcześniej, miała uszkodzony wentyl. Ciężko było nakręcić końcówkę od pompki tak, żeby nie wyrwać wentyla w całości.

Po kilku próbach w końcu udało się napompować kolo, jednak nie do pełna a jedynie na 3 bary. Zdecydowałem, że na takiej niepełnej oponie pojadę dalej. Zobaczę jak sytuacja będzie wyglądać i najwyżej zatrzymam się na jakiejś stacji benzynowej, żeby dopompować później koło z kompresora.

Ruszyłem dalej w trasę.

W okolicach miejscowości Moggio Udinese szlak prowadzi objazdem – jest to ruchliwa droga SS13. Samochody rozpędzają się tam do 90-100 km na godzinę, ale dla rowerzystów dostępne jest szerokie pobocze.

Jadąc tamtędy miałem większą pewność, że znajdę jakąś stację benzynową, żeby dopompować koło. Pierwsza była tuż za zakrętem. Niestety, była siesta, na stacji cisza jak makiem zasiał, a kompresor nie działał.

Minąłem Venzone, gdzie znów spotkałem naszych Bielszczan. Nie miałem czasu na kawki, musiałem szukać kompresora, więc zajechałem na kolejną stację benzynową. Kokejne fiasko: tutaj kompresora nie było wcale. Tym samym szansę na dopompowanie koła zmalały do zera – szlak znów przechodził w delikatną, przygotowaną typowo dla rowerów ścieżkę, niestety bez miejsc serwisowych. Z przerażeniem patrzyłem na tylną oponę, z której ewidentnie schodziło powietrze. Albo dętka była przebita, albo wentyl nie trzymał. Nie pozostało mi nic innego jak z duszą na ramieniu jechać dalej.

Dotarłem do Gemona del Friuli. Tam też wyszukałem serwis rowerowy. Była 15.00; siesta kończyła się o 15.30. Podjechałem pod seriwis. Jeden z pracowników właśnie otwierał drzwi i zaczął wystawiać na zewnątrz roweru na sprzedaż. Zapytałem czy jest w stanie pomóc z przebitym kołem. Powiedział, że nie ma żadnego problemu. Zaniosłem rower na zaplecze i serwisant razem z kolegą zabrali się do roboty. Wymiana dętki potrwała z 20 minut. Mieli problem z ułożeniem nowej dętki w oponie. Po pierwszym napompowaniu spuścili powietrze i ułożyli dętkę jeszcze raz.

Widziałem, że spryskują moje koło od wewnątrz jakimś środkiem w płynie. Dowiedziałem się od serwisanta, że jest to alkohol. Zapytałem się, po co to robi?

– Alcohol makes it straight – odpowiedział.

Bez chwili wahania rzuciłem: As i know, alcohol never do things straight.

– Alcohol makes things straight most of the tumes – odpowiedział że śmiechem.

Za wymianę dętki i drugą zapasowa zapłaciłem 21 €.

Po 16:00 ruszyłem w dalszą trasę. W planach miałem do przejechania jeszcze ponad 70 kilometrów, ale wiedziałem już, że nie dam rady. Zdecydowałem, że dojadę do Udine, tam zamówię coś do jedzenia i pomyślę co dalej.

Od Gemony szlak prowadzi publicznymi drogami, klucząc między małymi  włoskimi miasteczkami. Każde z nich ma swój klimat, każde jest niepowtarzalne, każde jest inne. Mimo dość dobrego oznaczenia szlaku, trzeba uważać, żeby się nie zgubić.

W Trepoo Piccolo zobaczyłem pierwszą rosnącą naturalnie palmę. Do tej pory nie zwracałem zbytnio uwagi na drzewa na szlaku, jednak ta palma zrobiła na mnie ogromne wrażenie. W końcu poczułem, że znalazlem się w kraju śródziemnomorskim.

Podczas gdy fotografowałem palmę, za plecami usłyszałem męski głos. Jakiś mężczyzna wolał na mnie po czym wskazywał mi drogę, sugerując że zgubiłem szlak. Byłem tego świadomy, ale jego reakcja mnie zaskoczyła. Obcy człowiek, nie znający mojego języka, całkiem bezinteresownie zawołał do mnie, żeby wskazać mi drogę. Podziękowałem grzecznie, zrobiłem zdjęcie palmy, po czym wróciłem na szlak. Wyjeżdżając z wioski poczułem wdzięczność dla ludzi, którzy tam mieszkają, i dla sytuacji, w jakiej się znalazłem. Poryczałem się ze szczęścia.

W Tavagnasco poczułem pierwsze oznaki dość silnego zmęczenia. Temperatura dawała się we znaki. Była godzina 17.30, a wciąż było bardzo gorąco: 28 stopni. Zatrzymałem się w przydrożnym barze na butelkę Coca-Coli i chwilę oddechu.

Po kilku kilometrach zaczęły się przedmieścia Udine. Droga wprowadzała prosto do centrum, najpierw ścieżką rowerową, później przez park, następnie asfaltową ulicą aż w końcu brukiem. j kocimi łbami. Dojechałem do centrum. Było już po sjeście, więc liczba ludzi na ulicy bardzo mnie zaskoczyła.Wszystkie knajpy były otwarte, pod ratuszem grali muzycy, mnóstwo turystów i miejscowych spacerowało po deptakach.

Zajechałem do malutkiej, bardzo sympatycznej pizzerii na kolację. Tam zdecydowałem, że nie osiągnę dzisiaj celu mojej podróży. Wszedłem na Booking i zarezerwowałem nocleg. Po przejechaniu ponad 100 km z bolącym kolanem należy mi się wygodne łóżko i odpoczynek.

W planach miałem więc do przejechania jeszcze 22 km. O godzinie 19 ruszyłem dalej. Zaczynały się przyjemne, dobrze ubite szutry, jednak przy prędkości 25 km na godzinę kamienie odpryskiwały spod opon na boki. Nie zważałem na to zbytnio –  miałem dobrze napompowaną oponę i pełny brzuch. Czego chcieć więcej do szczęścia?

Zachodu słońca.

W wiosce Merlana zatrzymałem się przy plantacji winorośli. Odwróciłem się. Ta chwila była magiczna: zarysy Alp na horyzoncie, zachodzące słońce i krzewy winorośli na pierwszym planie.

Drogą przejeżdżał samochód. Zatrzymał się na mojej wysokości i ze środka wyszła czarnoskóra dziewczyna. Zapytała się, czy chcę, żeby mi zrobiła zdjęcie. Byłem zaskoczony jej propozycją. Oczywiście zgodziłem się. Zrobiła kilka ujęć po czym pojechała dalej.

Ja zaś stałem jak wryty. Czy ktoś w Polsce, widząc rowerzystę stojącego na poboczu, zatrzymałby się i zaproponował wykonanie zdjęcia? Jej oferta rozwaliła mnie tego dnia po raz drugi. Patrząc na zachodzące za szczytami Alp słońce, znów się popłakałem. W tym momencie zabiły dzwony pobliskich kościołów. Wybiła godzina dwudziesta.

Do celu w Trivignano Udinese zostało mi tylko 3 kilometry, więc na spokojnie dojechałem do miejscowości.

200 metrów przed planowanym noclegiem na zakręcie zobaczyłem otwarty bar; zajechałem do niego, by przedłużyć jeszcze chwile dzisiejszej podróży, i zamówiłem kolejnego tego dnia aperola Przed barem stoły dwie ławeczki ze stolikami, jednak właścicielka, zobaczywszy strudzonego rowerzystę, zaproponowała, że otworzy mi specjalnie bramę do ogródka. Tam też wyciągnęła wygodny fotel, żebym mógł sobie usiąść i odpocząć.

Wypiłem aperola, zadzwoniłem do dwójki przyjaciół z Polski, żeby opowiedzieć o doświadczeniach dzisiejszego dnia. Ten dzień pokazał mi, jak proste gesty, proste słowa czy zwykłe, a jednak magiczne chwile, potrafią wzbudzić szczęście w człowieku.

Szczęście to nie jest coś, co trzeba zdobywać. To coś, co trzeba łapać w każdej najprostszej chwili. I chłonąć je, cieszyć się nim. Codziennie.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

jadę dalej