dzień 1 – Lotnisko – Kiszyniów

2–3 minut

Pobudka o 6:15 bo na 7:45 miałem zamówioną u Mateusza podwózkę na lotnisko. 

Szybkie śniadanie: jajecznica na bagietce, kawa z mlekiem (pewnie ostatnia na najbliższe 3 tygodnie) i natłok myśli, czy wszystko spakowałem. 

Rower? Jest. Ciuchy w torbach? Są. Kask i buty? Też. Elektronika w plecaczku podręcznego bagażu. 

Jedziemy na lotnisko. 

Jestem dużo przed czasem, koło 8:15. Lot planowany jest na 11:10. Nie mogę jeszcze nadać bagażu, odprawa jest otwierana na 2h przed lotem. Szlajam się więc po terminalu, tu tonic-espresso, tam fajeczka, tutaj przyglądanie się innym podróżującym. 

Idę do nadania roweru. Karton na wadze wskazuje 31,3 kg, ledwo zmieściłem się w limicie wagi. Jak ja to wszystko wwiozę własnymi siłami na 2000 m npm?

Teraz czekam na Wojtka. 

Wojtek się spóźnia, kolejka do nadania bagażu znacznie dłuższa niż godzinę temu, czekam z nim w napięciu, że nie zdążymy do bramek. Na ostatnią chwilę Wojtu okleja jeszcze karton, nadajemy go na 25 min przed odlotem. Lecimy na security check, potem do tajemnego przejścia na odprawę paszportową i mam jeszcze 5 min na papierosa w palarni przed bramką.

A w głowie cały czas mętlik, w jakim stanie będzie rower w stolicy Mołdawii…

Podchodzimy do lądowania. Wyglądam przez okno i w głowie mam dwa pierwsze wrażenia: ile tu pagórków! Oraz: ile winnic!

Kolejka do kontroli paszportowej długa na 40 minut, ale zaraz po jej przejściu pocieszający widok: przy taśmie bagażowej stoją dwa kartony z rowerami. Całe!

Wyciągamy je przed terminal i zaczynamy składanie. Idzie nam to dość sprawnie, ale i tak zajmuje przeszło 1,5 h. W końcu o 16:15 ruszamy w trasę do centrum miasta. 

Trasa prowadzi nas ruchliwymi drogami, których jakość pozostawia wiele do życzenia. Dziura na dziurze – jak tak będzie do końca trasy, nie wiem w jakim stanie będą moje nadgarstki i kolana… Już po kilku kilometrach zacząłem tęsknić za dywanami szutrowymi w Puszczy Białowieskiej. 

Zatrzymujemy się na zimną kawę w parku nad jeziorkiem i ruszamy dalej. Docieramy do Monastyru  Ciuflea, gdzie właśnie odbywają się jakieś modły. Chłodne wnętrze świątyni i zapach kadzidła uspokajają rozgorączkowaną głowę. Napełniamy bidony świętą wodą i ruszamy do centrum ponoć najbrzydszego miasta w Europie. Mijamy Łuk Triumfalny i zatrzymujemy się na pizzę w parku obok kiszyniowskiej katedry. Spotykamy tam jednego bikepackersa, który właśnie skończył trasę z Triestu przez Słowenię, Chorwację, Węgry i Rumunię. Chwilę gawędzimy łamanym angielskim i ruszamy w drogę na camping. 

Pole namiotowe znajduje się poza miastem, na wzgórzu. Drogę przecinają nam stada psów, nie tyle niebezpiecznych (odpuszczaja po chwili), co hałaśliwych. Camping okazuje się być opuszczony, ale co zastanawiające, z kranów przy każdym stoisku leci chłodna, orzeźwiająca woda, a w gniazdkach jest prąd. Lepiej trafić nie mogliśmy. 

Przepierka, mycie, śledzenie psów czających się w krzakach i można iść spać. Jutro dalsza droga. 

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej