dzień 14 – Svrljig – Kuršumlija

4–6 minut

Zmarzłem w nocy. Może to emocje że mnie wychodziły, może to przez nieogrzewany dom, a jednak po wczorajszych wrażeniach i przemarznięciu, w nocy było mi zimno.

Wstałem rano i poszedłem do kuchni zrobić kawę. Wojtek ogarnął się szybko, zabrał moje koło i pojechał w dół do miasta na stację benzynowa, żeby spróbować je na pompować. Niestety nie udało się.

Wracając, znalazł mały serwis rowerowy, którego nie było na mapach Googla. Tam napompował oponę i po godzinie wrócił do mnie z tymczasowo naprawionym kołem.

Zebraliśmy się sprawnie, zdaliśmy klucze do domu i pojechaliśmy na śniadanie. Naszym celem było przede wszystkim dotrzeć do Niszu, żeby w skleoie rowerowym kupić nową oponę do mojego przebiegi koła i zapas pasujących dętek.

Przed Niszem czekały nas 2 pozdjazdy. Poszły nam bardzo sprawnie, ku naszemu zadowoleniu koło także trzymało.

Do Niszu dojechaliśmy przed 13:00. Od razu udaliśmy się do polecanego przez wulkanizatora sklepy rowerowego. Sprzedawca znalazł dla mnie nową oponę Continental, dostosowaną do systemu bezdętkowego, mieli też na stanie mleko do opon, ale nie chcieliśmy ryzykować. Kupiłem 2 dętki – jedna na teraz, jedną w zapasie, do tego napój z CO² do tylnego koła (nadal tubeless) oraz komplet łatek.

Znaleźliśmy zacienioną kawiarnię w parku – tam zamówiłem dla nas zimne napoje a Wojtek zabrał się za wymianę opony w moim kole. Cud chłopak.

Opona ładnie weszła, choć jej bieżnik nie jest totalnie w moim stylu – gruby, agresywny, jak od koła MTB. Ważne że jedzie i trzyma powietrze.

Z kawiarni udaliśmy się do poleconej nam restauracji, gdzie podawano pljeskavicę i Ćevapčići. Nafutrowaliśmy się jedzeniem po korek po czym pojechaliśmy posiedzenie zwiedzić miasto narodzin cesarzy Konstantyna Wielkiego i Flawiusza.

Skierowaliśmy się w stronę tureckiej twierdzy Nisz, z elementami sięgającymi jeszcze czasów starożytnych. W pobliżu twierdzy znajduje się też miejsce pamięci w postaci muzeum obozu koncentracyjnego Crveni Krst. Przez obóz przewinęło się około 30 tysięcy więźniów, a około 12 tysięcy z nich zostało zamordowanych w dzielnicy Bubanj.

Za Niszem czekały nas kolejny pojazd, do miejscowości Prokuplje. Tam zatrzymaliśmy się na kawę. Było przeszło 30°C, musieliśmy często uzupełniać płyny i dodawać sobie energii.

Trasa między Prokuplje a Kuršumlija prowadziła cały czas lekko w górę, ale nie była uciążliwa. Przez całą drogę myślałem o odczuciach z jakie mam podczas jazdy na rowerze: o emocjach, o bólu, o satysfakcji.

Momentami podczas ultra wypraw, gdy zmęczenie jest już duże, a dokoła piętrzą się przeciwności w postaci wiatru w twarz, palącego słońca, wpadam w swego rodzaju trans. Miałem tak kilka dni temu na odcinku, na którym spotkała nas burza piaskowa. Kręcę wtedy korbą raz za razem, patrzę na koło kręcące się przede mną i nie myślę o niczym. Góra, dół, gora, dół, raz za razem. Góra, dół. Nogi pracują mechanicznie, głowa staje się pusta, liczy się tylko ruch i obserwowanie odległości do koła partnera z przodu. Czasem jest to 30, czasem 5 centymetrów. Stan ten potrafi trwać nawet 10-15 minut. Nic nie ma wtedy znaczenia, ani zmęczenie, ani wiatr – tak jakby one znikały, a liczył się tylko monotonny ale posuwający do przodu ruch i ta odległość od koła z przodu.

Wzniesienia i podjazdy – nauczylem się przez kilka lat, że muszę stawiać sobie podczas nich małe cele. Wybieram sobie jakiś punkt w zasięgu wzroku albo obieram go na mapie i moim celem w danym momencie jest dojechanie do tego punktu. Kręcę z odpowiednią kadencją, żeby nie przegrzać nóg; dla postronnych może się ona wydawać zbyt duża. Widzę też, że Wojtu kręci rzadziej, na niższej kadencji, więc dla mnie ta moja kadencja to jest jakaś osobliwość. Czasem obrany punkt wydaje się być poza moimi możliwościami, ale kręcę usilnie dalej, żeby go osiągnąć. Często okazuje się zbyt łatwy, więc wtedy daje sobie dodatkową motywację gdy go mijam i jadę kilkadziesiąt-kilkaset metrów dalej. To taka nagroda, że dalej z siebie więcej, niż planowałem. Satysfakcja jest wtedy ogromna. Gdy osiągam dany punkt zatrzymuję się tam, odpoczywam nunte, dwie, czasem pięć, żeby uspokoić oddech, czasem zapalić papierosa który jest zwieńczeniem tej nagrody. I cisnę dalej, do kolejnego punktu. W ten sposób nawet najwyższe wzniesienie jest dużo łatwiejsze do zdobycia, bo nie patrzę na nie jako ja całość, tylko jako na małe etapy, każdy z odpowiednią nagrodą.

Ból – ten zależy od części ciała. Przez pierwsze dni ból tyłka zdaje się być uciążliwy, ale po kilku dniach już na niego nie zwracam uwagi. Mam na tyle dobre siodełko i na tyle dobre wkładki w spodenkach rowerowych, że nigdy nie miałem żadnych odcisków czy odparzeń, mimo że nie stosuję żadnych kremów do wkładki.

Bardziej uciążliwy jest ucisk w kroczu i drętwienie krocza na dłuższych trasach, głównie podczas podjazdów i w drugiej połowie dnia. Widać muszę ze zmęczenia inaczej suateuac swoje ciało, inaczej wyginać kręgosłup i mija pozycja na rowerze zmienia się na tyle, że powoduje większy ucisk na tę część ciała. Rozwiązaniem w takiej sytuacji jest podnoszenie się z siodełka co jakiś czas w trakcie jazdy albo chwilowy postój.

Czasem uciążliwy jest też ból ud i achillesów, ale pojawia się on tylko wtedy, kiedy poprzedbiego dnia nie zadbam dobrze o regenerację w postaci odpowiedniego rozciągania.

Od kilku lat, mimo bikefittingu, mam też drętwienie palców obu dłoni. Staram się często zmieniać chwyt na kierownicy, żeby zminimalizować to odczucie. Kiedyś występowało ono w większym nasileniu, teraz nie jest już tak uciążliwe, więc spokojnie jadę z tym dalej.

Tyke o odczuciach.

Jesteśmy już po kolacji, spacerujemy po miejscowości. Jutro musimy trochę nadrobić trasy, bo awaria mojego koła nieco pokrzyżowała nam plany.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej