dzień 1: Dubrownik (lotnisko) – Slano

2–3 minut

Dziwne to uczucie, kiedy planujesz wyprawę od niemal trzech miesięcy, układasz trasę, a w dniu wyjazdu z głowy kompletnie ucieka podekscytowanie. Przed samym wylotem nie czułem ani głodu drogi, ani specjalnej radości. Miałem wręcz poczucie, że jestem do tego wyjazdu niedostatecznie przygotowany. Kiedy jednak masz spakowany karton i bilet w dłoni, proces po prostu rusza. Wsiedliśmy z Wojtkiem w samolot i chwilę po 14:00 wylądowaliśmy w Dubrowniku.

Pierwsze zadanie na miejscu – doprowadzić rowery do stanu używalności. Kartony przetrwały lot w miarę bezszwankowo, z kilkoma drobnymi zadrapaniami, a sprzęt dotarł w całości. Skręcanie na lotniskowej patelni w temperaturze  31 stopni i potężnej wilgotności zajęło nam dobre dwie godziny. Gdy w końcu ruszyliśmy, na dzisiaj mieliśmy w planie skromny, 55-kilometrowy rozruch do kempingu w Slano. Szybko się jednak okazało, że te niepozorne kilometry odbiorą mi dziś sporo sił.

Zaczęło się niecałe dwadzieścia kilometrów od startu. Przed samym Dubrownikiem, na podjeździe, odcięło mi prąd. Złożyło się na to wszystko: prostopadłe słońce walące w twarz, wysoka wilgotność, brak aklimatyzacji i ciągnący się w górę asfalt z gęstym ruchem samochodowym. W pewnym momencie poczułem, że się zataczam i po prostu spadnę z roweru. Mroczki przed oczami, krótki, spłycony oddech i odruchowy zjazd na pobocze, żeby nie odlecieć. Musiałem usiąść przy samej szosie, ratując się mocnym izotonikiem z solą. Potrzebowałem dobrych 15 minut, żeby organizm w ogóle zaczął wracać do świata żywych.

Do samego Dubrownika wjechalem  mocno poturbowany. Zrobiliśmy krótki stop przy baszcie przed wejściem do Starego Miasta – punkt widokowy, krótki prysznic głowy przy fontannie z lodowatą wodą, kilka zdjęć i decyzja, żeby podjechać pod piekarnię na spóźniony obiadokolacjowy klasyk, czyli burka. Żołądek nadal mocno odczuwał udar cieplny, więc zjadłem tylko połowę, a resztę przejął Wojtek.

Na szczęście po 18:00 żar zaczął odpuszczać. Za Dubrownikiem trasa w końcu puściła nas zjazdami w stronę morza, z którego zaczął powiewać chłodniejszy wiatr. Około 20 kilometrów przed celem zatrzymaliśmy się w sklepie po zapasy płynów, a resztę trasy po prostu się płynęło. Tuż przed 20:30 meldowaliśmy się w Slano. Ostatnie trzy kilometry prowadziły urokliwą promenadą nad samą zatoką – genialny widok o zmroku i świetny klimat małego miasteczka.

Na kempingu w Slano czekała nas mała niespodzianka – właściciel już spał, na szczęście brama nie była zamknięta. Mieliśmy szybką rozkminę: szukać czegoś innego po nocy czy rozbijać się na dziko na terenie i uregulować rachunek rano. Wybraliśmy opcję numer dwa. Znaleźliśmy cichy kąt na boku. Noc ma być gorąca, około 26 stopni, więc nawet nie wyciągamy namiotów – śpimy na samych matach, bez śpiworów, pod bezchmurnym niebem. Na koniec szybki prysznic, zejście nad sam brzeg Adriatyku i cisza. Pierwszy dzień, mimo kryzysu na podjeździe, odhaczony. Trasa ruszyła.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

jadę dalej