Noc na kempingu w Slano nie należała do najłatwiejszych. Sen na matach bez namiotu miał być szybką regeneracją, ale nawyk spania na rękach w połączeniu z materacem skończył się ciągłym drętwieniem rąk i przewracaniem z boku na bok. Wojtka z kolei wybudził w środku nocy głód. Żeby tego było mało, nad ranem dopadły nas roje brzęczących much, siadające na twarzach i skutecznie wybijające z głowy jakikolwiek wypoczynek. Koło 7:00 dałem za wygraną.

Po prysznicu spotkała nas mała niespodzianka – właścicielka pola zastała mnie w łazience lekko zdezorientowana naszą obecnością. Na szczęście po krótkim wyjaśnieniu rozliczyliśmy się opłatą wyłącznie „za głowę” (omijając koszt namiotów) i ruszyliśmy w trasę. Pierwszy przystanek: powrót te parę kilometrów do Slano na klasyczne śniadanie z lokalnej piekarni zjedzone na spokojnie przy nadbrzeżu.
Poranek dawał nadzieję – dopóki słońce nie weszło na pełne obroty, jechało się płynnie. Chwilę później zaczęły się jednak pierwsze konkretne podjazdy w temperaturze przekraczającej 30 stopni. W przeciwieństwie do wczorajszego dnia, uratowała nas morska bryza, która nie pozwalała organizmowi przegrzać się aż tak bardzo.

W urokliwej zatoczce w miejscowości Trstenik żar z nieba stał się już na tyle nieznośny, że podjęliśmy jedyną słuszną decyzję: skoczyliśmy do wody Adriatyku tak, jak staliśmy – w pełnych strojach rowerowych. Szybkie ochłodzenie, spłukanie soli pod plażowym prysznicem, przemycie koszulek i mokra czapeczka pod kask dały nam drugie życie.
Przed miejscowością Orebić czekała nas największa wspinaczka dnia. Podjazd ciągnął się boczną, praktycznie pustą drogą z widokiem na panoramę morza, ale wymagał żelaznej konsekwencji. Po drodze czekało nas spore zaskoczenie – górski tunel. Wjechanie w niego było jak zderzenie ze ścianą zimnego powietrza; temperatura w środku była niższa o dobre 10 stopni, dając niezapomniane wytchnienie przed finałowym zjazdem do miasta.

W Orebiciu, czekając na prom, zajechaliśmy do restauracji na zasłużony posiłek: mięsne ćevapčići podane w bułce pita z frytkami, sosami i surową cebulą. Na prom do Korčuli wsiedliśmy dopiero o 17:00. Planując dzisiejszy odcinek na mapie, zakładałem meldunek w porcie około 13:00 lub 14:00. Gorąco i profil terenu dobitnie pokazały jednak, jak bardzo lokalna pogoda potrafi zweryfikować papierowe założenia.

Po 20 minutach rejsu zameldowaliśmy się na wyspie Korčula. Zamiast pchać się planowanym, bocznym szlakiem wzdłuż lewego brzegu, wybraliśmy jazdę główną szosą w stronę miejscowości Čara, co pozwoliło nam oszczędzić jeden solidny podjazd. Po krótkim stopie w sklepie na uzupełnienie bidonów, wjechaliśmy w ostatnią wspinaczkę dnia. 15 kilometrów ciągłego podjazdu pod górę prowadziło genialnym, gładkim asfaltem przecinającym pachnące gaje oliwne i rozległe winnice. Przez cały ten odcinek minęły nas zaledwie dwa samochody. Na przełęcz wjechaliśmy już o zmroku, skąd rozpoczął się fenomenalny zjazd w stronę Blato, a następnie prosto do Vela Luki.

W Vela Luce meldujemy się po ciemku. Szybkie zakupy na kolację i poszukiwanie prysznica na miejskiej plaży. Pierwsza bateria okazała się wyłączona, ale Wojtek namierzył kolejny punkt kilkaset metrów dalej. Przy prysznicu utworzyła się zresztą mała bikepackingowa kolejka – poznaliśmy dwóch Chorwatów, którzy przyjechali pociągiem z Zagrzebia do Splitu i kręcą tę samą trasę w stronę Dubrownika, by potem wrócić do Splitu.

Po opłukaniu się ze słonego kurzu przenieśliśmy się na drugą stronę zatoki, by rozbić się na dziko na plaży blisko portu. Jutro rano nie ma miejsca na błędy – jedyny prom, który zabiera rowery w stronę Splitu, odbija już o 6:15. Śpimy krótko, by zdążyć na poranny rejs.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.








































Dodaj komentarz