Wstaliśmy około 9:00, genialnie wyspani i gotowi na kolejny dzień przygody. Pakowanie poszło błyskawicznie – śpiwory, karimaty i namioty nie zdążyły nawet opuścić swoich worków po poprzedniej nocy, a pranie wyschło na wiór. O 10:00 oddaliśmy klucze i zeszliśmy do piekarni po szybkie śniadanie.

Na zewnątrz przywitała nas jednak ulewa. Z piekarni przenieśliśmy się więc prosto do kawiarni, gdzie przez prawie dwie godziny przeczekiwaliśmy deszcz przy gorącej kawie. Gdy w końcu odpuściło, ruszyliśmy w stronę promu po godzinie 12:00. I to był strzał w dziesiątkę! Jechało się po prostu zajebiście – wiatr wiał prosto w plecy, a rześkie, świeże powietrze po ulewie dodawało niesamowitej energii na trasie.
W Biogradzie na Moru zameldowaliśmy się o 13:30. Promy Jadroliniji kursują tu co pół godziny, więc wbijanie na pokład poszło z marszu. Krótka, 20-minutowa przeprawa i meldujemy się na wyspie Pašman.

Wojtek od razu zgłosił krytyczny poziom głodu, a niebo nad nami znowu zaczęło wyglądać coraz mniej optymistycznie. Prognozy straszyły ulewami między 14:00 a 17:00. Przejechaliśmy więc zaledwie 5 kilometrów do miejscowości Pašman i schowaliśmy się w pizzerii nad samym brzegiem.

Pizza, piwo 0,0% i obserwowanie zmieniających się z minuty na minutę prognoz – od gigantycznej nawałnicy po lekką mżawkę. Po dwóch godzinach stwierdziliśmy, że lekki deszcz to nie deszcz i ruszamy. Jak na zawołanie, gdy tylko wypchnęliśmy rowery z lokalu, opady ustały.

Gdy tylko ruszyliśmy spod pizzerii w stronę miejscowości Preko, zaczęła się absolutna poezja dzisiejszego dnia – jechało się chyba jeszcze genialniej niż z samego rana. Jazda tuż po deszczu to od zawsze jedna z moich ulubionych rzeczy na trasie. Powietrze pachniało niesamowicie, woda rześko tryskała spod kół, a my mknęliśmy krętymi ścieżkami poprowadzonymi tuż przy samym nabrzeżu. Mało ludzi, zero samochodów, tylko my, morze i szum wiatru. Kapitalny odcinek, dla takich chwil po prostu chce się kręcić korbą.
Sprawnie dotarliśmy do miejscowości Preko, skąd kolejny prom przeprawił nas do Zadaru. W międzyczasie musiałem zweryfikować nasze ambitne plany. 130 km nie było dziś szans zrobić. Przypomniałem sobie, że ruszył portal Warmshowers po awarii – sprawnie opłaciłem wpisowe i zacząłem szukać noclegu. W miejscowości Nin znalazłem dwie gospodynie. Wysłałem zapytanie, ale brak odpowiedzi zmusił nas do powrotu do planu A: kierunek wyspa Pag i szukanie miejsca „na dziko”.
Zaczęło zmierzchać. Szybkie zakupy na przedmieściach Zadaru i ciśniemy przed siebie. Około 21:30 dotarliśmy do miejscowości Rtina. Zjechaliśmy ze skarpy na plażę w poszukiwaniu miejsca na obozowisko i – co kluczowe – prysznica ze słodką wodą. Pierwsze podejście okazało się klapą, więc po mozolnym podjeździe pod górę ruszyliśmy dalej, docierając do miejscowości Milići.

Tam znaleźliśmy prysznic, ale… na monety 50 centów. W portfelu miałem tylko jedną taką monetę i jedno euro. 30 sekund lania wody z jednego żetonu na dwóch gości? Słaby interes. Krążąc po śliskim, zabetonowanym nabrzeżu portu, zaliczyłem szlifa. O mały włos nie wpadłem z rowerem do morza! Efekt? Porysowana lewa klamkomanetka i zdarta owijka, którą założyłem tuż przed wyjazdem. Straty muszą być, ale bolą.

Finalnie los się do nas uśmiechnął. Znaleźliśmy wiatę w portowym nabrzeżu, a tuż obok niej… darmowy kran ze słodką wodą! Szybki skok do morza, opłukanie się w słodkiej wodzie i można by kłaść się spać, gdyby nie jeden problem. Jest po 22:00, a wokół nas kręci się mnóstwo ludzi, dzieci biegają, ktoś się kąpie – ruch jak w środku dnia.
Czekamy, aż sytuacja się uspokoi. Wstać musimy bladym świtem, zanim miejscowi się zorientują, bo biwakowanie na dziko w Chorwacji do legalnych nie należy…
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj