dzień 5: Podere il Casale (Pienza) – Lago di Bolsena

6–10 minut

Nie mogłem odpuścić tego wschodu słońca. Kiedy stoisz na wzgórzu, a przed tobą rozpościera się spektakularny widok – z jednej strony na Pienzę, z drugiej na uśpione jeszcze Monticchiello – sen po prostu przegrywa z krajobrazem.

Cała Dolina Val d’Orcia to zresztą wyjątkowe miejsce na mapie świata – jej pofałdowane, niemal nierealnie symetryczne wzgórza wpisane są na listę światowego dziedzictwa UNESCO jako idealny przykład współistnienia człowieka z naturą.

O siódmej rano zszedłem na restauracyjny taras, żeby popatrzeć, jak pierwsze promienie oświetlają zbocza doliny i budynki w Pienzie. Zanim reszta świata na dobre się obudziła, zrobiłem krótki spacer po obejściu.

Zająłem chwilę do tutejszego mini-zwierzyńca: owce od rana dźwięczały radośnie dzwoneczkami, osiołek domagał się śniadania, a dumne pawie głośno krzyczały, witając nowy dzień. Wszyscy jeszcze spali, jedynie kilka osób z obsługi kręciło się po gospodarstwie, przygotowując restaurację przed śniadaniem.

Porobiłem zdjęcia, spakowałem wszystkie rzeczy do toreb, żeby być w pełni gotowym do drogi, i czekałem na godzinę 9:00. Na śniadaniu towarzyszyła mi tylko dwójka bikepackerów ze Szwajcarii, którzy rozbili namiot tuż obok.

To była ich pierwsza taka wyprawa, więc podróżowali mocno oszczędnościowo, jeżdżąc „na lekko” po okolicy i bazując na kempingach. To była ich druga noc w tym miejscu.

A samo śniadanie? Toskańska poezja na talerzu. Lokalny ser pecorino wyrabiany na miejscu i dojrzewający przez 6 miesięcy w jaskini, tradycyjna wędlina, świeżo pieczony chleb i tutejsza oliwa z oliwek… Nigdy w życiu nie spożywałem tak dobrej oliwy!

Do tego świeżutkie brownie z miseczkami dżemu i miodu oraz obowiązkowe cappuccino.

Celebrowałem ten posiłek przez dobre 45 minut, po prostu gapiąc się na hipnotyzującą dolinę oświetlaną porannymi promieniami.

Aż nie chciało się ruszać dalej. Za tę całą ucztę zapłaciłem jedyne 10 euro – patrząc na ceny, jakie spotykałem wcześniej, to absolutnie przyzwoita cena.

Około 10:00 ostatecznie podjąłem decyzję: trzymam się pierwotnego planu i zrobię trasę, którą zakładałem na dziś. Zjechałem szutrową drogą wśród gajów oliwnych i winnic, by po chwili rozpocząć wyczerpujący, sięgający 15% szutrowy podjazd pod Monticchiello.

Warto było wypruć sobie żyły. Monticchiello to urokliwa osada, która zachowała swój surowy, ufortyfikowany charakter i uniknęła komercjalizacji. Miasteczko było absolutnie puste. Zrobiłem honorową rundkę po cichych uliczkach, zebrałem kilka pamiątkowych zdjęć i ruszyłem dalej.

Znów szutrowy zjazd, a potem kolejny stromy podjazd w stronę Montepulciano. To spektakularne miasto otoczone potężnymi murami obronnymi ma dla mnie wyjątkowy, nostalgiczny klimat. Znam je sprzed ponad 20 lat – gdy pracowałem w kawiarni, jednym z moich ulubionych win było właśnie Montepulciano d’Abruzzo. Bardzo chciałem zobaczyć miejsce z tą nazwą w tle. Sama miejscowość słynie zresztą z renesansowej architektury i potężnych winiarni drążonych w skałach pod kamienicami.

Montepulciano położone jest tarasowo na wapiennym wzgórzu. Prowadzi przez nie jednokierunkowa, brukowana droga, zmuszająca do kluczenia serpentynami aż na sam szczyt. I choć ruch rowerowy raczej nie jest tam mile widziany (pojazdy powinno się zostawiać na dolnych parkingach), nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zrobiłem całą rundę honorową po miasteczku, a na sam koniec zatrzymałem się w kawiarni na mrożoną kawę.

Z Montepulciano obrałem kurs z powrotem na Pienzę, tym razem asfaltem. Chciałem odwiedzić to miasteczko po raz drugi, bo wczoraj spędziłem w nim zaledwie kilkanaście minut. Pienza to miasto-symbol – w XV wieku papież Pius II postanowił przekształcić swoją rodzinną wieś w „miasto idealne” architektury renesansu.

O 12:30 zameldowałem się w centrum. W sklepie spożywczym kupiłem dużą dawkę słodkich napojów, usiadłem na murku przy kościele i wypiłem mrożoną herbatę cytrynową, uzupełniając cukry.

Stamtąd skierowałem się na słynną „Drogę Gladiatora” (Azienda Agricola Terrapille) – to dokładnie tutaj kręcono wzruszającą, finałową scenę filmu Ridleya Scotta, w której bohater wraca do swojego domu przez pola elizjskie.

Początek był niesamowicie stromy i techniczny – zjazd wśród gajów oliwnych po spękanej ziemi, gdzie moje szutrowe opony co chwilę traciły przyczepność.

Na dole zastałem kilkanaście osób nagrywających pamiątkowe rolki i spacerujących w filmowym stylu. Zrobiłem parę zdjęć i… jako jedyny ruszyłem dalej. Wszyscy zatrzymują się tylko w miejscu znanym z kadrów, a ja przejechałem całą długą aleję cyprysową, bo tak prowadził mój szlak.

Dalej szutry wiodły w stronę Bagno Vignoni. Musiałem odbić jakieś pół kilometra w prawo, ale to miejsce robi ogromne wrażenie. Zamiast klasycznego rynku czy placu, w samym centrum znajduje się gigantyczny, renesansowy basen Piazza delle Sorgenti, wypełniony gorącą wodą termalną o temperaturze ponad 50 stopni. Kąpać się w nim nie wolno (chętni mogą zejść ścieżką do darmowych basenów ogólnodostępnych niżej), ale klimat kawiarni rozsianych wokół tej starożytnej tafli wody jest niesamowity – leczyły się tu już postaci takie jak Lorenzo de’ Medici czy św. Katarzyna ze Sieny. Zatrzymałem się tam na piwo 0,0% i croissanta, chłonąc tę niezwykłą atmosferę.

Czas jednak gonił, a była już późna pora. Choć w planach miałem wspinaczkę do wioski Radicofani, nad którą góruje spektakularna, potężna twierdza zamkowa na szczycie wulkanicznego wzgórza, musiałem odpuścić ten podjazd. Pędziłem asfaltową drogą Via Cassia – starożytnym szlakiem handlowym i pielgrzymkowym (Via Francigena) łączącym dawniej Rzym z północą – w stronę mojego dzisiejszego celu: jeziora Bolsena (Lago di Bolsena).

I wtedy zacząłem mieć spore problemy z prawą przerzutką. Mimo szybkiego tempa zmiana biegów przestała być płynna. Znam ten ból – to samo przytrafiło mi się rok temu, gdy jechałem z Wojtkiem przez Bałkany. Plastikowy element w prawej klamkomanetce znów się przesunął albo pękł. Zaczynałem się obawiać, że za chwilę przy ostrzejszych podjazdach zostanę na jednym, twardym przełożeniu, ale na szczęście osprzęt jakoś dawał radę.

Na wysokości zamku w Radicofani, ku mojemu zaskoczeniu, wyrósł przede mną kilkusetmetrowy tunel. Zatrzymałem się na poboczu, żeby włączyć przynajmniej tylne światło, i wjechałem do środka. Tunel był oświetlony, a ruch samochodowy znikomy, więc bez problemu udało się go pokonać. Zaskoczenie przyszło tuż po wyjeździe – napotkałem pierwsze krople deszczu. Na szczęście był to lekki, orzeźwiający opad.

Około 16:00, po niemal całodniowym poście (od śniadania i croissanta w Bagno Vignoni nic nie miałem na żołądku), zatrzymałem się w przydrożnym barze. Zamówiłem podwójnego tosta na zimno z salami i serem, espresso oraz mrożoną herbatę. Dosłownie chwilę po tym, jak usiadłem, nad trasą rozpętała się potężna ulewa. Radar pogodowy pokazywał jednak, że to drobna chmura. Posiliłem się, przeczekałem pół godziny i mogłem znów ruszać w trasę.

Zostało mi jeszcze jakieś 40 kilometrów, cały czas asfaltem. Po serpentynowym podjeździe, około 17:00, osiągnąłem Acquapendente. To klasyczna, nieturystyczna włoska miejscowość w starym stylu, z zabytkowym rynkiem i średniowieczną zabudową. Budynki były nieco zaniedbane i surowo usytuowane, ale miało to swój autentyczny klimat. Zatrzymałem się na rynku w barze na Aperol Spritz na orzeźwienie (we Włoszech przepisy pobłażliwie traktują symbolicznego drinka przed dalszą drogą) i pokonałem ostatnie 100 metrów podjazdu do miejscowości San Lorenzo Nuovo. Stamtąd rozpoczął się bardzo długi, przyjemny zjazd serpentynami w kierunku Lago di Bolsena.

Około 18:00 dojechałem na kemping La Cappelletta. Obiekt świecił pustkami, a brama była zamknięta na cztery spusty. Wróciłem około 2 kilometry drogą – po drodze mijałem wcześniej znaki na inne kempingi (w tym rejonie jest ich kilkanaście), ale kolejne dwa miejsca również były zamknięte. W końcu skręciłem w okolicę kempingu Val di Sole. Brama była otwarta, ale na całym wielkim terenie nie spotkałem żywej duszy. Objechałem go w całości i znalazłem genialne miejsce przy samym brzegu jeziora.

Szybki rekonesans sanitariatów przyniósł niespodziankę – pod prysznicem leciała lekko ciepła woda! Decyzja była prosta: zostaję i śpię na dziko. Jeśli ktoś rano przyjdzie, po prostu zapłacę za pobyt. Postawiłem rower przy ławce, wziąłem rzeczy i poszedłem się wykąpać. Po całym dniu w trasie takie orzeźwienie zrobiło swoje (zaliczyłem też krótką kąpiel w samym jeziorze).

Lago di Bolsena to absolutny unikat – jest największym wulkanicznym jeziorem w Europie, powstałym około 300 tysięcy lat temu po zawaleniu się kaldery wulkanu. Z tego powodu piasek na brzegu jest czarny, ciężki i typowo wulkaniczny, zupełnie inny niż klasyczne plaże w Polsce czy kamieniste wybrzeża Chorwacji. Ciekawe było też otoczenie: na pobliskim padoku pasły się konie, a z oddali dobiegał hipnotyzujący rytm bębnów afrykańskich – jak się okazało, jakaś kobieta przy drodze ćwiczyła grę na bębnach.

Pojawił się jednak problem z wodą. Po całym dniu byłem mocno odwodniony, a w bidonie został mi ledwie litr. Szybki research w sieci ostrzegł mnie, że choć woda z lokalnych wodociągów jest zdatna do użytku, odradza się jej picie ze względu na naturalnie podwyższony poziom arsenu wynikający z wulkanicznego ukształtowania terenu. Na szczęście 500 metrów dalej aplikacja pokazała otwartą restaurację Osteria del lago.

Nie rozpakowując jeszcze rzeczy, podjechałem tam na rowerze. Zastałem dwóch przesympatycznych pracowników i… rozpalony, buzujący kominek! Po chłodnym prysznicu i deszczu to było cudowne uczucie. Usiadłem w pierwszej sali przy ogniu i zamówiłem grube, ręcznie rolowane kluski pici w sosie Amatriciana. Połączeniem włoskiego i angielskiego pogadałem z obsługą, która z podziwem pytała o moją trasę i przejechane kilometry. Na koniec, oprócz lampki różowego wina, poczęstowano mnie mrożonym Limoncello.

Zapłaciłem i po ciemku wróciłem na mój kemping. Przypiąłem rower do metalowej ławki i przy świetle czołówki rozbiłem namiot. Jest około 20:00, powietrze staje się wilgotne, więc jutro rano zapewne znów będę składał mokry tropik. Odgłosy bębnów w końcu ustały. Jutro mam do przejechania nieco krótszą trasę – około 90 kilometrów i ze znacznie mniejszą ilością przewyższeń. Liczę na to, że dojadę do celu szybciej, bo w Pitigliano – niesamowitym miasteczku wyrosłym na spektakularnych, pionowych skałach tufu wulkanicznego – mam zarezerwowane mieszkanie. Muszę zjawić się tam wcześnie, żeby w końcu zrobić pranie, bo czyste ubrania znów się skończyły!

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej