Pobudka przyszła dziś zdecydowanie za wcześnie. Już od samego rana wokół naszej wiaty zaczęło się życie – rybacy szykowali sprzęt do wypłynięcia, a pierwsi ranni ptaszkowie wśród turystów zmierzali w stronę morza na poranną kąpiel. Choć w nocy oboje z Wojtkiem sporo się kręciliśmy, to o dziwo wstaliśmy całkiem wypoczęci.

Szybka decyzja: zwijamy obozowisko i jedziemy do najbliższej miejscowości, oddalonej o jakieś 20 kilometrów. W naszej dzikiej głuszy nie było szans na żadną kawiarnię ani sklep, a żołądki wyraźnie domagały się paliwa na drogę.

Zaledwie dziesięć minut po przejechaniu ostatniej wioski na naszej trasie, na horyzoncie pojawił się charakterystyczny Pag Most, łączący stały ląd z wyspą Pag. Zaraz przy wjeździe, zawieszona na stromej skarpie, czekała na nas mała budka – kawiarnia. Przerwa na kawę i krótką sesję zdjęciową była po prostu obowiązkiem.

Zamówiłem swój klasyk – osobno tonik, osobno espresso i połączyłem je w idealną całość. Wojtek miał mniej szczęścia. Zapragnął mrożonej kawy, ale obsługa twardo twierdziła, że takowej nie serwują. Mogli zaoferować jedynie Nescafé albo cokolwiek innego na gorąco. Stanęło na cappuccino. Siedzieliśmy tam zszokowani tą logiką – przecież mieli kostki lodu (które dostaliśmy do mojego toniku!), zimne mleko i świeże espresso. Widocznie połączenie tych trzech składników w jednym kubku przerosło miejscową kawiarnianą technologię. Nieważne.

Widok z góry na turkusową taflę wody i jaszczurki śmigające między rozgrzanymi kamieniami wynagrodził wszystko. Pół godziny błogiego lenistwa minęło nie wiadomo kiedy.

Wjechaliśmy na Pag i momentalnie przenieśliśmy się w inny świat. Ta wyspa nie przypomina niczego, co do tej pory widziałem w Chorwacji – wygląda dosłownie jak księżyc. Mój umysł od razu uciekł do tegorocznego zjazdu z Teide na Teneryfie, bo krajobraz był uderzająco podobny: surowy, skalisty i kosmiczny.

Pag jest długa na jakieś 50-60 kilometrów, ale przy tym dość wąska. Główna szosa prowadzi samym jej środkiem. Po kilku kilometrach surowa, skalista pustynia zaczęła ustępować miejsca potężnym trzcinom, tworząc momentami niesamowity, zielony tunel nad osią drogi.

Kawałek dalej, po lewej stronie, wyłoniło się coś na kształt wielkiego, wyschniętego jeziora. Jak się później okazało, były to prawdopodobnie dawne baseny solankowe – odcięte groblami fragmenty morza, z których od wieków pozyskuje się sól.

Do samego miasta Pag dotarliśmy już solidnie przypieczeni chorwackim słońcem. Pierwsze wrażenie z nadbrzeża? Szczerze mówiąc, słabe. Miasto wydało nam się po prostu brzydkie, przypominając nam najgorsze zakątki z zeszłorocznej wyprawy po Albanii. Nastroje poprawiły się dopiero, gdy wjechaliśmy głębiej w urokliwe, ciasne uliczki.

Znaleźliśmy piekarnię, uzupełniliśmy węglowodany i wróciliśmy nad wodę do kolejnej kawiarni na szybki przystanek.
Zegar jednak tykał nieubłaganie. Przed nami było jeszcze około 40 kilometrów, a cel był jeden: zdążyć na prom o 16:00 z miejscowości Tovarnele.

Co istotne, trasa pnąca się od poziomu morza serwowała nam powolny, ale odczuwalny podjazd na wysokość około 130 m n.p.m. Tym razem odpuściliśmy główną drogę na rzecz bocznych ścieżek. Po wyjechaniu z terenów zabudowanych trafiliśmy na absolutnie genialny rezerwat – przyjemny, chłodny cień i kilka kilometrów fantastycznej nawierzchni.

Za ezerwatem nasza asfaltowa sielanka szybko ustąpiła miejsca szutrowi. Początkowo szuter był gładki i ubity, ale z każdym kilometrem nabierał charakteru – ścieżka zaczęła piąć się stromymi, ostrymi zakosami prosto pod górę. W pewnym momencie musieliśmy wyhamować do zera. Z tylnej opony Wojtka, mimo że zalana mleczkiem, gwałtownie uciekło powietrze.

Na szczęście moja elektryczna pompka miała jeszcze w sobie resztki energii, więc sprawnie dobiliśmy ciśnienie i doprowadziliśmy gumę do stanu używalności. Choć przyznaję, że nie przepadam za szutrowymi odcinkami, gdy wiozę na rowerze komplet ciężkich sakw, to tym razem jechało się wyjątkowo przyjemnie.

W ten sposób sprawnie zameldowaliśmy się w Novalji. Miasto na pierwszy rzut oka zachwyciło nas kontrastem w porównaniu do Pagu, ale czar szybko prysł. Przelewające się tłumy turystów i zawalone po brzegi plaże zadziałały na nas jak straszak. Uzupełniliśmy tylko zapasy wody i ewakuowaliśmy się stamtąd w ekspresowym tempie.

Na sam koniec wyspy, do Tovarnele, dojechaliśmy ze sporym zapasem czasu. Prom, na który czekaliśmy, był wyjątkowy – jako jedyny jak do tej pory nie należał do floty Jadroliniji, lecz był prywatną łodzią. Na brzegu zagadał do nas jej właściciel. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski i zobaczył rower Wojtka, oklejony flagami ze wszystkich odwiedzonych na dwóch kołach krajów, wpadł w zachwyt. Zaczął dopytywać o szczegóły naszej podróży, opowiadał o miejscach, które sam chciałby kiedyś zobaczyć i ostatecznie uwiecznił rower Wojtka na zdjęciu.

Poinformował nas, że za chwilę dopłynie nieco większa łódź jego brata i to ona zabierze nas na wyspę Rab.

Mając jeszcze 40 minut, skoczyliśmy do pobliskiego baru na coś zimnego. Braki wolnych stolików wymusiły szybki kompromis – przy barze obaliliśmy po małym Heinekenie 0% i wróciliśmy na nabrzeże.
Mając jeszcze 40 minut, skoczyliśmy do pobliskiego baru na coś zimnego. Braki wolnych stolików wymusiły szybki kompromis – przy barze obaliliśmy po małym Heinekenie 0% i wróciliśmy na nabrzeże.

Rejs okazał się kameralny, ale pełen emocji. Na pokładzie byliśmy tylko my, nasze dwa rowery i dwuosobowa załoga. Na otwartym morzu zaczęło mocno bujać. Moja choroba lokomocyjna natychmiast dała o sobie znać, a fale były momentami tak silne, że musieliśmy łapać w locie przewracający się rower Wojtka.

Na szczęście po 20 minutach walki z moim żołądkiem bezpiecznie przybiliśmy do brzegu na wyspie Rab.
Z portu skierowaliśmy się prosto na stare miasto. Przejazd pustymi, wąskimi uliczkami miał niesamowity klimat – większość turystów zrezygnowała z zabytków i kłębiła się na nadbrzeżu. W starym centrum wypatrzyliśmy lokalną piekarnię i zrobiliśmy zapasy: świeże pieczywo, burek z mięsem i sporo słodkości na wieczór.

Pierwotny plan zakładał, że dziś przedostaniemy się kolejnym promem aż na wyspę Krk, ale zmęczenie dało o sobie znać. Postanowiliśmy odpuścić dalszą gonitwę i spędzić resztę dnia w miejscowości Lopar, skąd rano odpływa nasz prom.

Lopar przywitało nas dwoma plażami rozdzielonymi wzgórzem. Najpierw trafiliśmy na słynną Rajską Plaże. Woda okazała się ultra płytka – szliśmy dziesiątki metrów w głąb morza, a woda sięgała nam najpierw do kostek, potem do pasa i dopiero gdzieś na samym końcu Wojtek stracił grunt pod nogami.

Po wymoczeniu tyłków w tej sadzawce opłukaliśmy się pod prysznicem, przebraliśmy i ruszyliśmy na drugą stronę wzgórza szukać miejsca pod namiot.

Po drodze wpadliśmy jeszcze do wielkiego supermarketu z nadzieją na antipasti. Niestety, o dziwo jak na Chorwację, w całym sklepie nie było ani jednej oliwki! Skończyło się na plastrowanej kiełbasie, żółtym serze, chipsach i batonach – idealny zestaw, by doładować baterie przed snem.

Jutro czeka nas wyjątkowo wczesny budzik. Prom rusza o 5:45, a przed nami potężne wyzwanie: około 130 kilometrów i blisko 1900 metrów przewyższeń w drodze do włoskiego Triestu.Na szczęście dzięki platformie Warmshowers udało nam się potwierdzić nocleg u Giuliii i Federico (oraz ich psa Blooma). Trzymajcie kciuki – jutro wreszcie zapowiada się wygodne łóżko, pranie i wieczór w świetnym towarzystwie!
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj