Noc była wyjątkowo gorąca, dlatego nawet nie rozkładaliśmy tropików. Rano okazało się to strzałem w dziesiątkę – zero rosy, więc cały sprzęt był idealnie suchy. Sielankę przerwał jednak brak naturalnego wybudzenia. Pomiędzy godziną 6 a 7 rano tuż obok nas zrealizowano pełny pakiet pobudkowy: najpierw z łomotem nadjechała śmieciarka, chwilę później obok zaczęli kręcić się ludzie, a tło dźwiękowe uzupełniło głośne gęganie gęsi wypasających się na sąsiednim polu.
Plan na rano wymagał jednak sprawnej mobilizacji. Wojtek musiał zdążyć na pociąg do Bergamo, a ja miałem na 10:26 bilet do Brescii, skąd zaczynał się mój samotny etap wyprawy. Spakowaliśmy się sprawnie. Poszedłem jeszcze do kempingowej kawiarni po dwa cappuccino i żeby uregulować rachunek. Tam czekał mnie mały zgrzyt – właścicielka kempingu była wyjątkowo niemiła i poirytowana tym, że pojawiłem się przed oficjalnym otwarciem biura o 9:00. Co ciekawe, dzień wcześniej sama informowała innych gości, że biuro działa od 8:00. Niesmak pozostał, ale nie zamierzałem psuć sobie tym poranka.

Po 9:00 opuściliśmy kemping i podjechaliśmy na chwilę nad sam brzeg, by po raz ostatni rzucić okiem z bliska na tafle jeziora Iseo i pożegnać się z tą okolicą. Wojtek ruszył na swój pociąg, a ja skierowałem się w stronę stacji, szukając po drodze jakiejś lokalnej pesticcerii na małe słodkie śniadanie i kawę. Znaleziona miejscówka kawy co prawda nie serwowała, ale za to dostałem tam wypasioną focaccię, która dała mi potężny zastrzyk energii na ładnych parę godzin.

Pociąg do Brescii przyjechał zgodnie z planem. Po 40 minutach spędzonych w pociągu zameldowałem się na miejscu i oficjalnie rozpocząłem trasę w kierunku jeziora Garda.
W samej Brescii zatrzymałem się na moment przy drogerii. Wczorajsze ostre słońce i wiatr zrobiły swoje – usta miałem spalone i koszmarnie wysuszone, więc pomadka była zakupem pierwszej potrzeby. Gdy wyjechałem z miasta, jazda stała się wyjątkowo płynna. Boczna, spokojna droga z odseparowaną ścieżką rowerową sprzyjała dobremu tempu, ale przede wszystkim wywołała niesamowitą falę nostalgii. Co chwilę mijałem miejsca doskonale znane mi z wyprawy sprzed trzech lat. Kawiarnia, w której piłem wtedy kawę, zabytkowy mostek idealny do zdjęć, czy niewielki kościółek, który trzy lata temu otworzyła specjalnie dla mnie pewna zaciekawiona pani, nie posiadając się ze zdziwienia, że jakiś wariat przyjechał na rowerze aż z Polski. Te powracające wspomnienia dały mi ogromną radość i poczucie swobody.
Po około dwóch godzinach zbliżałem się do Desenzano del Garda. Z daleka dobiegał huk odrzutowców, które raz po raz przelatywały tuż nad moją głową. Na miejscu okazało się, że w mieście odbywają się akurat pokazy lotnicze. Tłumy ludzi wylewały się na ulice, a policja zablokowała wiele skrzyżowań. O dziwo, ruch pieszy i zorganizowane objazdy pozwoliły mi przejechać przez to zamieszanie całkiem sprawnie. Zrobiłem jedynie szybki postój pod Aldi, by napełnić bidony, po czym ruszyłem dalej.
Kolejny punkt trasy – Sirmione – minąłem niestety bez wjeżdżania do starego miasta. Na starówkę nie wolno wjeżdżać rowerami, a zostawienie Elio ze całym załadowanym ekwipunkiem bez opieki, przypiętego jedynie linką, nie wchodziło w grę. Szkoda, ale bezpieczeństwo sprzętu ma priorytet. Jadąc dalej wzdłuż brzegu, zauważyłem, że serwis rowerowy, który trzy lata temu uratował mi tyłek po skatowaniu dętki na szlaku Alpe Adria, już nie istnieje. Zniknął też kebab, w którym wtedy ratowałem się przed głodem podczas powszechnej siesty.

Planowałem zatrzymać się na kawę w jednej ze znanych mi kawiarni w Lszise, ale gdy zobaczyłem w cenniku cappuccino za 5 euro (gdzie dotąd normą było maksymalnie 3,50 euro), zrezygnowałem. Nie zamierzałem brać udziału w takim rozboju w biały dzień.
Jazda szła mi jednak całkiem żwawo. W miejscowości Malcesine poczułem w końcu, że zapasy paliwa po porannej focaccii mocno się wyczerpały. Zamówiłem tam mrożoną kawę oraz solidną kanapkę z szynką i serem.

Polnocno-wschodnia część jeziora zatarła mi się w pamięci, poza jednym stałym elementem – tunelami przed samą Rivą del Garda. Wydawało mi się, że kiedyś obok funkcjonowała zewnętrzna ścieżka rowerowa, ale tym razem była zamknięta na głucho. Przyglądając się ruchowi, musiałem wjechać w ciemne, głośne tunele razem z samochodami. Na szczęście ten etap poszedł sprawnie.
W samej Rivie wyjechałem już mocno wymęczony i podpieczony przez słońce. Zatrzymałem się przy brzegowej knajpce na piwo 0.0% i poprosiłem o pełną szklankę lodu. Lód powędrował prosto do bidonu z moją ulubioną w tym sezonie San Pellegrino z nutą brzoskwiniową – nie ma nic lepszego na orzeźwienie na trasie.

Gdy wyjeżdżałem w stronę Limone sul Garda, było już po 18:00. Pamiętałem, jak trzy lata temu pomyliłem tutaj zjazd i nadrobiłem kilkaset metrów podejścia po bezsensownej drodze na Strada di Ponale. Tym razem obyło się bez pomyłek. Trafiłem od razu do właściwego, kilkukilometrowego tunelu.
Zaraz po wyjeździe z mroku stanąłem przed najważniejszym punktem widokowym – słynną ścieżką rowerową zawieszoną bezpośrednio nad jeziorem. Zamontowałem kamerkę, by nagrać przejazd. O dziwo, mimo powszechnych opinii o przeładowaniu tego miejsca, ludzi było wyraźnie mniej niż podczas mojej wizyty w maju trzy lata temu.

Sama ścieżka oficjalnie jest obecnie zamknięta, więc aby na nią wjechać, trzeba przeskoczyć przez płot i przenieść sprzęt. Przy załadowanym Elio, który razem z sakwami waży grubo ponad 30 kg, wymagało to nieco gimnastyki, ale przejazd po tej spektakularnej konstrukcji wynagrodził każdy wysiłek.
Sam wjazd do Limone sul Garda to dla mnie wyjątkowy moment. Kocham to miasteczko, czuję się tu niesamowicie dobrze i dokładnie taki był plan: dotrzeć tutaj, rozbić bazę na parę dni i potraktować to miejsce jako wypadową do dalszych tras. Przejechałem przez tętniące życiem uliczki pełne turystów i klimatycznych restauracji, kierując się prosto na kemping.
To ten sam obiekt, w którym stacjonowałem trzy lata temu. Rezerwację robiłem z miesięcznym wyprzedzeniem i dostałem dokładnie to samo miejsce „C” tuż nad kempingowym marketem. Po dotarciu na miejsce zrzuciłem z roweru sakwy i nawet nie rozkładając namiotu, przebrałem się w kąpielówki. Wskok do chłodnej wody jeziora po całym dniu w siodle był absolutnie bezcenny.

Niestety po powrocie na parcelę i wypiciu powitalnego piwa pojawił się problem. Na tarasie tuż nad moim miejscem rozbili się młodzi chłopcy. Szybko rozpalili grilla i zaczęli dłubać w nim patykiem w taki sposób, że rozżarzony popiół zaczął opadać wprost na moje ubrania i miejsce, gdzie miał stać namiot. Zgłosiłem sprawę w recepcji – bałem się po prostu, że iskry przepalą mi sprzęt. Na szczęście udało się przenieść rezerwację na sąsiednie stanowisko „D”. Co prawda dopłaciłem 1 euro za dobę, co pozostawia pewien niesmak, biorąc pod uwagę brak kultury sąsiadów, ale bezpieczeństwo namiotu było ważniejsze.
Namiot stoi już stabilnie na nowej miejscówce, telefon się ładuje, a ja właśnie zbieram się na półtorakilometrowy spacer do centrum Limone. Czas wreszcie zanurzyć się w prawdziwym la dolce vita, zjeść konkretny kolacyjny posiłek i zaplanować trasy na najbliższe dni.

Przede mną najfajniejsza część wyjazdu – jeżdżenie na lekko, bardziej sportowo, po fantastycznych okolicznych górach.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj