dzień 9: Marina di Grosseto – Marina di Castagneto Carducci

5–7 minut

Poranki pod namiotem potrafią serwować skrajne emocje. Obudziłem się ze świtem, około 7:30. Przeraźliwa rosa pokryła wszystko grubą warstwą wilgoci – na szczęście wieczorem posłuchałem intuicji i założyłem tropik. Zdjąłem go od razu i powiesiłem na rosnącej obok pinii, żeby złapał pierwsze promienie słońca, a śpiwór rozłożyłem na trawie.


Gdy powoli pakowałem sakwy, dostrzegli mnie sąsiedzi z kampera obok. Ci sami, którzy już wczoraj wieczorem poczęstowali mnie gorącą herbatą. Kobieta znów zaproponowała podratowanie gorącum napojem. Podałem swój bidon – chciała nalać do pełna, ale podziękowałem, zadowalając się poranną szklanką i zjedzeniem kilku ciastek. Przynajmniej miałem okazję do krótkiej pogawędki łamanym angielskim. Byli przemili, zafascynowani moją trasą. Pod koniec spytali, skąd jestem. Gdy usłyszeli, że z Polski, przedstawili się wreszcie sami: on był Włochem, ona – Rosjanką.
Nie wiem, czy na mojej twarzy od razu pojawił się dziwny wyraz. Mój stosunek do Rosjan po tej barbarzyńskiej wojnie w Ukrainie jest skrajnie negatywny. A z drugiej strony stała przede mną kobieta, która z czystej dobroci serca napoiła mnie gorącą herbatą i karmiła ciastkami. Taki poranny mindfuck i lekcja o tym, jak stereotypy i wojna potrafią plątać międzyludzkie relacje. Mam tylko nadzieję, że nie dałem po sobie niczego poznać i nie zepsułem tego miłego gestu.


Do godziny 9:30 wszystko wyschło. Spakowałem rower i ruszyłem w drogę.
Początkowo jechałem szosą osłoniętą rozłożystymi koronami sosen. Rano ruch był znikomy.

Po 10 kilometrach zameldowałem się w Castiglione della Pescaia, gdzie zrobiłem małą ucztę śniadaniową: kanapka ze prosciutto, serem, sałatą i pomidorem, do tego dwa croissanty i obowiązkowe cappuccino. Nigdzie się nie spieszyłem, choć prognoza pogody wyraźnie ostrzegała – od 15:00 ma zacząć ulewnie padać.


Później trasa przecięła malowniczy półwysep w okolicach Punta Ala. Czekał mnie tam łagodny, przyjemny podjazd, po którym przemknąłem przez Puntone di Scarlino i wjechałem do Folloniki. To była pierwsza większa miejscowość dzisiejszego dnia. Wyjechałem bezpośrednio na promenadę i szczerze mówiąc… przeżyłem lekki szok. Po ponad tygodniu spędzonym wśród kameralnych, toskańskich miasteczek i bezdroży, nagle wyrosły przede mną bloki i wieżowce.


Zatrzymałem się w przybrzeżnym barze na kawę i lody. Wywołałem przy tym niemały konsternujący popłoch u barmanki, kiedy do szklanki pełnej lodu z tonikiem wlałem zamówione podwójne espresso. Po dopompowaniu przedniego koła – w którym od jakiegoś czasu powoli, ale zauważalnie ucieka mi powietrze – ruszyłem szeroką, doskonale odseparowaną i pomalowaną na czerwono „autostradą rowerową” wzdłuż morza.


Prognozy cały czas straszyły deszczem, więc skręciłem w głąb lądu. Jechałem pustym, urokliwym asfaltem omijającym główną trasę, zbliżając się do jedynego dużego punktu programu tego dnia: średniowiecznego miasteczka Campiglia Marittima, zawieszonego na wzgórzu. To tradycyjny punkt startu kultowego maratonu Tuscany Trail.


Podjazd pod miasteczko okazał się bezlitosną ścianą. Mimo że jechałem wąskim, włoskim asfaltem pośród malowniczych winnic, momentami nachylenie sięgało 20–22%. Pokonałem go na raty, zatrzymując się na zakrętach, by uspokoić tętno.
O 12:50 zameldowałem się na szczycie i od razu skierowałem się ku najwyższemu punktowi – ruinom zamku Rocca di Campiglia.

Wdrapiąc się tam z rowerem po stromej ścieżce, mogłem dotknąć naprawdę kawałka historii.
Dla ciekawskich: Zamek w Campiglia Marittima powstał już w X wieku jako ufortyfikowana osada rządzona przez możny ród Visconti di Campiglia. Do dziś zachowały się potężne fragmenty murów, półokrągła wieża oraz charakterystyczny łuk wjazdowy.

W XIII wieku miasteczko przeszło pod władanie Pizy, stając się kluczowym punktem obronnym w wojnach z Luką i Florencją. Archeolodzy odkryli tu tysiące artefaktów – od średniowiecznej ceramiki po uzbrojenie – pokazujących, jak tętniło tu życie strażników pilnujących całego toskańskiego wybrzeża.


Po obejrzeniu ruin zjechałem do samego miasteczka. Gdybym trafił tu na początku mojej wyprawy, prawdopodobnie zbierałbym szczękę z bruku. Ale po zobaczeniu Civita di Bagnoregio, Bagno Vignoni czy Pitigliano, Campiglia Marittima – choć niezwykle urokliwa i pozbawiona tłumu turystów – była po prostu ładnym przystankiem.

Na głównym placu zjadłem pożywną lazanię, wypiłem piwo i spoglądając na ciemniejące niebo, rzuciłem się w genialny zjazd w stronę San Vincenzo.


W San Vincenzo miałem odczekać opady w zarezerwowanym dzień wcześniej noclegu. Ponieważ zjazd zajął mi chwilę, a prognozy przesunęły deszcz o kolejne półtorej godziny, postanowiłem odwołać elastyczną rezerwację i dokręcić jeszcze 15 kilometrów do Marina di Castagneto Carducci. Znajazłem tam bezzwrotny apartament z pralką za 333 zł.


Radość z ucieczki przed deszczem trwała dokładnie do momentu, w którym stanąłem pod zamkniętą bramą obiektu.
Pół godziny po dokonaniu rezerwacji dostałem wiadomość przez Booking: „Przepraszamy, błąd systemu. Nie przyjmujemy rezerwacji na jedną noc. Anuluj sobie bezpłatnie”. Zaczynało kropić, na szukaniu innego miejsca straciłbym masę czasu, a ceny w okolicy zwalały z nóg. Zadzwoniłem do właścicielki, ale ta rzuciła krótko, że to mój problem i się rozłączyła.
Wściekły zadzwoniłem na infolinię Bookingu. Zaczęła się pełna biurokracji procedura: Booking najpierw musiał oficjalnie wysłać zapytanie do obiektu i odczekać 30 minut. Nie zamierzałem moknąć pod bramą, więc usiadłem w pobliskim barze przy cappuccino i Aperol Spritz.


Gdy rezerwacja wreszcie została anulowana, Booking wysłał mi maila z informacją, że dopłacą do nowej rezerwacji różnicę w cenie – całe… 39 euro. Co więcej, ich automatyczny system podsunął mi trzy propozycje noclegów zastępczych: jeden na Sardynii, drugi koło Neapolu, a trzeci w okolicach Pescary. Przypominam: stałem na rowerze w Toskanii, 100 km od Pizy.
Zadzwoniłem na infolinię po raz drugi. Trafiłem na bardzo przytomną konsultantkę. Przedstawiłem sprawę jasno: podróżuję rowerem, za chwilę zacznie się ulewa, muszę zrobić pranie i potrzebuję miejsca TU I TERAZ. Dziewczyna po konsultacji z menedżerem zaproponowała apartament 600 metrów ode mnie. Koszt? 850 zł. Wziąłem go bez wahania, a Booking wziął całą różnicę (ponad 500 zł) na siebie. Kosztami pokryje właściciela obiektu, który odwołał moją rezerwację.


Kiedy dostałem potwierdzenie nowej rezerwacji, podjechałem pod wskazany adres. Tam kolejna niespodzianka – wiadomość, że po klucze muszę wracać do centrum, do biura nieruchomości (dokładnie obok baru, w którym przed chwilą piłem drinka). Pojechałem. Pani w biurze wręczyła mi klucze i z rozbrajającym uśmiechem poinformowała, że… pościel i ręczniki są dodatkowo płatne. Wypożyczenie samego ręcznika – 10 euro, komplet – 18 euro.
Wyśmiałem ją prosto w twarz. Zdecydowałem, że wytrę się własnym szybkoschnącym ręcznikiem i prześpię pod swoim śpiworem.


Po dotarciu do mieszkania rozpakowałem sprzęt i poszedłem szukać obiecanej pralki. Okazało się, że stoi w ogrodzie, schowana w zamykanej szafce. W życiu bym na to nie wpadł. Po wstawieniu kolarskich ubrań poszedłem jeszcze na krótki spacer nad opustoszałe, surowe morze i zrobiłem małe zakupy na wieczór. Deszcz, który miał mnie zmieść z powierzchni ziemi, ostatecznie ominął Marina di Castagneto Carducci bokiem.
Jutro zamierzam dotrzeć do Pizy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i po drodze nie złapie mnie deszcz, wynajmę tam mieszkanie na dwie noce. Lot do Warszawy mam dopiero w czwartek późnym wieczorem, co oznacza, że środa jest moim „dniem zapasowym”.
Mam na tę środę pewien niecny, szaleńczy plan na jazdę „na lekko”. Ale co z tego wyjdzie – dowiecie się już niebawem!

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej