Poranek znowu nie należał do najłatwiejszych. Pobudka o 6:00 rano była bezwzględna – Giulia i Federico o 7:00 musieli wyjść do pracy, więc nie było mowy o przeciąganiu się w łóżkach. Zaczęliśmy się sprawnie pakować, ale na dzień dobry czekał mnie zimny prysznic rzeczywistości. Ubrania wrzucone wczoraj do prania nie zdążyły wyschnąć. Najgorzej, że mokre były wszystkie trzy pary moich rowerowych skarpetek. Musiałem wciągnąć na stopy klasyczne, bawełniane skarpetki. Bardzo tego nie lubię na rowerze, bo stopy strasznie się w nich pocą, ale nie miałem absolutnie żadnego wyboru.

Chwilę przed siódmą pożegnaliśmy się z naszymi gospodarzami oraz z Bloomem i ścieżką rowerową ruszyliśmy w stronę centrum Triestu. Zjechaliśmy na plac główny (Piazza Unità d’Italia), który jest podobno największym otwartym na morze placem miejskim na świecie.
Zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i zasiedliśmy w kawiarni na śniadanie. Gdy okazało się, że serwują tu jajka po benedyktyńsku, nawet się nie zastanawialiśmy – wjechały jajka i mocna kawa.

Humory poprawiła nam informacja od Giulii, która wspomniała, że nasz pierwszy dzisiejszy podjazd – całe 330 metrów w pionie – możemy pokonać zabytkowym tramwajem. Zjechaliśmy na przystanek początkowy, ale na miejscu dopadł nas chwilowy stres: ogłoszenie głosiło, że linia jest nieczynna. Na szczęście chodziło tylko o kurs turystyczny uruchamiany w weekendy, a zwykłe kursy do miejscowości Opicina kursowały normalnie.

O 9:20 ten zabytkowy, drewniany wagonik ruszył pod górę. Nachylenie trasy w pewnych momentach sięgało ponad 20%, więc ta podwieszana podjazdowa „wypychaczka” była dla nas prawdziwym zbawieniem. Po około 30 minutach zameldowaliśmy się na górze. Na stacji końcowej w Opicinie usiedliśmy na mrożoną kawę.

Wojtek był tak wykończony, że dosłownie zasypiał na siedząco przy stoliku. Odpoczęliśmy chwilę i wzięliśmy się do dalszej jazdy.
Na szczęście przez najbliższe kilkanaście kilometrów grawitacja była po naszej stronie – trasa systematycznie opadała w dół, aż dojechaliśmy do miejscowości Dutovlje.
Tam zrobiliśmy postój na uzupełnienie płynów i zjedzenie czegoś słodkiego. Słońce przyjemnie ogrzewało, ale nie było jeszcze tak bezwzględne jak w Chorwacji. Zrzuciłem nieszczęsne bawełniane skarpetki, wyciągnąłem nogi, żeby się przewietrzyły, a rowerowe skarpetki, które wrzuciłem w Trieście na pakę – na słońcu zdążyły błyskawicznie wyschnąć, więc na resztę dnia wracałem do gry z suchą stopą.

Dalsza trasa mknęła przez urokliwe, senne wioski, w tym Kobdilj, kierując nas w stronę Vipavy. Kilka kilometrów przed nią na horyzoncie wyrosły potężniejsze góry – nasz główny cel na dziś. W samej Vipawie zajechaliśmy pod supermarket, żeby dokupić picie. Usiedliśmy w chłodnym, klimatyzowanym przedsionku, łapiąc oddech przed tym, co nadchodziło. A czekała nas główna wspinaczka dnia: 14 kilometrów pod górę i jakieś 700–800 metrów przewyższenia.
Słońce zaczynało już mocno palić, ale trasa prowadziła przyjemnymi serpentynami, momentami dając cień drzew i delikatny, chłodzący wiatr.
Pierwsza połowa podjazdu wiodła świetnym asfaltem, niemal bez ruchu samochodowego. Później wjechaliśmy na drogi łączone i tam ruch zgęstniał. Pojawili się też inni sakwiarze i bikepackerzy – niektórzy byli tak wykończeni upałem i nachyleniem, że zsiadali z rowerów i mozolnie wpychali je na górę.

Tuż przed szczytem zatrzymaliśmy się jeszcze na lody i izotonik w postaci Radlera zero, po czym pokonaliśmy ostatni odcinek. Na samej górze byliśmy już całkowicie wypruci z energii. Mapa pokazywała, że najbliższy sklep ze zjadliwym jedzeniem jest dopiero za 30–40 kilometrów zjazdu. Na miękkich nogach zaczęliśmy staczać się w dół.

Po kilku kilometrach, w miejscowości Črni Vrh, zdarzył się mały cud – trafiliśmy na sklep spożywczy, którego w ogóle nie było na naszych mapach. Przesympatyczna ekspedientka poleciła nam lokalne bułeczki zapiekane z szynką. To był strzał w dziesiątkę, który dał nam paliwo na resztę drogi.
Z Črnego Vrhu aż do samej Idriji czekał nas kapitalny zjazd. Chyba najlepszy, jaki zaliczyłem w całym swoim rowerowym życiu! Idealnie gładki asfalt, wyprofilowane serpentyny, zero samochodów i głęboka, soczysta zieleń lasów po obu stronach. Jechało się wręcz genialnie.

Jednak przy tej prędkości w pewnym momencie przesadziłem. Tylna opona straciła przyczepność i dosłownie o włos uniknąłem potężnego szlifa. Zastosowałem pulsacyjne hamowanie i po trzech niebezpiecznych ślizgach jakimś cudem wyprowadziłem rower na właściwy tor. Żeby emocji było mało, kilkaset metrów dalej zza zakrętu wyłonił się kierowca jadący pod górę środkiem drogi. W ostatniej chwili uciekłem w prawo, unikając czołowego zderzenia z jego maską. Zjechałem na dół z rozdygotanymi rękami i na zupełnie miękkich nogach – każdy kolejny zakręt brałem już z absurdalną wręcz ostrożnością.

Chwilę przed Idriją wjechaliśmy w spektakularny wąwóz. Po lewej stronie szumiał strumień z krystalicznie czystą wodą, po prawej pięły się pionowe ściany skalne. Od razu przypomniał mi się nasz zeszłoroczny zjazd w Macedonii Północnej. W samej Idriji wskoczyliśmy na ścieżkę rowerową i, wciąż tracąc wysokość, utrzymywaliśmy prędkości rzędu 35–40 km/h.

Resztkami sił kierowaliśmy się do miejscowości Cerkno z planem zjedzenia czegoś konkretnego przed ostatnim akordem dnia (za Cerkno czekało nas jeszcze 5-6 km podjazdu i 330 m w pionie).
W Cerknie znaleźliśmy jedyną otwartą pizzerię. Nie wyglądała zachęcająco, ale nie mieliśmy wyboru. Zamówiliśmy burgery z pljeskavicą, które okazały się zaskakująco pyszne!

Podładując baterie, sprawdziliśmy prognozę pogody i miny nam zrzedły. Za pół godziny miało rozpętać się tu prawdziwe piekło – gigantyczna ulewa i burze. Z ostatniego odcinka podjazdu i spania pod chmurką były nici. Na Bookingu zero wolnych miejsc. Jedyny znaszany po drodze Hotel Cerkno wyglądał jak opuszczona ruina z samego betonu – brak ścian, tylko stropy. Zrobiliśmy szybki zwiad na miejscu, ale betonowy podcień był tak słabo osłonięty, że przy silnym wietrze zalałoby nas w minutę.

Do godziny 20:00 zostały nam 30 minut – wtedy zamykali jedyny w okolicy supermarket Spar. Pospiesznie zrobiliśmy zakupy, a w drodze powrotnej pod hotel Wojtek zauważył otwartą remizę strażacką i stojących przed nią druhów. Podjechał, zagadał, spytał, czy nie mają kawałka podłogi. Strażacy zrobili kilka telefonów, szukając nam czegoś w wiosce, aż w pewnym momencie podjechał komendant.

Spojrzał na nas i bez wahania zaoferował nocleg na drugim piętrze remizy, w sali szkoleniowej. Do tego ciepły prysznic, czyste ręczniki i mydło! Słoweńska gościnność zwaliła nas z nóg.
Także dzisiaj śpimy w Gasilskim domie w Cerknie! Strażacy ewidentnie szykują tu grubą imprezę – na mieście widziałem plakaty informujące o jutrzejszym święcie straży i koncertach. Po kapitalnym, chłodzącym prysznicu podszedł do nas jeden ze strażaków z butelką i zaprosił nas na „sznapsa”. Zobaczymy, jak jutro zdołamy wstać…

Pierwotny plan na jutro zakładał 143 km i 2400 m podjazdów. Teraz musimy do tego doliczyć odpuszczone dzisiaj 6 km oraz nieprzejechane 330 m w pionie. Najprawdopodobniej podzielimy jutrzejszy etap na dwa i zamiast dotrzeć do szlaku Alpe Adria, zakończymy dzień nieco wcześniej – nad jeziorem Bled.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj