Planowanie kolejnego dnia wyprawy często bywa wyścigiem z czasem i metryką przewyższeń, ale nie tym razem. Dzisiejsza trasa miała wyglądać zupełnie inaczej. W pierwotnym planie widniał ambitny wjazd z Limone do klasztoru na górze Monte Castello, a przynajmniej próba zdobycia ikonicznego punktu widokowego Cima Larici – tego samego, na którym gościły Natalia Nykiel z Magdą z Podlasia. Rzeczywistość zweryfikowała jednak te chęci, rzucając mnie w zupełnie inny, wolniejszy rytm.

Pierwszy raz od dawna nie musiałem budzić się z presją czasu i świadomością, że przed zmrokiem muszę zameldować się w kolejnym punkcie na mapie. Rozbiłem się na trzy dni na kempingu Nanzel w Limone sul Garda. Sama noc była jednak dość rwana. Około drugiej nad ranem na sąsiednim poletku pojawiło się trzech głośnych Włochów. W trakcie rozkładania namiotu przeplatali swoje wywody głośną dyskusją, po czym bez cienia wahania poszli ponurkować w chłodnych wodach jeziora. Nie mogąc zasnąć, sam zszedłem na chwilę na plażę, aby popatrzeć na te nocne manewry. Wróciłem do namiotu tuż przed nimi, ale po dziesięciu minutach znów zjawili się przy obozowisku i kontynuowali głośne rozmowy. Lekko licząc, godzina snu poszła na marne.
Mimo to o poranku nie czułem zmęczenia. Budzik zadzwonił o 8:00, a ja wstałem odświeżony. Noc była wyjątkowo gorąca – w granicach 22–23°C – dlatego spałem bez tropiku, wyłącznie w bokserkach i bez śpiwora. Nad ranem zaczął dmuchać lekki wiatr, który zamiast przeszkadzać, przyjemnie chłodził nagrzany namiot.
Bez pośpiechu zacząłem przygotowania. Zdemontowałem pasy trzymające sakwy na przednim widelcu, odpiąłem torby i odchudziłem rower do granic możliwości. Zamiast widokowej ścieżki wybrałem szybki przejazd tunelami w stronę Riva del Garda, poszukując miejsca na porządne włoskie śniadanie.
Na miejscu byłem około 11:30. Zatrzymałem się w kawiarni przy kościele, gdzie zamówiłem zestaw idealny: rogalika z czekoladą, piadinę z mozzarellą i szynką, lokalny napój Chinotto oraz – o dziwo dostępną w karcie – mrożoną kawę latte freddo. Po niespiesznym posiłku ruszyłem w stronę głównego celu dnia: jeziora Lago di Ledro.
Trasa dojazdowa to słynna Strada del Ponale, prowadząca malowniczą, wiszącą półką skalną zawieszoną nad przepaścią. To właśnie tą szutrową ścieżką jechałem trzy lata temu, kiedy zgubiłem drogę, zmierzając na kemping w Limone. Wtedy dotarłem jedynie do punktu widokowego przy kawiarni Belvedere. Tym razem planowałem jechać znacznie dalej.

Na szlaku panował spory tłok. Większość osób podjeżdżała pod górę na rowerach elektrycznych, trafiali się też nieliczni zjeżdżający w dół oraz piesi. Z tyłu roweru miałem zamontowaną kamerę, aby uchwycić najbardziej spektakularne fragmenty tego miejsca. Co ciekawe, mimo kilkuset metrów przewyższenia i pnącej się stale w górę drogi, jechało mi się niesamowicie lekko. Formy wypracowanej na alpejskich przełęczach nie da się oszukać – po Stelvio i Gavii tutejsze podjazdy pokonywałem bez żadnej zadyszki, na pełnej swobodzie. Ogromna w tym zasługa jazdy bez obciążenia w postaci dołączonych sakw.
Słońce dało się jednak mocno we znaki. Prażyło bezlitośnie, wysuszając skórę i potęgując uczucie zmęczenia upałem. W kawiarni Belvedere przy wąwozie Ponale zrobiłem więc ponad dwudziestominutową przerwę. Zamówiłem oszronioną szklankę z lodem i Lemon Sodę, po czym sącząc napój, obserwowałem mijających mnie turystów.
Dalszy odcinek drogi był dla mnie zupełną nowością. Zaczęło się potężną serpentyną, która doprowadziła do kamiennego mostu nad siodłem, a stamtąd trasa odbiła w głąb lądu, tracąc z oczu widok na Gardę. Ścieżka rowerowa zmieniała nawierzchnię z asfaltu i betonu na szutry. Mimo pojedynczych, bardzo stromych ścianek sięgających 15% nachylenia, podjazd mijał wyjątkowo gładko.
Po dobrej godzinie od kawiarni Belvedere dotarłem nad brzeg Lago di Ledro. Postanowiłem opłynąć jezioro rowerem w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara i znaleźć ustronne miejsce na kąpiel.

Choć na północnym brzegu trafiałem na ładne plaże, były one mocno zatłoczone. Ostatecznie wróciłem w okolice miejsca, z którego pierwszy raz ujrzałem taflę wody, i wypatrzyłem cichą, dziką miejscówkę.
Zamiast piaszczystego brzegu było tam proste zejście do wody obite drewnianymi balami. Szybko przebrałem się w kąpielówki i wskoczyłem do krystalicznie czystej, turkusowej wody. Uczucie orzeźwienia po upalnej wspinaczce było nie do opisania.

Woda była tak przejrzysta, że trudno było ocenić jej głębokość – kamieniste dno było doskonale widoczne w każdym miejscu. Trzeba było jedynie uważać na mocno śliskie, obrosłe glonami drewniane belki przy brzegu.
Nagle na mojej kameralnej plaży pojawiło się starsze małżeństwo z Niemiec.
Mężczyzna trzymał na ramieniu żywą, dużą białą arę. Jak gdyby nigdy nic wszedł z nią do wody i pływał tak przez dobre dziesięć minut. Papuga wyglądała na absolutnie zachwyconą – siedziała stabilnie na jego ramieniu, lekko podmaczając ogon i łapki. Po chwili właściciel odstawił ptaka na konar pobliskiego drzewa i wrócił dokończyć kąpiel, podczas gdy papuga cierpliwie go obserwowała. Widok ten wywołał niemałe poruszenie wśród spacerowiczów, którzy zatrzymywali się i robili zdjęcia tej niecodziennej scenerii.

Zostawiając egzotycznego ptaka i jego właścicieli, ruszyłem w drogę powrotną. Zrezygnowałem już z wjazdu pod klasztor, ale chciałem jeszcze podjąć próbę dotarcia na punkt widokowy Cima Larici. Główna droga asfaltowa odpadała ze względu na zakaz wjazdu rowerów do tunelu, więc musiałem zjechać te paręset metrów w dół w okolice Belvedere i stamtąd rozpocząć podjazd w stronę wioski Pregasina.
Odcinek prowadzący do Pregasiny przypominał scenerię z filmu postapokaliptycznego. Stara, zniszczona asfaltowa droga, wylana na wąskiej półce skalnej i wykuta bezpośrednio w pionowych ścianach, była absolutnie pusta. Zero samochodów, zaledwie pojedyncze osoby na e-bike’ach mknące z naprzeciwka i pusta przestrzeń z nawarstwionymi skałami nad głową.
Gdy dotarłem do wioski Pregasina, do Cima Larici zostało mi jeszcze około 3,5 kilometra i 400 metrów pionu. Od samego śniadania w Riva del Garda nic jednak nie jadłem, a żołądek zaczął stanowczo domagać się paliwa. Znalazłem małą lokalną restaurację w jednym z pierwszych domów. Choć wyglądała na opuszczoną, za barem zastałem właściciela. Kuchnia była już co prawda zamknięta, ale gospodarz zgodził się przygotować dla mnie spaghetti al ragù.
W tym samym czasie przed restauracją zatrzymało się dwóch rowerzystów z Polski na górskich rowerach. Zaczepiłem ich i po chwili siedzieliśmy już razem przy stole. Okazało się, że przyjechali na parę dni z Gdańska, wypożyczyli na miejscu sprzęt MTB za 20 euro za dobę i tak świętowali pięćdziesiąte urodziny jednego z nich. Rozmawialiśmy o alpejskich przełęczach, naszych dotychczasowych trasach z Wojtkiem od samego Dubrownika i planach na kolejne wyprawy.
Panowie również planowali wjazd na Cima Larici, jednak po piwie uznali, że odpuszczają wspinaczkę i zjeżdżają w dół. Po zjedzeniu makaronu pomyślałem dokładnie to samo. To miał być dzień regeneracyjny – nie czułem żadnej presji ani potrzeby dokręcania kolejnych metrów w górę. Czułem pełne spełnienie z tego, co udało się dziś zobaczyć.
Rzuciłem jeszcze oko na aplikację Komoot, która pokazywała teoretyczny skrót z Pregasiny na dół – stromą szutrową ścieżkę wychodzącą między tunelami na drodze do Limone. Na miejscu okazanie się jednak, że „droga” to w rzeczywistości ledwo widoczna, wydeptana w trawie ścieżka niknąca gdzieś w groźnie wyglądających skałach. Nie zamierzałem ryzykować utknięcia z rowerem w niebezpiecznym terenie, więc wycofałem się na znaną mi trasę.
Zjazd postapokaliptycznym odcinkiem, a potem szutrową ścieżką Ponale do Riva del Garda był czystą przyjemnością, choć mocno trzęsło. Nawierzchnia dała mi się na tyle we znaki, że dolny bidon raz po raz wypadał z koszyka. Zniecierpliwiony przepakowałem go w końcu do tylnej kieszeni koszulki rowerowej i kontynuowałem szybki zjazd.

Z Riva del Garda przemknąłem już bezpośrednio tunelami do Limone sul Garda, meldując się na kempingu około godziny 18:00. Zrobiłem szybkie zakupy w kempingowym sklepie, ogoliłem głowę w łazience i zszedłem na brzeg jeziora, żeby po prostu posiedzieć w ciszy i posłuchać szumu fal.
Wieczorem czeka mnie jeszcze krótki, półtorakilometrowy spacer do centrum Limone na coś do jedzenia – choć po obfitym spaghetti być może skończy się tylko na porcji dobrych włoskich lodów.

A jutro? Jutro czeka mnie jeszcze bardziej spokojny dzień. Planuję odwiedzić niezwykle spektakularną, wykutą w skale i zamkniętą dla ruchu samochodowego trasę biegnącą w tunelach, do której dostęp mają wyłącznie dociekliwi rowerzyści.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj