Wczorajszy wieczór upłynął pod znakiem prawdziwej, toskańskiej uczty. Trudno było odmówić sobie lokalnych przysmaków, gdy właścicielka restauracji z takim zapałem polecała kolejne pozycje z menu. Na początek na stole wylądowała bruschetta z różnymi dodatkami, w tym z wyrazistymi sardynkami, a jako danie główne wjechała klasycze,, aromatyczne Spaghetti alla Gricia.

Na deser nie dałem się długo namawiać na domową szarlotkę ze świeżych, lokalnych jabłek, serwowaną z gałką lodów i bitą śmietaną. Do tego lampka domowego, białego wina, a na dokładne domknięcie tego kulinarnego wieczoru – degustacja dwóch lokalnych likierów digestif: tradycyjnego Amaro Ramazzotti oraz ziołowego Jefferson Amaro Importante. Po takiej kolacji pozostało mi już tylko dotrzeć do namiotu i zapaść w głęboki sen.

Rano obudziłem się wcześnie, bo już o 7:30, gdy pierwsze promienie słońca przebijały się przez mgłę, a reszta obozowiska jeszcze smacznie spała. Po wczorajszym deszczu ubrania na sznurku nadal były zupełnie mokre, za to buty – na szczęście – wystarczyło jedynie lekko podsuszyć w porannym słońcu. Po spakowaniu mokrego namiotu i doprowadzeniu sprzętu do ładu, o 8:30 ruszyłem w trasę.

Na sam początek czekał mnie delikatny podjazd w miejscowości Ansedonia. Niestety, już tam znowu dała o sobie znać moja tylna przerzutka, która po prostu odmówiła posłuszeństwa i przestała zmieniać biegi. Zaczęło się robić nerwowo – z myślą o dwóch czekających mnie dzisiaj stromych podjazdach zastanawiałem się, czy w ogóle zdołam pokonać zaplanowaną trasę. Z tą niepewnością wjechałem do przepięknego lasu sosnowego Pineda de la Feniglia.

Jazda wśród rozłożystych, imponujących koron sosen piniowych robiła niesamowite wrażenie.
Warto wiedzieć: Rezerwat Naturalny Duna Feniglia to wyjątkowa, ponad 6-kilometrowa piaszczysta mierzeja (tombolo), która wraz z drugą mierzeją (Giannella) łączy stały ląd z dawną wyspą – dzisiejszym półwyspem Monte Argentario. Tworzą one spiętą lądem Lagunę Orbetello. Sam las piniowy został zasadzony w XIX wieku, aby chronić ląd przed zasypywaniem przez wydmy. Dziś to ścisły rezerwat przyrody, pełen dzikiej zwierzyny (w tym danieli) i wolny od ruchu samochodowego.
Zaraz za lasem skręciłem w lewo, by rozpocząć pętlę wokół spektakularnego Półwyspu Monte Argentario. Jako że jechałem wciąż przed śniadaniem, w Porto Ercole zacząłem wypatrywać jakiegoś otwartego lokalu. W Bar Caffe Centrale zatrzymałem się na porządną dawkę kalorii: rogalika, podgrzaną tostową kanapkę z łososiem oraz panini z salami i żółtym serem. Chciałem też kupić coś słodkiego do picia na dalszą drogę, ale niedziela w Italii rządzi się swoimi prawami i większość sklepów była zamknięta na cztery spusty. W końcu udało mi się znaleźć mały sklepik typu alimentari i zaopatrzyć w mrożoną herbatę brzoskwiniową.

Z mocnym zapasem energii rozpocząłem pierwszy, niezwykle stromy podjazd widokową drogą Via Panoramica. Widok na turkusowe morze i stromizny zapierał dech w piersiach i dodawał sił, ale w pewnym momencie asfalt ustąpił miejsca szutrowi.

I to bardzo stromemu – nachylenie sięgało momentami 18–20%! Na szczęście przyczepność spuszczonych nieco z ciśnienia opon zdała egzamin i zameldowałem się na górze. Na szczycie planowałem mały postój w wypatrzonym na mapie barze, jednak po sezonie większość kempingów i lokali w tej okolicy jest już zamknięta.
Nie było na co czekać – ruszyłem na drugi podjazd, tym razem asfaltowy, ale znacznie dłuższy. Musiałem podjechać z poziomu morza na wysokość niemal 340 m n.p.m.

Po drodze mijałem zawodników MTB z numerami startowymi. Zadawali mi po włosku jakieś pytania, ale widząc moją konsternację i słysząc angielski, uśmiechali się i odjeżdżali dalej (dopiero później zrozumiałem, że po prostu jechałem pod prąd ich trasy wyścigu!).
Ze szczytu rozpościerał się kapitalny widok na całe morze, zarys wyspy Giglio oraz zacumowane w zatoczkach żaglówki. Mimo tych pięknych krajobrazów, po zeszłorocznej wyprawie do Chorwacji moje oczekiwania były chyba zbyt wygórowane – Maremma i Argentario są urokliwe, ale Chorwacja zawiesiła poprzeczkę niezwykle wysoko.

O 12:40 osiągnąłem szczyt i rozpocząłem długi, bardzo spokojny zjazd w stronę Porto Santo Stefano. Droga była niemal pusta, nawierzchnia – poza kilkoma uszkodzonymi fragmentami – całkiem dobra, więc jechało się wyśmienicie.
Po dotarciu do Porto Santo Stefano zjechałem wprost na nabrzeże portowe, bo żołądek znów zaczął domagać się swojego. Większość centrum była wyłączona z ruchu z powodu mety wspomnianego wyścigu kolarskiego.
Znajdując w końcu wolny bar, uzupełniłem węglowodany solidną porcją spaghetti alla carbonara.

Warto wiedzieć: Porto Santo Stefano to główny port Monte Argentario, z którego odchodzą promy na wyspy Giglio i Giannutri. Miasteczko ma bogatą historię morską – w XVI wieku, pod panowaniem hiszpańskim, powstało tu państwo buforowe Stato dei Presidi, po którym do dziś pozostała górująca nad miastem potężna Forteca Hiszpańska (Fortezza Spagnola).

Po minięciu Pozzarello wjechałem na drugą mierzeję – Giannellę. Czekało mnie ponad 50 kilometrów całkowicie płaskiego terenu. Z jednej strony ulga dla nóg, z drugiej – brak radości ze spektakularnych zjazdów, a na dodatek dający się we znaki boczno-czołowy wiatr. Na końcu mierzei, w miejscowości Albinia, wpadłem do baru na Aperol Spritz i zafundowałem barmanowi niemałe zdziwienie, kiedy poprosiłem o połączenie espresso z tonikiem, przygotowując swój ulubiony letni napój na jego oczach.

Za Albinią trasa stała się bardzo ruchliwa, z ograniczeniem prędkości do 90 km/h. Gdy na drodze pojawiły się znaki autostrady, szybko ewakuowałem się w prawo na szutrową ścieżkę wzdłuż torów kolejowych. Szuter szybko zamienił się w męczący kamienisty trakt, który w dodatku po prostu się skończył.
Nie mając wyjścia, musiałem wjechać na około 2-3 kilometry na ruchliwą trasę, by jak najszybciej zjechać z niej w miejscowości Fonteblanda.
Stamtąd, spokojniejszą drogą asfaltową, rozpocząłem długi sprint przez obszar Parco Naturale della Maremma.

Park Naturalny Maremma (znany również jako Parco dell’Uccellina) to jeden z najbardziej dzikich i chronionych obszarów Toskanii. Obejmuje pasmo wzgórz Uccellina, ujście rzeki Ombrone oraz dziewicze pasmo wybrzeża. To właśnie tutaj można spotkać słynnych butteri – tradycyjnych toskańskich kowbojów hodujących bydło rasy maremmana o charakterystycznych, długich rogach.

W Podere Giobetto ścieżka ponownie się urwała i znów zmusiła mnie do pokonania 4 kilometrów ruchliwą szosą, aż wreszcie w Alberese zjechałem na właściwy, bezpieczny szlak rowerowy. W Alberese wpadłem na kanapkę na ciepło, lody i lodowatą Lemonsodę. Do celu zostało mi już tylko 20 kilometrów.

O 16:00 spokojnie ruszyłem ścieżką rowerową w stronę Marina di Grosseto. Tuż przed celem przeskoczyłem przez most na kanale Emissario San Rocco i zameldowałem się nad samym morzem. Marina di Grosseto o tej porze roku wyglądała na zupełnie opustoszałą – po deptaku spacerowały jedynie pojedyncze osoby. Właściciel jednej z kawiarni właśnie zwijał ogródek, ale dał się wyprosić na ostatnie wieczorne cappuccino. Kupiłem też butelkę piwa na wieczór i ruszyłem na nocleg.
Moja miejscówka na dziś to specjalny parking dla kamperów tuż za miastem. Zasada jest prosta: przy wjeździe pobiera się żeton z automatu, a przy wyjeździe gasi należność w kasie (8 euro za dobę). Automat z żetonami zaciął się i za nic nie chciał współpracować, ale jako że byłem na rowerze, po prostu ominąłem szlaban ścieżką dla pieszych.

Po rozbiciu namiotu rozwiesiłem ciuchy, które po całym dniu wciąż były wilgotne. Korzystając z chwili odpoczynku na trawie, zauważyłem włoskie małżeństwo obok czarnego kampera. Na ich stoliku stał czajnik, więc bez wahania podszedłem poprosić o trochę herbaty do bidonu – po wczorajszym deszczu i całym dniu jazdy pod wiatr czułem lekkie drapanie w gardle, więc gorąca herbata była na wagę złota. Potem szybki, gorący prysznic na kempingu (0,50 € za 3 minuty) i czas na logistykę na jutro.

Planowanie trasy na kolejny dzień okazało się wyzwaniem. Bardzo chciałem odwiedzić urokliwe, średniowieczne miasteczko Campiglia Marittima i spędzić tam wieczór, ale pilnie potrzebowałem zrobić pranie. Obdzwoiłem i obpisałem okoliczne kempingi – większość była już zamknięta po sezonie, a ten jeden otwarty miał pierwsze wolne miejsce za… 6 dni! W Campiglia Marittima nie ma pralni samoobsługowej, a żaden z otwartych pokoi na Bookingu czy Airbnb nie oferował pralki.
Finał jest taki: jutro przejadę przez Campiglia Marittima, pospaceruję po klimatycznej starówce, a nocleg ze sprawdzoną opcją prania zarezerwowałem kawałek dalej, w typowo turystycznej miejscowości San Vincenzo tuż nad morzem. Pokój wyszedł naprawdę tanio, więc bez stresu doprowadzę wszystkie ubrania do ładu.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj