Noc pod włoskim niebem potrafi bezlitośnie zweryfikować wyposażenie bikepackera. Z zimna ubraliśmy na siebie dosłownie wszystko, co mieliśmy w torbach. Mój zestaw na dobranoc składał się z kompletnej bielizny termoaktywnej z merynosa, dodatkowej koszulki, dwóch par skarpet, spodni z długą nigawką i puchowego śpiwora, a w obwodzie czekała jeszcze bluza z polartecu. O dziwo, w takim pancerzu było całkiem ciepło i nocka minęła spokojnie, gdyby nie jeden powracający problem – drętwiejące, lodowate dłonie, z którymi wybudziłem się nad ranem.

Gdy wyjrzeliśmy z namiotów, cała tropikowa dzianina była spłynięta gęstą rosą. Ponieważ nasz obóz leżał w głębokim cieniu okolicznych szczytów, słońce nie miało szans tu dotrzeć. Zrzuciliśmy więc mokre płachty i przenieśliśmy je na asfalt, by przewiesić je przez drewniane bariery przy drodze, licząc na to, że pierwsze promienie szybko zrobią swoje. Na lekko, bez sakw, podjechaliśmy półtora kilometra w dół do pobliskiego miasteczka na śniadanie. Znaleźliśmy mały hotel – właściciel uraczył nas gorącym cappuccino i panini z salami. Kiedy Wojtek poszedł uregulować rachunek, pan z uśmiechem poinformował go, że… kolega już zapłacił. Choć nie wyciągałem portfela, stwierdziłem w duchu, że skoro gospodarz uznał sprawę za zamkniętą, nie będziemy wyprowadzać go z błędu.
O około 11:40, po spakowaniu idealnie suchych już rzeczy, ruszyliśmy w drogę. Prawdziwe wyzwanie zaczęło się tuż za granicami miejscowości – o 12:00 zameldowaliśmy się u podnóża podjazdu. Do pokonania mieliśmy 800 metrów przewyższenia na odcinku około 12 kilometrów, prowadzącym na słynną Passo di Gavia.
Serpentyn było niewiele, zaledwie sześć spinek, ale poczuliśmy w nogach wczorajszy kataklizm zmęczenia. Wojtek ruszył mocniej przodem, ja narzuciłem własne, jednostajne tempo. Z każdym metrem czułem, jak brakuje mi tlenu w płucach, jednak po nieco ponad godzinie zameldowaliśmy się na górze.

Tuż pod samą przełęczą zatrzymaliśmy się przy małej restauracji pod pomnikiem. Przysiadłem na leżaku w pełnym słońcu z mrożoną kawą w dłoni. Słońce prażyło bezlitośnie, a spocone ciuchy schły w mgnieniu oka.
Chwilę później podjechaliśmy na samą przełęcz Gavia. Ku naszemu zaskoczeniu zstąpiliśmy w tętniący życiem punkt z kompleksem budynków i hotel, ale zrobiliśmy tylko kilka pamiątkowych zdjęć i rozpoczęliśmy zjazd.

Początek zjazdu zachwycał. Widoki były spektakularne, zdecydowanie bardziej surowe i surowo-piękne niż te na Stelvio. W kluczowym punkcie – przed ciemnym tunelem samochodowym – odbiliśmy w prawo na wybudowaną w tym roku ścieżkę rowerową.
Ta krótka, kilkusetmetrowa wstęga asfaltu zawieszona nad przepaścią, obok osi tunelu, to absolutny majstersztyk inżynierii i prawdziwa uczta dla oczu. Gdyby tak wyglądała infrastruktura rowerowa na świecie, nikt nie schodziłby z siodełka.

Po powrocie na główną szosę czekało nas ponad 20 kilometrów czystego, ciągłego zjazdu. Droga była wąska, pozbawiona jakichkolwiek barierek ochronnych – jeden błąd mógł kosztować życie, ale w przeciwieństwie do Stelvio, czułem się tu niezwykle pewnie.
Rower składał się w zakręty bez zarzutu, hamulce działały precyzyjnie, a ja po prostu chłonąłem prędkość i wolność.
Na dole rzeczywistość znów przypomniała o sobie. Mieliśmy w planach dotarcie do Bergamo, ale szybko stało się jasne, że nie starczy nam dnia i musimy zweryfikować cele. Szosa prowadziła łagodnie w dół, lecz palące słońce i wiatr wiejący prosto w twarz zamieniły jazdę w torturę. Moja twarz była spalona na wiór, pokryta zaschniętą solą z potu, piekła nie do zniesienia.

Kręcąc korbą wzdłuż doliny, odpływałem myślami do tego, co wydarzy się jutro. To był nasz ostatni wspólny dzień. Wojtek jutro wraca samolotem z Bergamo do Warszawy, a ja zostaję sam na kolejny tydzień. Przez głowę przelatywały mi plany: powrót nad Jezioro Garda, odwiedzenie klimatycznych miejscówek znanych z filmu Call Me by Your Name, by raz jeszcze poczuć magię sprzed trzech lat, oraz nowe wyzwanie – opętana pętlą trasa wokół Jeziora Como.
Uzupełniliśmy płyny w napotkanym Lidlu i cisnęliśmy dalej w stronę Lago d’Iseo.
Nad brzeg Jeziora Iseo dotarliśmy między 17:00 a 18:00. W miejscowości Pilzone znaleźliśmy kemping. Moim pierwszym odruchem było zrobienie prania – wrzuciłem cały kolarski zestaw do pralki automatycznej, po czym bez zastanowienia pobiegliśmy z Wojtkiem prosto do orzeźwiającej wody jeziora. Trudno o lepszą regenerację po spieczonym słońcem dniu.
Gdy rzeczy wyschły na sznurze, po zmroku wyjechaliśmy na lekko do Iseo – około 4 kilometry dalej – poszukać kolacji. Wybór padł na lokal serwujący pizzę neapolitańską. Przy płatności moja karta Revolut złośliwie odmówiła posłuszeństwa, ale Wojtek uratował sytuację swoją kartą. Na dobitkę, około 22:30, znaleźliśmy otwartą jeszcze lodziarnię i zjedliśmy po 3 porcje prawdziwego włoskiego gelato. Na kemping wróciliśmy tuż przed 23:00.

Jutro wstajemy wcześnie. Wojtek rusza w stronę stacji, by złapać pociąg do Bergamo, a moje drogi odbijają w lewo. Przesiadam się w pociąg do Brescii, skąd na kołach ruszę w stronę Gardy, gdzie w Limone mam zarezerwowaną bazę na kolejne trzy dni. Zaczyna się zupełnie nowy rozdział tej wyprawy.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj