Poranek przywitał nas bezchmurnym niebem i brakującą warstwą tropiku nad głowami. Noc była wyjątkowo łaskawa – bez deszczu, z temperaturą oscylującą w granicach 18–20 stopni. Wiatr wprawdzie lekko podmuchiwał moją sypialnianą przestrzenią, ale ciepły śpiwór załatwił sprawę. Najważniejszy był jednak fakt, że wszystko wyciągnięte z namiotów było idealnie suche. Kto jeździ z sakwami czy torbami bikepackingowymi, ten wie, ile czasu i energii oszczędza się, gdy z samego rana nie trzeba suszyć materiału przed spakowaniem dobioru.

Zwinęliśmy obozowisko bez zbędnej zwłoki, podjechaliśmy do kempingowej restauracji na szybkie cappuccino, po czym skierowaliśmy się do Eurospara po prowiant. Śniadanie było proste, klasyczne i bezrefleksyjne: po trzy croissanty zjedzone na krzesełku pod dachem dyskontu.

Wybiła 10:00, kiedy oficjalnie przekręciliśmy korby w stronę dzisiejszego mitu.
Początkowe 25 kilometrów do dojazdu pod właściwy podjazd pod Passo dello Stelvio dało mi mocno w kość. Łudziłem się, że po wczorajszym skróceniu trasy pociągiem nogi będą świeże i gotowe na ogień. Prawda okazała się chłodniejsza niż alpejski wiatr: prawie dwa tygodnie w trasie zdążyły wyryć głębokie zmęczenie w mym ciele. Ścieżka prowadziła falująco – raz w górę, raz w dół, ale ze stałym, uciążliwą tendencją do wspinania się.

Na dodatek wiejący prosto w twarz wiatr podcinał skrzydła. Widząc, jak męczę się na każdym obrocie, Wojtek wyszedł na prowadzenie. Wejście na jego koło i schowanie się w tunelu aerodynamicznym uratowało mi pierwsze kilometry. Po chwili otoczyły nas urokliwe sady jabłkowe – jazda szosą wytyczoną pośród gałęzi uginających się od dojrzałych owoców miała w sobie coś kojącego, nim zaczęło się piekło.

Wreszcie dotarliśmy do punktu zero: 24 kilometry wspinaczki i ponad 1800 metrów pionu do pokonania w jednym ciągu.
Rzuciłem do Wojtka krótki komunikat: jedziemy każdy swoim tempem. Mimo braku objętości treningowej w tym sezonie, Wojtek ma po prostu mocniejszą nogę na góry. Odskakiwał przodem, zatrzymując się na mnie w kluczowych miejscach, podczas gdy ja wszedłem w swój własny, rytmiczny tryb przetrwania.

Dolna część podjazdu przebiegała całkiem znośnie – szosa chowała się w gęstym lesie, chroniąc przed palącym słońcem. Co ciekawe, na trasie mijały nas całe peletony kolarzy, ale ku naszemu sporym zdziwieniu… byliśmy jedynymi osobami wjeżdżającymi na ciężko, z torbami. Wszyscy inni cięli masę na kolarzówkach na lekko. I choć niektórzy z nich mijali nas jak stojących, to z czasem – gdy nachylenie zaczęło weryfikować przygotowanie – zacząłem nadrabiać i wyprzedzać dziesiątki tych „szosowców na lekko”. Moja kondycja okazała się wcale nie taka najgorsza.

Pierwszym etapem planu miało być Trafoi, położone jakieś 600–700 metrów przewyższenia wyżej. Liczyliśmy tam na małą kawę. Po półtorej godziny meldujemy się w miejscowości, ale wita nas zamknięta na cztery spusty infrastruktura. Szybki rzut oka na Mapy Google i Wojtek wyławia obiekt typu guest house jakieś 3–4 kilometry wyżej. Wojtek pojechał przodem, ja twardo utrzymywałem swoje tempo.

Ruch na Stelvio żyje własnym prawem. Poza sznurem motocyklistów, dla których ta przełęcz jest niemal mekką, mijały nas rzesze luksusowych aut. Kabriolety, super-samochody warte setki tysięcy euro, a nawet zabytkowe auta żywcem wyjęte z lat 20. czy 30. XX wieku.

W pewnym momencie Wojtek wskazał mi egzemplarz rzadkiego supersamochodu, wypuszczonego na cały świat w zaledwie 600 sztukach.
Upał robił swoje. Mieliśmy pełne bidony (po półtora litra na głowę), ale przy takim wysiłku woda znikała błyskawicznie. Górskie źródełka pojawiały się rzadko. Przy jednym z kraników zatrzymałem się na uzupełnienie zapasów – woda sączyła się tak wolno, że napotkane kropelkowanie kosztowało mnie dobre 10–15 minut stania.

Gdy w końcu zameldowałem się pod wspomnianym guest housem, okazało się, że Wojtek włączył stoper: zameldowałem się dokładnie 15 minut po nim (z czego większość skonsumowała ta nieszczęsna woda z kranu).

W obiekcie zastała nas przemiła pani mówiąca wyłącznie po niemiecku. Zamówiliśmy po pucharku lodów, do tego strzał kofeiny i cukru w postaci coli i kawy. Po 30 minutach regeneracji, z bidonami napędzonymi kranówką zrobioną przez gospodynię, ruszyliśmy w górę.

Powyżej guesthouse’u las się skończył. Wjechaliśmy w przestrzeń, gdzie rządziły już tylko skały, wiatr, palące słońce i legendarne serpentyny.

Każda z nich nosi swój numer – malejąca numeracja zakrętów od liczby 28 w dół działała jak psychologiczny drogowskaz. Wojtek odjechał przodem z zamiarem czekania na samej górze. Poprosiłem go jedynie o zrobienie mi pamiątkowej fotki z góry, gdy będę pokonywał zakręty, ale jechałem na tyle wolno, że przegapiliśmy ten moment.
Trasa stała się mordercza. Brak cienia, pełna wystawa na słońce i ciało oblepione grubą warstwą soli z potu wymusiły na mnie żelazną taktykę. Zegarek ustawiłem na podgląd wysokości i powziąłem mocne postanowienie: odpoczynek co 100 metrów w pionie. Gdy szosa zagęściła się w zakręty, przełożyłem to na meldunek co 4–5 serpentyn.

Krótkie, dwu-, trzyminutowe stójki pozwalały wyciszyć tętno i uspokoić oddech.
Co ciekawe, na samych serpentynach nogi złapały lżejszy obrót. Wrócił power, a ja konsekwentnie wyprzedzałem kolejnych rowerzystów.

Żeby oszczędzić achillesy – z którymi od zawsze mam problem na długich podjazdach – wdrożyłem swoją sprawdzoną technikę mentalną: zapomnieć o stopach i łydkach, podciągać kolana wysoko, niemal pod samą brodę, i wciskać pedały siłą ud. Zadziałało bezbłędnie, ścięgna nie dały o sobie znać ani razu.
Wyższe partie serpentyn serwowały widoki, od których zapierało dech w piersiach. W dole majaczyły nitki przejechanych zakrętów, a w górze na siodle przełęczy widać już było zarysy hoteli.
Ostatnie trzy zakręty przyniosły jednak potężne odcięcie prądu. Zjechałem na pobocze, wciągnąłem mocny żel z kofeiną i na absolutnych rezerwach wjechałem na przełęcz.
Czekający tam Wojtek przywitał mnie na szczycie. Zdjęcie pod kultową tablicą Passo di Stelvio (2758 m n.p.m.) było obowiązkowe.

Dokręciliśmy jeszcze kawałek wyżej pod taras wyższej restauracji, by sfotografować z góry cały zygzak serpentyn, po czym zjechaliśmy na samą przełęcz na małe ładowanie węglowodanów.

Zjedliśmy po lokalnym hot dogu w białym pieczywie z kiełbasą z jelenia, kiszoną kapustą, keczupem i majonezem.

Mimo że przez cały podjazd żywiłem się wyłącznie jednym żelem, Twixem i colą, wysokie tętno i spadek ciśnienia zrobiły swoje – apetyt był znikomy, a oddech stał się wyraźnie płytszy i szybszy.

Na przełęczy stanęliśmy tuż przed 16:00. Zrobiło się nieprzyjemnie chłodno, więc błyskawicznie wjechały na nas kurtki przeciwdeszczowe. Nałożyłem szelki z kamerką, odpaliłem nagrywanie i po 40 minutach na szczycie rozpoczęliśmy długi zjazd.

Zjazd był błyskawiczny, choć wymagał absolutnego skupienia. Obciążony bagażem rower – i być może nierówno ułożona opona – wpadał w nieprzyjemne wibracje przy większych prędkościach.
Na jednym z zakrętów delikatnie uciekł mi tył, co skutecznie ostudziło moją ułańską fantazję. Jechałem ostrożnie, dozując hamulce z obawy przed ich przegrzaniem. Wojtek leciał pełnym piecem, zatrzymując się co jakiś czas na zdjęcia, dzięki czemu mijaliśmy się rotacyjnie. Trasa przelotu prowadziła przez serię tuneli z zakrętami w środku, gdzie trzeba było mocno uważać na auta jadące z przeciwka.
Do Bormio wjechaliśmy około 17:40. Byliśmy głodni, ale pierwsza restauracja, w której usiedliśmy, po 15 minutach ignorowania nas przez kelnera została przez nas porzucona. Wojtek wyczaił mały punkt garmażeryjny z domowym jedzeniem odgrzewanym na miejscu. Wybór padł na lasagnę dla niego i spaghetti bolognese dla mnie.

Szybka konsumpcja i w drogę – mieliśmy jeszcze do zrobienia 500 metrów pionu do miejscowości Santa Caterina Valfurva, by skrócić sobie jutrzejszą wspinaczkę. Ten podjazd był dla mnie drogą przez mękę.

Mimo że nachylenie było łagodniejsze niż na Stelvio, nogi odmówiły posłuszeństwa. Po 5 kilometrach zrobiliśmy jeszcze stop na zakupy w sklepie (słodkości na wieczór), po czym wdrożyłem znany schemat: pauza co 100 metrów przewyższenia.

Na kemping wjechaliśmy między 19:30 a 20:00. Na miejscu okazało się, że jest to kemping typowo dla kamperów – zero infrastruktury, braki w postaci pryszniców czy toalet. Jedynym udogodnieniem była drewniana budka z czterema kranami, z których płynęła lodowata, górska woda.

Mycie po tak morderczym dniu w strumieniowej zmrożonej wodzie było przeżyciem ekstremalnym.
Widząc naszą niedolę, społeczność kamperowa okazała niezwykłe serce. Przemiła pani ze Szwajcarii przyszła do nas z gorącą herbatą doprawioną syropem klonowym, a inny sąsiad poczęstował nas czekoladą. W takich gestach tkwi cała magia podróżowania.

Mieszkamy obecnie na wysokości 1710 m n.p.m. Zmrok przyniósł gwałtowny spadek temperatury – w dolinie wysokich gór termometr wskazuje około 12 stopni i tak samo ma być w nocy. Ubraliśmy na siebie absolutnie wszystko, co mieliśmy ciepłego w torbach.

Jutro czeka nas Passo di Gavia (2621 m n.p.m.), a potem zjazd w stronę Bergamo. Tam droga Wojtka się kończy – dla niego to finisz wyprawy, dla mnie początek kolejnego tygodnia samotnych wojaży po Lombardii. Dzisiaj czas po prostu przetrwać tę zimną noc.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj