dzień 12: Vahrn – Schlanders

4–6 minut

I miłość do roweru, i poranne przekleństwa. Tak zaczął się dzień, który miał być spokojnym przelotem, a zmienił się w logistyczny rollercoaster, podyktowany lękiem przed jutrem. Bo jutro wjeżdżamy na Stelvio.


Poranek zaczął się neutralnie, choć nocka do łatwych nie należała. Pół wieczoru, chyba do dwudziestej trzeciej, jakiś chłopak czytał w sąsiednim namiocie swojej dziewczynie coś po niemiecku. Rano śmialiśmy się z Wojtkiem – ja twierdziłem, że to musiał być Goethe, Wojtek stawiał na Pamiętniki wampirów. Tak czy owak, wstaliśmy bez większego żalu, ale czar prysł dokładnie w momencie, gdy wystawiłem nos z namiotu.


Wszystko było mokre. I nie mam na myśli tylko tropiku, ale ubrania, które wczoraj ręcznie wyprałem i wyżąłem z całej siły. Górska rosa zrobiła swoje – rzeczy były jeszcze bardziej wilgotne niż wieczorem. Byłem wściekły. Jeszcze bardziej niż zakładania mokrych bipsów nie znoszę chyba tylko zakładania bipsów brudnych, przesiąkniętych całym dniem intensywnej jazdy. A to dokładnie mnie czekało.
Rozłożyłem rower w słońcu i położyłem go na boku, robiąc z niego improwizowaną suszarkę. Pakowaliśmy się niespiesznie. Namiot na szczęście wysechł w mgnieniu oka – tropik tak szybko, że część ubrań przerzuciłem bezpośrednio na niego, licząc na to, że pionowa pozycja i poranne słońce zrobią swoje. O dziesiątej trzydzieści zapadła decyzja: nakładam brudne spodenki z sakwy, a te świeżo uprane wędrują na pakę, żeby schły w trakcie jazdy. Muszą być gotowe na jutrzejszy podjazd.


Zjechaliśmy z kempingu w dół te 130 metrów w pionie, które wczoraj mozolnie zdobywaliśmy. Kilka minut i byliśmy pod Lidlem na śniadaniowych zakupach. Wilczy apetyt dał o sobie znać: do koszyka wpadły dwie bułki proteinowe, paczka salami, jogurt truskawkowy, czekoladowy croissant, ciastko z nadzieniem morelowym i cytrynowa San Pellegrino. Z tym dobytkiem przenieśliśmy się na pobliską stację benzynową, zamówiliśmy kawę i rozłożyliśmy się przy stolikach.


Kiedy mieliśmy już zbierać się do drogi, Wojtek chciał być uprzejmy i postanowił odnieść nasze dwie puste, ceramiczne filiżanki. Nie utrzymał ich. Z głośnym hukiem roztrzaskały się na betonie, a wzrok wszystkich gości stacyjnej kawiarni błyskawicznie skierował się na nas. To był ewidentnie jeden z tych gorszych poranków.

Humor uratował mi jedynie chłopak z kempingu – ten od nocnego czytania Goethego. Mijając nas, rzucił na odchodne: „I love the color of your bike!”. Mała rzecz, a ucieszyła. Uwielbiam, kiedy mój Grizl zwraca uwagę, bo sam jestem w nim bezpamiętnie zakochany.


Ruszyliśmy wreszcie w stronę Bolzano. Pierwsze 40 kilometrów prowadziło nieprzerwanie w dół. Mimo ogólnego zmęczenia i zastanych mięśni złapałem niesamowity flow.

Cisnąłem na czele 35–40 km/h, czując czystą radość z jazdy. Trasa prowadziła wzdłuż rzeki, która po wczorajszym deszczu zamieniła się w rwącą, wzburzoną masę brunatnego błota. Raz po raz przeskakiwaliśmy z jednego jej brzegu na drugi po wąskich mostkach.

Na kilkanaście kilometrów przed Bolzano dolina zacisnęła się w głęboki wąwóz, a ścieżka wbiła się w stare, chłodne tunele kolejowe.


Do Bolzano dotarliśmy przed czternastą. Zjechaliśmy na starówkę z prostym planem: lody, szybka kawa i lecimy dalej. Po trzech gałkach świetnych, rzemieślniczych lodów usiedliśmy jednak na ziemi. Dopadło nas nagłe, obezwładniające zmęczenie. Byliśmy wyczerpani, a świadomość tego, co czeka nas jutro, działała trzeźwiąco. Zapadła męska decyzja – tniemy trasę i podjeżdżamy pociągiem.


Wskoczyliśmy na dworzec i złapaliśmy pociąg o 15:01 do Merano. Rowery weszły bez problemu. W Merano czekała nas przesiadka na pociąg regionalny do stacji Laas (Las) – ostatniej przed ostatecznym atakiem na Stelvio. Pociąg już stał na peronie. Podbiegłem do konduktora z pytaniem o bilety, ale poinformował mnie, że zakup u niego wiąże się z opłatą manipulacyjną 5 euro od osoby. Odpuściliśmy i odczekaliśmy godzinę na kolejny kurs. Kupiliśmy bilety w automacie za 14 euro (bilety na rowery mieliśmy jeszcze ważne z poprzedniego odcinka, bo obowiązują cały dzień), a wolny czas wykorzystaliśmy na idealną mrożoną kawę w mieście – prosto, na kościach lodu, z zimnym mlekiem i podwójnym espresso.
Drugi pociąg wjechał na peron, a my byliśmy pierwsi w kolejce do wagonu rowerowego – w tutejszych pociągach regionalnych obowiązuje zasada kto pierwszy, ten lepszy, i przy braku miejsc konduktor po prostu odprawia rowerzystów z kwitkiem.

Gdy pociąg pnął się w górę, pokonując kolejne przewyższenia i serpentyny w tunelach, patrzyłem przez okno z rosnącym przerażeniem. Gdybyśmy mieli pokonać ten odcinek na kołach, wykończylibyśmy się fizycznie.
W trakcie jazdy zweryfikowaliśmy plany. Mieliśmy jechać do Laas i stamtąd podjeżdżać na kemping w Trafoi, u stóp Stelvio. Zrobić 700 metrów pionu po 18:00 oznaczało jednak dotarcie na miejsce grubo po zmroku, koło 21:00. Zapadła więc decyzja: wysiadamy wcześniej, na stacji Schlanders. Półtora kilometra od dworca znaleźliśmy uroczy kemping.

Minus? Jutro te odpuszczone dzisiaj 700 metrów dopisujemy do rachunku. To oznacza, że czeka nas ponad 2700 metrów podjazdu jednego dnia. Nigdy w życiu nie pokonałem takiego przewyższenia.
Kemping okazał się strzałem w dziesiątkę (mimo ceny 55 euro za dwóch). Znalazła się działająca pralka (4 euro), więc zrzuciliśmy z siebie brudne ciuchy, rozbiliśmy namioty, wzięliśmy prysznic i poszliśmy na kolację do kempingowej restauracji.

Pizza była wprawdzie z mrożonki, ale w samym Schlanders trudno o cokolwiek innego. Co ciekawe, mimo że jesteśmy we Włoszech, od dwóch dni wszyscy dookoła mówią wyłącznie po niemiecku.


Dociekałem z czego to wynika i historia tego regionu jest fascynująca. Do 1918 roku tereny te należały do Austro-Węgier. W trakcie I wojny światowej Włochy – tajnie układając się z aliantami – wynegocjowały, że w zamian za bycie neutralnym w trakcie wojny otrzymają po jej zakończeniu alpejskie przełęcze, kluczowe ze względów militarnych, by chronić się przed ewentualną inwazją z północy.

Na mocy traktatu z 1918 roku cały Południowy Tyrol wcielono do Włoch, a 200 tysięcy niemieckojęzycznych Tyrolczyków z dnia na dzień stało się obywatelami włoskimi. Późniejsza, brutalna italianizacja za czasów Mussoliniego przyniosła odwrotny skutek – mieszkańcy jeszcze mocniej okopali się w swojej tożsamości. Dziś językami urzędowymi są tu zarówno włoski, jak i niemiecki, a ponad 60% ludności używa na co dzień języka niemieckiego.


Pranie dosycha, bipsy na jutro będą czyste i suche. Jutro opuszczamy bezpieczną dolinę. Przed nami legenda: przełęcz Stelvio, potem spektakularny zjazd do Bormio i początek wspinaczki pod Gavię. To będzie najcięższy dzień tej wyprawy. Trzymajcie kciuki.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej