Poranek przywitał nas jeszcze w głębokim półmroku. Budzik zadzwonił nieubłaganie o 5:10 – dla mnie to powrót do brutalnej rzeczywistości wyprawowej logistyki. Zwijanie obozowiska z rana trochę mi zajmuje. Żeby dostać się do maty i śpiwora, muszę ściągnąć z roweru dosłownie wszystkie torby, a z kolei upchnięcie namiotu z powrotem do tych rowerowych „szaf” graniczy z cudem.
Kiedy świt dopiero nieśmiało majaczył na horyzoncie, ja byłem już spakowany. Wojtek mocno jeszcze spał, więc obudziłem go o zaplanowanej 5:40.
Szybka zbiórka, rzut oka na sprzęt i tuż przed szóstą zjechaliśmy w dół do portu w Vela Luce. Prom Jadroliniji do Splitu mieliśmy zaplanowany na 6:15. Bilety kupiliśmy dzień wcześniej, więc odwrotu nie było.

Punktualnie o 6:15 potężny prom odbił od brzegu. Przed nami czekało ponad 3,5 godziny rejsu. Wojtek poszedł po linii najmniejszego oporu – na dolnym pokładzie rozciągnął się wygodnie na fotelach przy stoliku i dociął komara. Ja z kolei ruszyłem na penetrację statku. Chodziłem górnymi i dolnymi pokładami, szukając kadrów, robiąc zdjęcia i chłonąc morską bryzę.

W końcu jednak i mnie dogonił brak snu, więc wykroiłem sobie pół godziny solidnej drzemki na fotelu.

Po 9:30 prom z hałasem dobił do portu w Splicie. Wyjechaliśmy na ląd i od razu skierowaliśmy się niezwykle urokliwą, zabytkową promenadą w stronę upatrzonej wcześniej kawiarni. Usiedliśmy przy stoliku, rozkoszując się faktem, że to nasza pierwsza oficjalna kawa podczas tego wyjazdu. Klasycznie zamówiłem tonic espresso – a właściwie złożyłem je własnoręcznie, bo chorwackie karty zazwyczaj nie znają tego połączenia.

Gdy kofeina zaczęła działać, Wojtek skoczył na starówkę i wypatrzył kapitalną, klimatyczną piekarnię. Zrobiliśmy zakupy na śniadanie, po czym usiedliśmy na zimnych, kamiennych schodach w cieniu. Wąski zaułek i tekstura starych murów nieodparcie kojarzyły mi się z kamienicami w starej Lizbonie.

Wypakowaliśmy lokalne smakołyki i w tym historycznym otoczeniu zjedliśmy pierwsze konkretne posiłki.

Około 10:30–11:00 ruszyliśmy w dalszą drogę, wydostając się ze Splitu po szlaku EuroVelo 8. Niestety, z każdym kilometrem coraz bardziej przekonuję się do zdania Wojtka – EuroVelo bywa po prostu do dupy. Tykająca nawigacja prowadzi te szlaki tak, jakby projektował je ktoś, kto w życiu nie siedział na rowerze. Zamiast płynnego przejazdu dostaliśmy nawierzchnię ze starożytnych wertepów i ostrych kamieni. Co z tego, że szlak specjalnie zahaczał o antyczne ruiny, skoro rowerem nie dało się tam w ogóle jechać? Momentami po prostu musieliśmy pchać ciężko załadowane maszyny pod górę. Po raptem trzech kilometrach takiego „projekciku” byliśmy totalnie wypruci, zmęczeni i przepaleni słońcem.

Po dwóch dniach niewyspania i walce z terenem podjęliśmy szybką decyzję: dzisiaj musimy mieć normalny nocleg pod dachem. Na Bookingu znalazłem najtańsze dostępne mieszkanko w naszej docelowej miejscowości – Vodice. „Najtańsze” nie znaczyło tanie (poszło 310 zł), ale priorytetem była regeneracja. Ruszyliśmy dalej, ciągnąc się mocno ruchliwą, nadmorską szosą. Mijaliśmy kolejne miejscowości, w których nazwie z automatu pojawiało się „Kaštel” – Kaštel to, Kaštel tamto…

Gdy wybił 20 kilometr, słońce smażyło już bez litości. Było nam tak gorąco, że użyliśmy naszego sprawnego, awaryjnego sposobu: znaleźliśmy plażę i w pełnym rowerowym rynsztunku, tak jak staliśmy, wskoczyliśmy do morza! Po szybkim schłodzeniu opłukaliśmy się ze słonej wody pod plażowym prysznicem, zmoczyliśmy koszulki i z zupełnie nową energią ruszyliśmy dalej.

Po drodze robiliśmy tylko krótkie przystanki pod sklepami na uzupełnianie płynów, bo organizm chłonął każdą ilość wody.
Na skraju wyczerpania wtoczyliśmy się do Trogiru. Wojtek znał te rejony z poprzednich wyjazdów, więc sprawnie poprowadził mnie na starówkę. Znowu trafiłem w labirynt wąskich uliczek, które klimatem uderzająco przypominały mi portugalską stolicę. Na nadbrzeżu portowym usiedliśmy w restauracji, żeby na chwilę odetchnąć.

Z karty zamówiliśmy po porcji spaghetti carbonara. Porcje okazały się stanowczo za małe na apetyt wyprawowicza – spokojnie wciągnęlibyśmy po trzy takie talerze – ale smakowało genialnie. Do tego wjechały po dwa półlitrowe piwa zero (najtańszy objętościowo napój w karcie) i byliśmy gotowi na ostatni etap.

Zazwyczaj to Wojtek ciągnie nasz peleton i robi za lokomotywę. Tym razem to ja dałem mu zmianę i wyszedłem na prowadzenie. I to był błąd. Wiatr, który wiał nam prosto w twarz nieprzerwanie od samego Splitu, po prostu zdemolował moją głowę. Mimo że w tym roku mam przejechanych więcej kilometrów niż Wojtek, nagle zupełnie opadłem z sił. To nie była kwestia nóg – to ten cholerny, ciągły wiatr tak siadł mi na psychikę, że po prostu miękłem z każdym podmuchem. Zmieniając się na prowadzeniu i walcząc o każdy metr, na ostatnich siłach dojechaliśmy do Šibenika.

W Šibeniku odbiliśmy na chwilę na stare miasto, ale braki w energiach nie pozwoliły nam na zwiedzanie. Zjechaliśmy na promenadę wyłącznie po to, by znaleźć sklep i kupić coś zimnego. Wybór padł na Narancię – napój, który od trzech dni stał się naszym oficjalnym wyprawowym przysmakiem. Siedząc na nadbrzeżu, tuż przy luksusowych jachtach, wypiliśmy chłodne puszki, łapiąc oddech przed finiszem. Do celu zostało 12 kilometrów.

Wraz z zachodzącym słońcem wjechaliśmy wreszcie do Vodice. O 20:00 byliśmy umówieni z gospodynią, która wprowadziła nas do kwatery w starej, klimatycznej kamienicy – wybudowanej z surowego, grubego kamienia. Gdy tylko przekroczyliśmy próg, poczuliśmy przyjemny chłód działającej klimatyzacji. To był dla nas potężny, pozytywny szok.

Zrzuciliśmy z siebie przepocone łachy, zebraliśmy resztę ubrań z sakw i od razu odpaliliśmy pralkę. Wojtek poszedł pod prysznic, a ja skoczyłem jeszcze do osiedlowego sklepu po dodatkowe płyny, bo czułem wyraźne objawy odwodnienia. Gdy wróciłem, zamieniliśmy się w łazience – zrzuciłem z siebie kurz całego dnia, ogoliłem głowę na gładko i od razu wrócił mi pełen humor.

Dzień kończymy na dole, w lokalnej pizzerii. Czekamy na upragnioną pizzę neapolitańską i analizujemy, co dalej. Jutro i pojutrze mamy w planach dwa dni z odcinkami po ponad 130 km. Co prawda bez drastycznych podjazdów (maksymalnie 1000–1500 metrów w pionie), ale po dzisiejszej walce z wiatrem zastanawiamy się nad zmianą trasy albo skróceniem jej i przepłynięciem jakiegoś fragmentu promem.
Decyzji jeszcze nie podjęliśmy. Zobaczymy, co przyniesie noc i z czym obudzimy się o poranku.

postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj