O 8:30 obudziło mnie słońce, które wyszło zza budynku marketu i zaczęło bezlitośnie palić prosto w ściany namiotu. Nie było na co czekać — wstałem, spakowałem rzeczy na dzisiejszą trasę i ruszyłem pod prysznic, żeby zrzucić z siebie trud gorącej nocy. Po drodze uciąłem sobie dłuższą pogawędkę z parą Polaków, którzy rozbili się tuż obok mnie. Sara i Olek robią samochodową objazdówkę po okolicy i akurat dzisiaj mieli w planach przeskakiwanie promem z miasteczka do miasteczka po całym jeziorze Garda.

Zaproponowali mi przelewową kawę ze swojej kuchenki turystycznej, więc posiedziałem z nimi pół godziny na miłej rozmowie, po czym wskoczyłem na lekko na rower i ruszyłem w stronę Limone na konkretne śniadanie.
W miejscowości znalazłem małą, bardzo sympatyczną pasticcerię.

Zamówiłem dwa rogaliki — jeden z marmoladą, drugi z czekoladą — i obowiązkowe cappuccino. Rower oparłem o mur pobliskiego kościoła, gdzie od razu zaczął wzbudzać niemałe zainteresowanie. Przechodnie zatrzymywali się, podziwiali jego charakterystyczny kolor i przyglądali się skórzanemu siodełku marki Brooks. Ja w tym czasie spokojnie dokończyłem śniadanie, chłonąc poranną atmosferę, po czym ruszyłem na trasę w stronę dzisiejszego celu.

Przede mną rozpościerał się podjazd zakosami w kierunku regionu Tremosine sul Garda. Dystans na dziś był krótki — zaledwie 29 kilometrów na cały dzień i niecałe 800 metrów przewyższenia— więc nie miałem najmniejszego ciśnienia na tempo. Zatrzymywałem się co kilkaset metrów, by uspokoić oddech i po prostu cieszyć się widokami na błyszczącą w dole Gardę, która towarzyszyła mi po lewej stronie.
Żar z nieba znów dawał się we znaki, więc chwytałem każdą okazję do ochłody: to przy mijanych fontannach przemywałem twarz i głowę zimną wodą, to znów łapałem oddech w cieniu na zakrętach.
Już pod sam koniec wspinaczki, w miejscowości Voltino, zrobiłem sobie dłuższą przerwę. Podszedłem do sklepu po coś chłodnego do picia i przysiadłem przy malowniczym kościółku. Panorama na wschodnią stronę jeziora Garda oraz leżące poniżej Tremosine sul Garda zwalała z nóg.
Usiadłem w chłodnym cieniu cyprysów, wypiłem chłodny napój, zrobiłem serię zdjęć i porządnie odpocząłem przed ostatnim odcinkiem.

Do pokonania zostało mi jeszcze jakieś 150–200 metrów w górę. Szosa prowadziła zakolem wokół doliny, cały czas zboczem gór, oferując niesamowitą perspektywę na Tremosine po lewej stronie.
Po około 15 kilometrach od startu, gdy okrążyłem wzgórze, podjazd w końcu przeszedł w zjazd i wjechałem do miejscowości od zaplecza. Zatrzymałem się w urokliwym centrum, w małej kawiarni hotelowej, by zamówić mrożoną kawę (tradycyjnie instrukcję jej przygotowania musiałem przekazać sam).
Co ciekawe, za pyszne mrożone espresso z mlekiem i lodem zapłaciłem zaledwie 2 euro — podczas gdy na moim kempingu liczą sobie za to samo aż 5 euro! Wiele zależy od wyceny składników przez baristę, ale tutaj trafiłem na wyjątkowo miłego właściciela i świetną obsługę.
Zaraz za miasteczkiem czekała na mnie wisienka na torcie tego dnia — kultowa Strada della Forra. Najpierw zjazd obfitował w ciasne serpentyny. Zaskoczyło mnie jednak to, że absolutnie wszystkie samochody i motocykle jechały z naprzeciwka.

Kiedy dotarłem do wlotu do wąwozu, zagadka się wyjaśniła: szosa została przekształcona w trasę jednokierunkową, przejezdną wyłącznie z dołu do góry. Chwila wahania… ale zignorowałem czerwone światło oraz zakaz wjazdu i ruszyłem w dół.
Trasa jest po prostu spektakularna. Niezwykle wąska — miejscami mieści dokładnie jeden samochód — została wykuta w skałach wewnątrz głębokiego wąwozu, który przez tysiąclecia wyżłobił strumyk Brasa. Jadąc, mijamy ciemne tunele, a z dołu cały czas dobiega kojący szum wody. Wcale się nie dziwię, że Winston Churchill podczas jej uroczystego otwarcia w 1913 roku nazwał tę drogę „ósmym cudem świata”. Miejsce to ma też swój słynny ślad w popkulturze — to właśnie tutaj nakręcono otwierającą, dynamiczną scenę pościgu do filmu o Jamesie Bondzie Quantum of Solace z 2008 roku, w której Agent 007 ucieka swoim czarnym Astonem Martinem DBS przed ścigającymi go Alfa Romeo.
Po wyjeździe z samego wąwozu droga przechodzi w niezwykle malownicze „balkony” zawieszone na skałach, prowadzące serpentynami w stronę głównej trasy nadbrzeżnej między Riva del Garda a Salò. W pewnym momencie minąłem dwójkę turystów z Niemiec idących pod górę. Zatrzymali mnie i dosadnie zwrócili uwagę, że wjazd rowerem w tym kierunku jest zabroniony. Z uśmiechem odparłem, że spróbuję ostrożnie przejechać, po czym bardzo wolnym tempem, na ciągłym hamulcu, kontynuowałem zjazd ku wybrzeżu.

Zjechanie blisko 500 metrów w pionie na dystansie zaledwie kilku kilometrów poszło sprawnie i bez przeszkód, a za ostatnim, ponad kilometrowym tunelem wyjechałem prosto na trasę, którą jutro będę podążał na południe.
Około godziny 14:00 zameldowałem się z powrotem na kempingu. Z miejsca przebrałem się w kąpielówki i wskoczyłem do orzeźwiającej wody jeziora Garda, by zrzucić z siebie cały upał tego dnia. Potem wstawiłem szybkie pranie, by mieć czysty komplet ciuchów na kolejne trzy dni rowerowej przygody.

Jutro sytuacja stoi jednak pod dużym znakiem zapytania. Nad północne Włochy znad Hiszpanii nadciąga front burzowy. Noc ma być jeszcze spokojna, więc zaryzykuję nocleg bez tropiku, ale co przyniesie dzień — zobaczymy. Plan jest ambitny: do przejechania mam ponad 160 kilometrów aż do miejscowości Lecco, gdzie mam już nagrany nocleg z platformy Warmshowers u Alexa i jego partnera. Jeśli jednak po drodze dopadnie mnie potężna ulewa, awaryjnie wsiądę w pociąg w Brescii lub Bergamo. Rozstrzygnięcie zapadnie jutro w trasie!
Na koniec kilka zdjęć z Limone z wieczornego spaceru.




























postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj