dzień 2: Quartaia – Ville di Corsano

5–7 minut

Nie wiem, co budziło mnie bardziej: nagłe, lodowate powiewy chłodu czy pełnia księżyca. Zrezygnowałem z zakładania tropiku, bo prognozy nie zapowiadały deszczu. Efekt? Gdy tylko się położyłem, tarcza księżyca wyłoniła się zza drzew i oświetlała wnętrze mojego namiotu przez całą noc. Solarne lampki na kempingu były przy tym niczym. Do tego doszły wyobrażenia — patrzyłem na stojące wokół, puste namioty i zastanawiałem się, czy to po prostu infrastruktura kempingu, czy może leżą w nich jakieś… trupy. Nocne szmery i ciche kroki wokół nie pomagały. Dopiero rano zauważyłem, że tuż obok, jakieś 30 metrów dalej za ogrodzeniem, znajduje się wybieg dla kur, a po trawie pomykają małe toskańskie jaszczurki. Mystery solved.


Mimo tych atrakcji wstałem całkiem wypoczęty z budzikiem o 7:30. Z namiotu dostrzegłem samochód stojący przy polowej kuchni — ktoś z obsługi przywiózł świeżą wodę i uzupełnił zapasy słodkości. Kiedy poszedłem zaparzyć kawę, auto już odjechało. Zjadłem skromne śniadanie, pamiętając, by wrzucić parę euro do puszki na zrzutkę. Bardzo doceniam takie samoobsługowe projekty dla podróżników i trzeba je wspierać.
Zanim jednak wyruszyłem, czekała mnie niespodzianka. Przednie koło powitało mnie miękkim kapciem. Wskazówka zegara uciekała, a ja musiałem ściągać wszystkie torby, odwracać rower do góry nogami i pompować. Na szczęście elektryczna pompka dała radę. Skoro powietrze uchodziło powoli, łudziłem się, że to może tylko chwilowy feler. Spakowany i gotowy do drogi wyjechałem z kempingu o 9:30.


Z miejscowości Quartaia wjechałem prosto na słynny szlak Via Francigena. Widok drogowskazów, z których jeden wskazywał drogę do Rzymu, a drugi do Canterbury, natychmiast wbudził niezwykłe poczucie uczestniczenia w czymś wielkim. To historyczny trakt pielgrzymkowy, którym od średniowiecza wędrowali wierni z całej Europy.


Początkowo łagodne szutry szybko ustąpiły miejsca wyboistej, technicznej ścieżce usianej skałami i kamieniami. W wąwozach nie było wyjścia — trzeba było prowadzić napakowany rower. Co gorsza, po dojechaniu w okolice Colle di Val d’Elsa zauważyłem, że z przedniego koła znów ucieka powietrze.

Na obrzeżach wypatrzyłem Decathlon. Była 10:30, a serwisant miał być dopiero o 11:00, ale pomocny pracownik z obsługi zlitował się nad moim losem i sprawnie wymienił dętkę. Co ciekawe, mimo pompowania i długich prób szukania dziury, stara dętka nie zdradziła miejsca wycieku. Spakowałem ją do torby z myślą o teście w wodzie i o 11:00 wróciłem na trasę.


Oto i ona — Strade Bianche w całej okazałości. Droga szutrowa, biała, pędząca gładko wśród wzgórz. Może nie tak gładka jak szutry w naszej Puszczy Białowieskiej, ale jechało się wyśmienicie. Na szlaku co chwilę mijałem pieszego trekera lub pielgrzyma z kijami zmierzającego w stronę Wiecznego Miasta.


Stromy podjazd wyprowadził mnie do urokliwej miejscowości Strove. Kamienne, stare domki na wzgórzu, pustka na urokliwym ryneczku i tylko jeden człowiek podlewający kwiaty — magia.

Kawałek za miasteczkiem zatrzymałem się w lokalnym barze na porządne śniadanie: chrupiącą kanapkę z salami i serem oraz mrożoną kawę. Zamieniłem też parę słów z pielgrzymami z Ameryki i Australii, po czym ruszyłem na asfaltowy odcinek drogi.


Na horyzoncie majaczyły już potężne mury zamku w Monteriggioni. Podjazd pod górę wycisnął ze mnie trochę potu, ale to, co zastałem na górze, przerosło moje oczekiwania.

Za murami kryje się całe, wspaniale zachowane średniowieczne miasteczko. Chociaż było mocno oblegane przez turystów, panował tam niepowtarzalny klimat. Monteriggioni to mur obronny o długości pięciuset siedemdziesięciu metrów z czternastoma wieżami, wzniesiony w XIII wieku przez Republikę Sieneńską jako fortyfikacja przeciwko Florencji. Pozostał nienaruszony. Dante wspomina o nim w „Piekle”, porównując jego wieże do olbrzymów.

Brak ruchu samochodowego pozwalał na niespieszne spacerowanie z rowerem u boku. Przy 28°C nie mogłem odmówić sobie przyjemności i wpadłem do lokalnej lodziarni na pyszne lody.



Po półgodzinnym odpoczynku wróciłem na szlak. Droga wiła się szutrem pośród malowniczych winnic — wjechałem właśnie na skraj słynnego regionu Chianti, gdzie powstają najwybitniejsze czerwone wina.


Kawałek przed Sieną znów pojawił się asfalt. Ruch był znikomy, bo główny potok aut płynie pobliską ekspresówką do Florencji. Wyprzedziłem po drodze parę graveliwców jadących dość wolnym tempem i zameldowałem się pod bramą Porta Camollia w Sienie.

Początkowo planowałem ominąć centrum i zwiedzać miasto dopiero kolejnego dnia, ale widok bramy wygrał. Wjechałem do środka, a raczej wszedłem, bo w centrum obowiązuje zakaz jazdy rowerem.

Prowadziłem obładowaną maszynę wśród zaciekawionych spojrzeń turystów, minąłem imponującą katedrę i stromymi uliczkami opuściłem ścisłe centrum, zostawiając Piazza del Campo na jutro.


Głód dał o sobie znać na przedmieściach. W przydrożnej pizzerii zgarnąłem świetną pizzę za jedyne 10 euro i usiadłem w pustym lokalu, by nabrać sił przed drugą połową dnia.


Słońce paliło niemiłosiernie, gdy o 14:00 ruszyłem w stronę Costalpino. Uzupełniłem bidony, przejechałem przez Volte Basse i dotarłem do miejscowości Rosia.

W otwartym markecie COOP przeżyłem miłe zaskoczenie — w lodówkach wypatrzyłem znane z naszych Żabek kubki z lodem! Kupiłem dwie butelki brzoskwiniowej i cytrynowej Ice Tea, zalałem lód i w ten sposób zafundowałem sobie idealne ochłodzenie w toskańskim upale.


Zaraz za Rosią skończył się asfalt i zaczął klasyczny, gruby szuter Strade Bianche. Początkowo kręciłem głową z niedowierzaniem — trasa była na tyle kamienista, że zastanawiałem się, jak kolarze szosowi podczas słynnego wyścigu nie przebijają tu opon na potęgę.

Z czasem kamienie ustąpiły miejsca pięknemu, ubitemu białemu pyłowi. Droga, okalana sznurami cyprysów, prowadziła pustkowiami w stronę San Rocco a Pilli.

Za San Rocco a Pilli zaczął się główny podjazd dnia: 300 metrów w górę po szutrowej nawierzchni. Biały pył osiadał na wszystkim.

Mój łańcuch, mimo smarowania jeszcze w Warszawie, zaczął przeraźliwie skrzypieć. Wiedząc jednak, że jutro czeka mnie kolejny dzień w tym pyłowym raju, postanowiłem przemęczyć się do końca bez oliwienia.

Podjazd wszedł gładko, a ze szczytu Poggio ale Lupo czekał mnie już tylko szybki, asfaltowy zjazd do Ville di Corsano.
Byłem zaledwie 4 km od celu w Radi, ale zbliżała się kwestia noclegu. W okolicy brakowało kempingów, a jedyny pensjonat był wyprzedany i drogi. Wpadłem do lokalnego baru, by zapytać obsługę o jakieś miejsce na dziko. Chłopaki z baru zasugerowali park miejski przy boisku, ale miejsce przy samej głównej drodze nie zachęcało. Mapy podpowiedziały mi jednak coś lepszego — urokliwy placyk otoczony cyprysami.


Gdy nadjeżdżałem w to miejsce, zauważyłem po prawej stronie piękną agroturystykę z urokliwym dziedzińcem. Na drzwiach wisiał numer telefonu do właścicielki. Zadzwoniłem z zapytaniem o kawałek trawnika. Przesympatyczna pani przyszła na miejsce i zaproponowała mi wielki, lekko dziki ogród oliwny po drugiej stronie drogi! Co prawda wszystkie apartamenty były zajęte i nie mogłem skorzystać z prysznica (skorzystałem z przydrożnej fontanny przy barze, o której mi powiedziała), ale nocleg w ogrodzie zapowiadał się fantastycznie.



Rozbiłem namiot w wysokiej trawie między drzewami — ponownie bez tropiku, pod gołym niebem. Po krótkiej wizycie w sklepie po sok naturalny, wróciłem do znanego mi już baru. Chciałem uczcić wieczór kieliszkiem Aperol Spritz.

Sympatyczny barman o czarnych oczach pozwolił mi przy okazji podładować powerbanka.
Leżąc w namiocie, planuję już jutrzejszy dzień. Czeka mnie drugi etap pętli Strade Bianche i powrót do Sieny. Do przejechania jest około 75 km i solidne 1400 metrów przewyższenia. Udało mi się już zarezerwować nocleg przez Airbnb w Sienie — co prawda bez możliwości skorzystania z pralki gospodyni, ale z planem odwiedzenia miejskiej pralni samoobsługowej, bo po trzech dniach w trasie moje stroje rowerowe aż się o to proszą.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej