dzień 19: Lecco – Bellagio – Ghisallo – Erba

6–9 minut

Nocna burza huczała za oknami z ogromną siłą, ale na szczęście spędziłem ją w suchym i przytulnym mieszkaniu. Wszystko dzięki serwisowi Warmshowers oraz niezwykłej gościnności Alex i Mike’a, którzy udostępnili mi osobny pokój i prywatną łazienkę. Noc nie należała jednak do najspokojniejszych – i to wcale nie przez grzmoty, a przez wieczorną słabość do słodkich napojów. Poziom cukru skutecznie wybudzał mnie ze snu. Koło godziny 7:00 byłem już na nogach, wziąłem szybki prysznic, a Alex powitała mnie gorącą kawą.


Po rzucie oka na prognozy pogody postanowiłem skorzystać z jej propozycji podwózki vanem na przedmieścia Bellagio. Alex pracuje tam w sklepie rowerowym, łącząc to z usługami przewodnictwa. Dzisiaj miała w planach poprowadzić grupę 30–40 kolarzy amatorów – ludzi, którzy w większości po raz pierwszy mieli styczność z jazdą po górach. Jej plan zakładał bardzo prostą trasę z Bellagio do Como wzdłuż brzegu jeziora. Nasza podróż autem wiodła tą samą szosą: wąską, krętą i mocno wymagającą. Alex powoziła vanem z imponującą wprawą, choć na co dzień tę kilkunastokilometrową trasę pokonuje po prostu na dwóch kółkach. Robi to na tyle regularnie i szybko, że wśród kobiet dzierży na tym odcinku tytuł Local Legend na Stravie.


Koło godziny 9:00 wysiadłem z vana, podziękowałem za niezwykłą gościnność i zjechałem około 2–3 kilometry w dół, prosto do urokliwego Bellagio, by przyjrzeć się Jezioru Como i znaleźć coś na ząb.

Miasteczko przywitało mnie zaskakującą pustką – wyglądało zupełnie inaczej niż w szczycie sezonu. Jedyny powiew życia pojawił się w momencie, gdy do portu przybił prom z Varenny, wypuszczając na nabrzeże niewielką falę turystów ciągnących za sobą walizki na kółkach. Zrobiłem małą rundkę honorową wzdłuż brzegu, po czym odbiłem w uliczki miasta. Trafiłem do urokliwej cukierni, gdzie zamówiłem świeżą focaccię, czekoladowego croissanta oraz gorące cappuccino, a do bidonu dokupiłem butelkę wody.


Siedząc przy kawie, podjąłem decyzję o całkowitej zmianie planów. Alex opowiadała mi wcześniej o kultowym miejscu dla włoskiego i światowego kolarstwa – podjeździe pod Madonna del Ghisallo. Pomyślałem, że mam już powoli dosyć samego objeżdżania jezior Lombardii, a to niepowtarzalna okazja, by dotknąć żywej historii kolarstwa.


Wybór padł więc na ten legendarny podjazd. Colle del Ghisallo to stały punkt kolarskiego kalendarza. Liczy sobie około 8,8 km długości przy średnim nachyleniu rzędu 6,2%, choć najtrudniejsze odcinki – zwłaszcza na początku od strony Bellagio – sięgają aż 14%.

Z racji swojej specyfiki i położenia, szosa ta wielokrotnie decydowała o losach wyścigów Giro d’Italia oraz jesiennego klasyka Giro di Lombardia (Wyścigu Spadających Liści). Pokonywały ją największe legendy tej dyscypliny.


Wjeżdżałem tam na spokojnie, bez pośpiechu, zatrzymując się co chwilę, by chłonąć genialną panoramę na rozgałęzienie jeziora Como. Około godziny 11:00 zameldowałem się na szczycie (754 m n.p.m.).

Na górze wita skromny, maleńki kościółek – Santuario della Madonna del Ghisallo. W 1949 roku, z inicjatywy lokalnego proboszcza Don Ermelindo Viganò, papież Pius XII oficjalnie ogłosił Matkę Bożą z Ghisallo patronką kolarzy. Od tamtej pory świątynia stała się prawdziwą mekką.

Wewnątrz nie ma tradycyjnych wotów – zamiast nich ściany obwieszone są historycznymi rowerami (m.in. Fausto Coppiego, Gino Bartalego czy Eddy’ego Merckxa), pamiątkowymi koszulkami liderów Wielkich Tourów oraz proporczykami ekip z całego świata.


Zaraz obok kościółka stoi pamiątkowy pomnik dedykowany kolarzom, z którego rozpościera się przepiękna panorama na błękitne wody Como.

Tuż obok mieści się nowoczesne Muzeum Kolarstwa (Museo del Ciclismo Madonna del Ghisallo).

Powstało ono z inicjatywy samych mistrzów, m.in. Fiorenzo Magniego, aby pomieścić stale rosnącą kolekcję kolarskich rekwizytów, których kościółek nie był już w stanie pomieścić.

W środku można podziwiać największą na świecie kolekcję różowych koszulek maglia rosa, archiwalne zdjęcia, sprzęt sprzed dekad oraz osobiste pamiątki zawodników.


Dzięki mojej niepełnosprawności miałem darmowe wejście do muzeum. Wizyta dała mi ogromnie dużo radości, ale miała też wymiar czysto praktyczny – na podjeździe mocno się spociłem, a na szczycie panował chłód. Mógłem więc spokojnie ochłonąć, a moja przepocona koszulka zdążyła wyschnąć.


Po zwiedzeniu muzeum, około godziny 12:00, podszedłem do jedynego otwartego baru-kawiarni na górze i zamówiłem kawę. Czas naglił, więc zacząłem skrupulatnie analizować prognozy.

Wstępnie planowałem zdobyć jeszcze drugi, absolutnie rzeźnicki podjazd zaczynający się niedaleko Ghisallo – legendarne Muro di Sormano. To ściana o długości zaledwie 1,7 km, ale ze średnim nachyleniem wynoszącym aż 17% i maksymalnym sięgającym niesamowitych 27%! „Mur” został wprowadzony do Giro di Lombardia w latach 60., ale po protestach kolarzy (którzy musieli pchać rowery) wycofano go na dekady.

Dopiero po ponownym wyremontowaniu i wylaniu nowego asfaltu w 2006 roku (gdzie na nawierzchni wypisano m.in. wysokości i czas przejazdu) powrócił do tras profesjonalistów.
Niestety, o ile do południa pogoda oszczędzała mnie i pozwoliła zdobyć Ghisallo, o tyle po 12:00 niebo miało się całkowicie otworzyć. Muro di Sormano musiało więc zostać po mojej prawej stronie na inny raz. Zdecydowałem się na natychmiastową ucieczkę w dół.


Na mapie wypatrzyłem niedrogi kemping w miejscowości Erba. Miejsce to leżało niecałe 17 km od Ghisallo, dokładnie na mojej trasie w stronę Cremy, do której planuję dotrzeć jutro. Puściłem się pędem w dół w stronę Erby. W połowie zjazdu niebo eksplodowało – zaczęło grzmieć i lunęła potężna ulewa. Przycisnąłem mocniej, zatrzymując się awaryjnie w miejscowości Asso.

Schronienie znalazłem pod zadaszeniem prywatnych garaży przy trzypiętrowym bloku. Przeczekałem tam jakieś 30–40 minut. Mijali mnie mieszkańcy wracający z pracy czy ze sklepu; posyłali tylko wyrozumiałe uśmiechy, pozwalając mi spokojnie przeczekać najgorsze.
Gdy opad nieco zelżał, ruszyłem w stronę centrum Asso (2–3 km). Tam deszcz dopadł mnie znowu. Nie mając wyjścia, zjechałem do lokalnej kawiarni w centrum na kolejną kawę i następne 40 minut przeczekiwania. Radar znów pokazywał krótkie okienko pogodowe, więc gdy tylko przestało lać, ruszyłem w stronę kempingu w Erba. Sam końcowy zjazd zajął mi już jakieś 10–15 minut.


Kemping położony nad brzegiem urokliwego, choć znacznie skromniejszego niż Como, jeziora Lago di Pusiano, wyglądał na totalnie wymarły. Obsługa jednak działała. Przyjęli mnie za 17,5 euro i wyznaczyli konkretną parcelę, mimo że cały obiekt świecił pustkami. Basen zamknięty, restauracja nieczynna, sklep nieczynny. Jedyną opcją pozostała kąpiel w samym jeziorze – woda była całkiem przyjemna, choć otoczenie nie miało już tego dramatycznego, alpejskiego uroku co Como czy Garda.


Na kempingu pojawił się jeszcze jeden problem: brama wjazdowa jest zamykana na noc o 19:00. Musiałem więc zostawić 30 euro kaucji, by wypożyczyć kartę magnetyczną i móc wyjechać te półtora kilometra do miasta na jakiś ciepły posiłek. Zostawiłem rower pod dachem przy budynku toalet i zrobiłem krótki rekonesans.

Odpuściłem rozkładanie namiotu – prognozy zapowiadały kolejne opady, a nie chciałem walczyć z mokrym materiałem przy pakowaniu. Zresztą prognozy na jutro też są fatalne: ma lać całą noc i praktycznie do jutrzejszego popołudnia.


Spakowałem bagaże na rower i skoczyłem te półtora kilometra do miasta. Trafiłem do jedynej otwartej o tej porze pizzerii. Byliśmy tam tylko ja i właściciel – gość o arabskich korzeniach. Zrobił dla mnie całkiem smaczną,.a na pewno jak na razie najtańszą (8 euro) pizzę Diavola. Gdy zapytał, skąd jestem, po usłyszeniu słowa „Polska” aż pokiwał z uznaniem głową.

Najedzony wpadłem jeszcze do sklepu po zakupy na wieczór i śniadanie, po czym wróciłem na teren kempingu.
Na portierni oddałem kartę i odebrałem moje 30 euro – nie planowałem już nigdzie wyjeżdżać.

Zapytałem recepcjonistkę, czy mógłbym przespać się na matach pod dachem gigantycznego namiotu imprezowego, gdzie rozstawiono stoły i małą scenę. Nie była specjalnie zachwycona i beznamiętnie zaproponowała mi… podłogę pod dachem toalet. Dziękuję bardzo, wykluczone.
Siedzę tu w zasadzie od godziny 17:00 pod tym wielkim dachem przy scenie. Przeglądam internet (na szczęście jest sprawne Wi-Fi), porządkuję zdjęcia w telefonie i czuję, jak powoli dopada mnie fala smutku.

Nagle do człowieka dociera, że to już nieodwołalnie jesień, koniec sezonu. Ośrodki pustoszeją, robi się cicho i przykro, a mi zostały w zasadzie tylko trzy dni tej wyprawy.
O 19:00 postanowiłem ogarnąć się pod prysznicem. System działał na żetony lub monety 50 centów. W męskiej części automat był jednak zepsuty i za każdym razem wypluwał moje monety. Niewiele myśląc, przemknąłem do części damskiej. Tam automat bez problemu przyjął monetę 1 euro, dając mi 6 minut strumienia. Na szczęście odliczanie można było zatrzymywać i wznawiać, więc bez stresu umyłem się w gorącej wodzie.


Teraz siedzę z powrotem przy scenie i czekam, aż zrobi się całkiem ciemno i późno, by znaleźć ustronny kąt, rozwinąć matę i po prostu zasnąć bez rozstawiania namiotu.
Jutro muszę opuścić kemping do godziny 10:00. Prognoza na rano jest tragiczna – ciągły deszcz ma utrzymać się co najmniej do 16:00, a ja mam do pokonania około 75 kilometrów do Cremy. Bardzo poważnie rozważam opcję alternatywną: powrót na stację w Erba (dwa kilometry stąd) i podróż pociągiem. Z dwiema przesiadkami (w tym jedną na głównym dworcu w Mediolanie) dopadłbym do Cremy około godziny 14:00. Nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji. Zjem spokojnie zakupione śniadanie, spakuję torby, spojrzę w niebo i wtedy zdecyduję. Jeśli deszcz nie odpuści – o 10:30 melduję się na stacji.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej