Czasami najlepsze decyzje na trasie to te podjęte z rozsądku, a nie pod wpływem ambicji. Budzik zadzwonił bezlitośnie o 5:30. Plan był prosty: zdążyć na pociąg o 6:23 i zmierzyć się z legendarnym Cinque Terre.
W pierwotnym założeniu chciałem wraz z Elio zaliczyć pełną pętlę – pięć miasteczek, 55 kilometrów i blisko 2000 metrów przewyższenia. Rzeczywistość i szybka weryfikacja prognozy pogody studzą jednak największe zapały. Chmury straszyły od rana, a prognozy nie pozostawiały złudzeń – około godziny 12:00 w całym regionie miało zacząć lać. Podjąłem szybką decyzję: robimy wersję skróconą. Mniej kilometrów, ale wciąż pełna dawka włoskiego pionu i klifów.
Po sprawniej, 20-minutowej przesiadce w La Spezii zameldowaliśmy się z Elio na stacji w Vernazzy.

Jako że wyjechałem bez śniadania, pierwsze kroki z dworca skierowałem prosto do portu. Na dzień dobry wpadła pyszne croissanty z Nutellą i dżemem a do tego cappuccino i dopiero z pełnym żołądkiem mogłem ruszyć w trasę.


A trasa od pierwszych metrów pokazała, z czym to się je. Wyjazd z Vernazzy oznacza jedno – natychmiastowy powrót na górę po stromych podjazdach. Żeby zobaczyć każde z miasteczek Cinque Terre, trzeba wykonać dokładnie ten sam manewr: zjechać z głównej drogi do samej wody, a potem mozolnie wspinać się z powrotem na grzbiet prowadzący wysoko nad klifami. Skrócony wariant zamknął się w 23 kilometrach, ale wykręciłem na nim aż 900 metrów w pionie. Prawie zero ruchu samochodowego, za to ścieżka wije się wąskimi półkami z obłędnymi widokami na morze i przyklejone do skał kolorowe domki.

Z Vernazzy ruszyłem górą w stronę Corniglii – jedynej osady w Cinque Terre, która nie ma bezpośredniego dostępu do morza, bo ulokowała się na stromym, stumetrowym klifie. Tam wpadło parę obowiązkowych zdjęć, szybki spacer wąskimi uliczkami starego miasta i ponowny strzał w górę.




W połowie drogi, w okolicach sanktuarium San Bernardino, jest punkt widokowy, który dosłownie zwala z nóg. Stamtąd czekało mnie jeszcze dobre 300 metrów wspinaczki w pionie, zanim mogłem wreszcie złożyć się do zjazdu przez Volastrę i Groppo w stronę Manaroli.


Gdy około 11:00 dotarłem do Manaroli – słynącej z kolorowych domów-wież (case-torri), które wieki temu służyły do obrony przed piratami – spokój poranka był już tylko wspomnieniem.



Tłum turystów gęstniał z każdą minutą. Zegarek cykał, niebo stawało się coraz groźniejsze, a ponowne podjeżdżanie pod górę na rowerze zajęłoby zbyt dużo czasu. Zamiast kręcić korbą w górę, postanowiłem przespacerować się z Elio pod pachą słynną Via dell’Amore – Drogą Miłości – wykutą bezpośrednio w pionowych skałach i połączoną z Riomaggiore.

Riomaggiore przywitało mnie kompletnym chaosem i tłumem odwiedzających, ale udało mi się wyrwać chwilę spokoju w małej kawiarni. Zasłużona kawiarniana przerwa, szybkie przemyślenie logistyki i decyzja: o 12:20 mam pociąg powrotny do Pizy (z przesiadką w La Spezii). Wskoczyłem do wagonu dokładnie wtedy, gdy z nieba spadły pierwsze ciężkie krople.
Patrząc z perspektywy kierownicy na te miasteczka, niezwykłą pracę wykonano tutaj wieki temu. Zanim pod koniec XIX wieku wycięto w litych skałach dziesiątki kilometrów tuneli pod linię kolejową Genua – La Spezia, te osady były niemal całkowicie odcięte od świata od strony lądu. Wszystkie materiały budowlane, kamienie i zaopatrzenie trzeba było transportować drogą morską, wciągając je na stromizny po nieludzkich ścieżkach.

Dzisiejszy wypad był idealną wisienką na torcie i zwieńczeniem całej trasy, którą skończyłem wczoraj. Mimo skróconego dystansu i ciągłej ucieczki przed ulewą, udało się zobaczyć perełki Cinque Terre z perspektywy dwóch kółek. Satysfakcja na koniec dnia: sto procent!
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj