dzień 11: Calalzo di Cadore – Vahrn

3–5 minut

Poranek przywitał nas dokładnie tym, czym nie powinien – wilgocią. Pobudka o 6:30 była nieunikniona. Zgodnie z żelazną zasadą biwakowania na dziko rozbijasz się po zmroku, ale o świcie nie może być po tobile śladu. Wojtek jeszcze smacznie spał, kiedy ja zacząłem już cicho pakować manatki.

Niestety, cały namiot był kompletnie przemoczony – tropik, część sypialna, a podłoga to już w ogóle pływała. Wiedzieliśmy, że bez suszenia daleko nie zajedziemy.


Po spakowaniu się (co zajęło nam z półtorej godziny) ruszyliśmy prosto pod lokalnego Lidla, w którym robiliśmy zakupy poprzedniego wieczoru. Miejsce było idealne – sklep stał na wzgórzu, a parking otaczały długie barierki. Słońce na szczęście szybko przebiło się przez chmury, więc wykorzystaliśmy ogrodzenie jako wielką suszarkę na namioty i śpiwory. W międzyczasie zjedliśmy śniadanie na parkingu i już po 20–30 minutach cały sprzęt był suchy.


O 10:00 ruszyliśmy w trasę. Najpierw delikatnym podjazdem dojechaliśmy do Pieve di Cadore. Kawa mrożona w kawiarni przy głównej drodze była obowiązkowym punktem programu.

Pierwotnie dzisiejszą trasę mieliśmy  jechać szosą, ale po wieczornej rewizji planów wybraliśmy legendarny szlak La Lunga Via delle Dolomiti. To dawna linia kolejowa zamieniona w dedykowaną ścieżkę rowerową – zero ruchu samochodowego, poprowadzona zboczami i wąwozami wyżej niż główna droga.

Choć około 30% nawierzchni stanowił szuter, zdjęcia sprzed wyjazdu obiecywały dobrą nawierzchnię. I rzeczywiście – mimo dociążonych sakwami rowerów, jechało się wyśmienicie.


Trasa przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Zjawiskowe, nieczynne stacje kolejowe, klimatyczne tunele, zakosy na zboczach gór i wyłaniające się z każdym kilometrem monumentalne, skaliste szczyty Dolomitów – widoki zapierały w piersiach.


Około godziny 13:00 zameldowaliśmy się w stolicy Dolomitów – Cortinie d’Ampezzo. Żołądki głośno domagały się paliwa. Szybki przegląd Google Maps nieco nas schłodził – ceny pizzy w restauracjach wahały się między 20 a 30 euro. Na szczęście Wojtek wypatrzył małą pizzerię bez stolików, sprzedającą pizzę na kawałki po około 3 euro.

Zjedliśmy po trzy solidne porcje, siedząc po prostu na kamiennych schodach przed lokalem, i po 40 minutach byliśmy z powrotem na szlaku.


Przed nami było kluczowe wyzwanie dnia: dojechanie do przełęczy położonej na wysokości 1530 m n.p.m. Od Cortiny czekało nas jeszcze około 300 metrów przewyższenia. Podjazd był ciągły, ale panoramy na lewo i prawo skutecznie odciągały uwagę od palących ud.


Kilka kilometrów przed samą przełęczą trafiliśmy na niezwykły tunel kolejowy. W przeciwieństwie do wcześniejszych, gładkich konstrukcji, ten wyglądał jak wykuty kilofami w surowej skale. Mieliśmy wrażenie, że wjeżdżamy prosto do jaskini.


Na przełęcz dotarliśmy około 14:30. Należał nam się solidny odpoczynek. Lody, piwo bezalkoholowe i mocne włoskie espresso postawiły nas na nogi.

Po 40 minutach regeneracji przyszedł czas na to, na co czekaliśmy cały dzień – wielokilometrowy zjazd.


Zamiast krętej ścieżki rowerowej wybraliśmy pustą szosę, by bezpiecznie rozpędzić rowery. Włoscy kierowcy wykazali się pełną kulturą, a łagodne zakręty pozwalały rozwijać naprawdę duże prędkości. Mknąc w dół, mijaliśmy po obu stronach alpejskie jeziora z krystalicznie czystą, turkusową wodą.


W Dobbiaco nasza trasa odbiła w lewo, gdzie wróciliśmy na idealnie gładką, asfaltową ścieżkę biegnącą wzdłuż czynnej już linii kolejowej.

Początkowy odcinek był tak stromy, że rowery praktycznie same rwały do przodu.
W okolicach Brunico dopadł nas mały kryzys energetyczny, ale trafiliśmy prosto w ramiona włoskiej siesty.

Wszystkie restauracje były zamknięte na cztery spusty. Na szczęście uratowała nas otwarta pasticceria – podwójna porcja słodkich ciastek dała nam niezbędny strzał węglowodanów.


Jadąc dalej wzdłuż doliny, w okolicach San Benedetto, krajobraz całkowicie zmienił charakter. Na okolicznych wzgórzach i skałach zaczęły pojawiać się tajemnicze zamki i fortalicje – widok jak z bajki albo z podróży po Dolnym Śląsku.


Około 10 km przed celem ścieżka rowerowa zafundowała nam niespodziankę w postaci stromego, sztywnego podjazdu. Mogliśmy wybrać płaską szosę, ale postanowiliśmy trzymać się szlaku. Gdy po ciężkiej wspinaczce dotarliśmy w końcu w okolice miejscowości Varna, do docelowego kempingu zostało nam zaledwie 4–5 kilometrów. Puściliśmy się w dół asfaltem, ale w tym samym momencie niebo dosłownie się otworzyło.


Do recepcji wbiegliśmy w strugach deszczu. I tu czekał nas zimny prysznic – brak wolnych miejsc. Pani poinformowała nas, że najbliższy kemping znajduje się… 4 kilometry wstecz. Dokładnie ten, który minęliśmy chwilę wcześniej.
Rozęszła się gigantyczna nawałnica. Pioruny waliły wokół, a woda lała się z nieba strumieniami. Recepcjonistka pozwoliła nam przeczekać najgorsze w hotelowym lobby. Jest godzina 20:00, za oknem nadal ulewa, a my czekamy, aż opad nieco zelżeje.


Czekał nas powrót 4 km i pokonanie 130 metrów w pionie pod górę. Szkoda, że nie sprawdziliśmy dostępności miejsc wcześniej, ale taka jest właśnie uroda podróżowania – planowanie czasami zawodzi. Nocleg na kempingu jest dzisiaj kluczowy: musimy zrobić pranie, bo skończyły nam się czyste rzeczy. Pytanie tylko, jak to wszystko wyschnie do rana… Jeżdżenie w mokrej wkładce spodenek rowerowych to nic przyjemnego, ale jakoś trzeba będzie dać radę.

Dojechaliśmy do kampingi po ciemku. Kuchnia była już zamknięta ale gospodyni zrobiła nam tosty. Niestety, pralka jest popsuta, więc będę musiał prac wszystko ręcznie w mydle. A liczyłem na spokojniejszy wieczór…

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej