dzień 3: Ville di Corsano – Siena

5–7 minut

Nic w namiocie bez tropiku nie należała do najspokojniejszych. Mimo że położyłem się około 22:00 i ambitnie nastawiłem budzik na 6:30, księżyc świecący prosto w namiot skutecznie wybił mi sen z głowy. Na dodatek ogród był położony na lekkim wzgórzu, przez co przez całą noc powoli zsuwałem się z materaca. Kiedy budzik wreszcie zadzwonił, przestawiałem go trzy razy – z posłania zwlekłem się dopiero o 7:30. Niestety, poranna rosa zrobiła swoje. Wszystko było całkowicie mokre, a w narożnikach podłogi namiotu stała woda. Nie było wyjścia – od razu po wstaniu zacząłem szukać skrawków słońca i wynosić rzeczy na górę ogrodu, gdzie przy wieszaku na ubrania rozstawiłem suszarnię.

Namiot trafił na polanę między drzewami, a śpiwór, karimata i wilgotne ubrania schły w pierwszych promieniach. Musiałem odczekać około godziny, zanim złożyłem lekko wilgotny jeszcze namiot do sakw, przebrałem się w świeży komplet kolarski, uzupełniłem bidony w po pobliskiej fontannie i wreszcie ruszyłem w trasę.


Początek drogi do Asciano prowadził gładkim asfaltem z trasą falującą urokliwie to w górę, to w dół. Te pierwsze kilometry pokonałem dosyć żwawo. W Radi – miejscowości, w której pierwotnie planowałem nocleg – zatrzymałem się tylko na chwilę, po czym ruszyłem dalej. Głód dopadł mnie w Monteroni d’Arbia.

Przy lokalnym supermarkecie wypatrzyłem pasticcerię, w której postanowiłem zjeść śniadanie: zamówiłem chrupiącego croissanta i duże, gorące cappuccino. Złapałem oddech i wjechałem prosto w szutrowy rajd.

Trasa początkowo nie była wymagająca, za to widoki po prawej i lewej stronie powalały na kolana. Toskańskie wzgórza usiane cyprysami i malowniczymi winnicami tworzyły fenomenalną aurę, dla której warto wypruwać sobie żyły na rowerze.


W końcu zaczęły się większe podjazdy – kluczykiem wśród szutrów zmieniając wysokość z poziomu 170 m n.p.m. na 330 m n.p.m., po których na chwilę wyjechałem na asfalt zjeżdżający do Asciano. Żeby dobić do samego miasteczka, musiałem nieco zjechać ze szlaku, ale było warto. Historicze centrum Asciano wyglądało niesamowicie – bez tłumu turystów, wypełnione jedynie lokalnymi mieszkańcami odpoczywającymi w małych knajpkach.

Wjechałem tam punktualnie o 12:00, więc przywitał mnie głęboki dźwięk dzwonów z bazyliki św. Agaty. Zatrzymałem się w kawiarni na mrożoną kawę (musiałem dokładnie wytłumaczyć, jak mają mi ją przygotować!) i po krótkim odpoczynku ruszyłem na najtrudniejszy punkt dnia – kultowy podjazd na Monte Sante Marie.


Monte Sante Marie dało mi nieźle w kość. Wspinaczka po szutrowej drodze z klasyczną tarką w pełnym, niemiłosiernie palącym słońcu wymagała ogromu sił. Byłem już wykończony, a przede wszystkim pokryty grubą warstwą charakterystycznego, białego pyłu. Zmieszany z potem pył przyklejał się dosłownie do wszystkiego – moich przedramion, ciuchów i do napędu roweru, przez co łańcuch zaczął skomleć i skrzypieć przy każdym obrocie korby. Na trasie minąłem dwójkę bikepackerów, a po chwili z naprzeciwka zaczęli mijać mnie kolarze z numerami startowymi na kaskach. Trochę mnie to zdziwiło – wyglądało to na jakiś wyścig, ale w zmęczeniu nawet nie miałem siły dopytać, o co chodzi.

Wreszcie zdobyłem szczyt! Zrobiłem pamiątkowe zdjęcie przy kultowej tablicy na Monte Sante Marie i rozpocząłem zjazd.
Wtedy też zapłaciłem za błąd organizacyjny – brak solidniejszego posiłku w Asciano sprawił, że zapasy energii gwałtownie spadły. Na szczęście miałem w sakwach snickersa i twixa.

Zjadłem batona w cieniu na jednym z zakrętów i ruszyłem w stronę drogi szybkiego ruchu w kierunku Sieny. Po jej przecięciu rozpoczął się kolejny stromy, asfaltowy podjazd w okolicach Castelnuovo Berardenga.

Mój licznik pokazywał ponad 50 km, a upał i pył zbierały żniwo. Chwilę później, przy zjeździe na Monteaperti w okolicach Sam Piero, dopadł mnie głód absolutny – trzęsły mi się ręce i nogi, a żel energetyczny nie był w stanie tego uratować. Odbiłem ze szlaku do Pianelli, bo na mapie wypatrzyłem bar – jedyny otwarty punkt w promieniu 15 km. Na miejscu okazało się, że nie ma już chleba do panini, ale pani znalazła dla mnie maślane, zakręcone weneckie ciastka. Pożarłem dwa, popiłem mrożoną herbatą i poczułem, że wracają mi siły.


Chcąc przejechać jak najwięcej oryginalnej trasy Strade Bianche, nie pojechałem do Sieny najprostszą drogą asfaltową, lecz wróciłem na szuter. W okolicach Montechiaro szlak uraczył mnie bezlitosną, asfaltową ścianą o nachyleniu 14-15%. Dojechałem do skrzyżowania, po czym znów wjechałem na biały szuter.

Tu dopadł mnie kryzys psychiczny: drogowskaz na trasie pokazywał, że do Sieny zostały tylko 4 km, podczas gdy ślad GPS na moim zegarku, prowadzący pełną pętlą Strade Bianche, bezdusznie wskazywał jeszcze 17 km jazdy! Z lekkim zniesmaczeniem, ale i uporem, pedałowałem dalej przez okolice Castello di Monteliscai oraz bazyliki dell’Osservanza. Po stromym zjeździe i zatoczeniu ostatniego łuku na szutrze wyjechałem wreszcie na asfalt w dzielnicy San Miniato.


Wykazałem resztki sił, dojeżdżając do centrum Sieny przez bramę Porta Camollia około godziny 18:00. Najpierw skierowałem się do sprawdzonej dzień wcześniej taniej miejscówki, gdzie za 7 euro zjadłem genialne spaghetti alla ragù.

Po posiłku pojechałem do zarezerwowanego noclegu. Zależało mi na zrobieniu prania po trzech dniach w trasie, jednak właścicielka mieszkania kategorycznie odmówiła udostępnienia pralki, twierdząc, że jest przeznaczona tylko do celów służbowych.

Po szybkim prysznicu spakowałem brudne rzeczy i ruszyłem do jedynej otwartej w okolicy pralni samoobsługowej. Na miejscu zastałem tłum i kolejkę na co najmniej półtorej godziny czekania. Szkoda mi było zmarnować wieczór w Sienie na siedzenie przy pralce, więc napisałem ponownie na Airbnb, oferując zapłatę za pranie. Opłaciło się – po powrocie mąż właścicielki wziął moje rzeczy, wziął 5 euro i obiecał, że sam rozwiesi pranie na dworze, by wyschło do rana.


Uwolniony od obowiązków, ruszyłem na podbój miasta. Zacząłem od zachwycającego Piazza del Campo, potem przeszedłem się klimatycznymi uliczkami i zjadłem prostą, pyszną pizzę za 9 euro. Pozwoliłem sobie na absolutne zagubienie się w labiryncie sienańskich uliczek – usiadłem w małej knajpce z kieliszkiem Chianti i po prostu słuchałem miasta, po czym wróciłem na główny plac, by chłonąć jego niesamowitą atmosferę.


Kiedy skierowałem kroki w stronę katedry, okazało się, że tuż obok odbywa się głośny, lokalny festyn. Muzyka niosła się po murach, rozstawione były stoły dla mieszkańców, a na scenie działy się rzeczy osobliwe – na wybieg co chwilę wychodzili mężczyźni przebrani za kobiety.

Zapytałem obsługę o co chodzi i wyjaśniono mi, że to kontynuacja świętowania Palio di Siena (słynnego wyścigu konnego). Chociaż druga edycja odbyła się 16 sierpnia, zwycięska dzielnica (contrada) nadal świętuje swój sukces. Mieszkańcy wystawiają wówczas humorystyczne skecze, w których wszystkie role – również kobiece – grają wyłącznie faceci z danej dzielnicy. Prawdziwy, niepodrabialny toskański folklor! Obejrzałem te występy do 22:00, zszedłem po schodach w stronę Baptysterium, zatrzymałem się na Aperol Spritz w Caffè Battistero i wróciłem do pokoju.


Jutro czeka mnie około 100 km jazdy. W Piezy, do której zmierzam, nie ma żadnego kempingu, a hotele powalają cenami. Plan jest prosty: albo znów poproszę kogoś o kawałek ogrodu pod namiot, albo będę improwizował i zasnę gdzieś na dziko. Czas zbierać siły!

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej