Wczorajsza gościnność słoweńskich strażaków nie skończyła się wyłącznie na użyczeniu dachu nad głową. Tak jak wspominałem, jeden z nich zaprosił nas na małego sznapsa. Z początku odmówiłem, ale po chwili uznaliśmy z Wojtkiem, że odrzucenie takiego gestu byłoby zwyczajnie niemiłe. Gdy tylko ogarnęliśmy posłania, zeszliśmy do nich na dół. Strażacy postawili przed nami dwa kieliszki i nalali przezroczystej mikstury. W porównaniu z naszą polską śliwowicą był to potężny, dwukrotnie destylowany bimber pędzony z mieszanki różnych owoców. Palił w gardło jak diabli! Nalałem sobie potem jeszcze puskę piwa – chociaż dobrze wiem, jak kończy się mieszanie 70-procentowego alkoholu z browarem, głupio było odmówić. Posiedzieliśmy z nimi dobre 40 minut, rozmawiając o różnicach w bałkańskich mentalnościach i językowych niuansach.
W tym samym momencie za oknami rozpętało się prawdziwe piekło. Gdy tylko wróciliśmy na drugie piętro do naszej sali, na zewnątrz lunęła gigantyczna ulewa. Pioruny waliły jeden za drugim, a nawalnica wręcz smagała po szybach. Wyglądając przez okno, mogłem tylko dziękować losowi – nocleg pod namiotem w takich warunkach byłby koszmarem. Koło 23:00 padliśmy na karimaty i zasnęliśmy jak kamień.

Rano daliśmy sobie dyspensę na dłuższy regeneracyjny sen. Wstałem około 9:00, dając Wojtkowi pospać do 9:40, po czym bez pośpiechu zaczęliśmy się pakować. Przed wyjazdem z Cerkna skoczyliśmy do sklepu po śniadanie oraz mały podarek dla naszych wybawicieli. Kupiliśmy dla strażaków sześciopak dobrego piwa i zostawiliśmy go przy wejściu do remizy razem z kartką pełną podziękowań, bo samych gospodarzy już nie zastaliśmy.

Przed nami rozciągał się najcięższy etap dnia – dwa potężne, alpejskie podjazdy. Pierwszy zaczął się natychmiast po przekroczeniu granic Cerkna. Przyszło nam pokonać różnicę wysokości z 330 m n.p.m. na 1010 m n.p.m. Pierwsze kilometry wycisnęły ze mnie ostatnie poty. Miałem wrażenie, jakby z moich nóg nagle całkowicie wyparowały mięśnie – jechało mi się koszmarnie ciężko, a strome odcinki dochodzące do 14-15% nachylenia dosłownie miażdżyły łydki.
Mozolnie, od zakrętu do zakrętu, meldowaliśmy się coraz wyżej, robiąc krótkie pauzy na złapanie tchu. Na szczyt Tuškovego Griča dotarliśmy dopiero o 13:30. Nasze koszulki były tak przemoczone od potu, że musieliśmy je zdjąć i powiesić na znaku drogowym, by choć trochę przeschły przed chłodnym zjazdem. Usiadłem na ławce, podparłem głowę na rękach i dosłownie odleciałem na kilkanaście minut ze zmęczenia.

Odpoczynek przerwała prognoza pogody. Wojtek sprawdził telefon – w naszą stronę nadciągała kolejna burza. Trzeba było uciekać. Zjazd, choć prowadził znikomo uczęszczaną drogą, wcale nie należał do przyjemnych. Nawierzchnia była stroma, niezwykle popękana, dziurawa i usłana szutrem oraz luźnymi kamieniami. Wymagało to od nas maksymalnego skupienia na każdym nawrocie.

O 15:00 stanęliśmy u podnóża dania głównego dzisiejszego dnia – wspinaczki z wysokości 620 m na 1290 m n.p.m. I trzeba przyznać, że podjazd przywitał nas wybitnie bezwzględnie. Na odcinku pół kilometra, w drodze do miejscowości Zgornja Sorica, nachylenie nie schodziło poniżej 20%, dobijając momentami do 22%.
To była nieludzka walka. Wojtek w pewnym momencie odpuścił i zaczął pchać rower. Ja zmusiłem się do dokręcenia na samą górę, ale zapłaciłem za to zabawną cenę – na ostatnich metrach z wycieńczenia nie zdołałem wypiąć buta z pedału SPD i spektakularnie wyłożyłem się na lewy bok. Wojtek, zamiast mi pomóc, z rozbawieniem zaczął krążyć wokół mnie i robić pamiątkowe zdjęcia z mojej gleby.

W Zgornjej Soricy szukaliśmy sklepu, by uzupełnić zapasy przed finałowymi 5 kilometrami wspinaczki. W wiosce nie było jednak niczego poza urokliwym, kamiennym źródełkiem. Zalaliśmy bidony zimną wodą, wsypaliśmy podwójną dawkę elektrolitów i ruszyliśmy w górę.

Gdzieś w połowie drogi, spoglądając w niebo, zobaczyliśmy zarys przełęczy z majaczącymi w oddali samochodami. Ten widok nieco podciął nam skrzydła – okazało się, że musimy wyjechać jeszcze kilkaset metrów wyżej, niż zakładaliśmy.

Zatrzymując się co chwilę, by uspokoić łomotanie serca, ostatecznie meldujemy się na przełęczy Soriška Planina (1277 m n.p.m.). Wokół rozciągał się krajobraz z wyciągami narciarskimi, a obok leżał hotel z restauracją i polem namiotowym. Górski wiatr po pochyłym podjeździe błyskawicznie zaczął nas wyziębiać. Zanim usiedliśmy do jedzenia, przebrałem się w suchą bieliznę termoaktywną z długim rękawem i założyłem wiatrówkę. Po zjedzeniu konkretnego, wyczekiwanego burgera, ruszyliśmy w dół.
Gdy tylko wyjechaliśmy z gęstego lasu, widok dosłownie powalił nas na kolana. Majestatyczne, słoweńskie góry spowite w kłębach chmur, przez które przebijały się promienie słońca, tworzyły wręcz surrealistyczny obraz.
Nawierzchnia była jeszcze mokra po świeżym deszczu, ale sama trasa – bajka. Długi, kilkunastokilometrowy zjazd pełen ciasnych serpentyn pozwolił nam rozwinąć niesamowite prędkości. W szczytowym momencie mój licznik wskazał 61,2 km/h.

Błyskawicznie znaleźliśmy się w Bohinjskiej Bistricy, skąd po uzupełnieniu płynów ruszyliśmy w stronę Bleda. W pewnym momencie zboczyliśmy z głównej szosy na dedykowaną ścieżkę rowerową.

Szlak prowadził przez malowniczy wąwóz, tuż obok rwącego strumienia, przecinając po drodze urokliwe drewniane mostki i małe osady. Kiedy ścieżka zeszła z powrotem do szosy, wjechaliśmy wreszcie do Bleda. Odchyliliśmy się w lewo i po łagodnym łuku wyjechaliśmy wprost na brzegi słynnego jeziora. Przez korony drzew prześwitywała ikoniczna wysepka z kościółkiem na środku tafli – widok doskonale znany ze zdjęć, ale na żywo robiący piorunujące wrażenie.
Była 19:00. Początkowo planowaliśmy podjechać jeszcze kilkanaście kilometrów na dziki biwak nad ustronnym jeziorem, które polecał nam Federico, ale zmęczenie i chłód wygrały. Zauważyliśmy kemping przy głównej plaży i postanowiliśmy spróbować szczęścia. Na bramie przywitała nas tabliczka „Fully Booked”, jednak recepcjonistka zlitowała się nad nami (oraz nad grupą sześciu innych rowerzystów przed nami) i znalazła miejsce na namioty.

Cena zaplecza w wysokości 50 euro za nas dwóch lekko zabolała, ale potrzebowaliśmy tego miejsca. Rozbiliśmy namioty na wilgotnej po deszczu trawie, zrobiliśmy szybkie zakupy w sklepie na jutrzejsze śniadanie (w niedziele w Słowenii wszystkie sklepy są zamknięte!), a po prysznicu zrobiliśmy szybkie pranie ręczne w umywalce. Mokre ciuchy będą jutro schnąć na sakwach podczas jazdy.

Plan na rano? Pobudka o świcie i szybki skok na plażę, żeby wykąpać się w słynnym jeziorze Bled z widokiem na zamkową wyspę, zanim zjadą się tu tłumy turystów.
postaw mi kawę
jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

















































Skomentuj