dzień 20: Erba – Capralba – Crema

4–6 minut

Wybór noclegu na kempingu okazał się nie lada wyzwaniem. Nie miałem zamiaru rozkładać namiotu, więc szukałem gotowego zadaszenia. Propozycja pani z recepcji — kawałek kostki brukowej tuż przy łazienkach — od razu odpadła. Przez pewien czas czatowałem w dużym namiocie spotkań, ale kiedy zapaliło się tam światło, zrezygnowałem, wiedząc, że zapewne będzie świecić przez całą noc. Podczas ponownego obchodu terenu wypatrzyłem na placu zabaw dwie betonowe rury o długości ponad 2,5 metra. Jedna z nich leżała nieco poniżej poziomu posadzki, przez co woda ściekała do środka, ale druga była uniesiona o parę centymetrów i wewnątrz pozostawała idealnie sucha. Napompowałem matę, schowałem rower pod pobliską drabinką z drewnianym daszkiem i ułożyłem się w środku. Rozglądałem się tylko, czy nikt nie patrzy — nocleg w betonowej rurze mógł wyglądać dość osobliwie, ale moim priorytetem było pozostanie w suchym miejscu.


Zasnąłem około 23:30, lecz już o drugiej w nocy wybudził mnie deszcz. Początkowo konstrukcja dawała radę, jednak z czasem wiatr zaczął zacinać i pojedyncze krople uderzały mnie prosto w twarz. Gdy kaptur śpiwora zrobił się wilgotny, skuliłem się w pozycji embrionalnej, ale woda zaczęła spływać na matę. O 2:30 uznałem, że czas na ewakuację. Zauważyłem, że światło przy budynku toalet zgasło. Obok znajdowała się otwarta mini-pralnia — pomieszczenie ze zlewami i umywalkami do prania ręcznego. Zabrałem swoje rzeczy i przeniosłem się do środka. Rower został pod drabinką, a ja wreszcie w spokoju przespałem resztę nocy.


Obudziłem się przed siódmą rano. Bramę kempingu otwierano oficjalnie o 8:30, co budziło mój niepokój, bo o 8:57 miałem pociąg z oddalonej o 2 kilometry stacji. Prognozy zapowiadały opady, więc planowałem pokonać znaczny odcinek dzisiejszego dnia koleją. Kolejne połączenie było dopiero po 11:00. Po szybkim śniadaniu kupionym dzień wcześniej w supermarkecie — bułkach, jogurcie i salami — podjechałem ze spakowanym Elio pod wyjazd. Na szczęście brama była już otwarta.
Przed stacją zatrzymałem się w kawiarni na cappuccino. Gdy postawiłem rower, podszedł do mnie włoski kolarz, który z zaciekawieniem wypytywał o moją trasę. Sam uprawia bikepacking — w zeszłym roku pokonał odcinek z Pirenejów do Erby. Miło było zamienić parę słów z kimś, kto czuje ten sam klimat. Na dworcu spotkałem jeszcze dwie Polki, którym uciekł wcześniejszy pociąg do Mediolanu i postanowiły jechać tym samym składem co ja.


W trakcie podróży zweryfikowałem prognozę pogody. Wynikało z niej, że deszcz ma nadejść dopiero wieczorem. Postanowiłem więc zmienić plany i nie wysiadać w Kremie, lecz stację wcześniej — w Capralbie, by zrobić objazd miejsc związanych z filmem Call Me by Your Name, które odwiedziłem po raz pierwszy ponad dwa lata temu.


Na miejscu przywitała mnie jednak drobna mżawka. Schroniłem się w lokalnym barze i po raz pierwszy zamówiłem caffè al ginser (kawiarniany specjał z dodatkiem żeń-szenia, popularny we włoskich kawiarniach jako caffè al ginseng). Na początku w lokalu było pusto, ale około południa bar zapełnił się starszymi mieszkańcami Capralby. Rozmawiali głośno, śmiali się i przechodzili do kolejnych sal na wspólny posiłek. Ta włoska kultura celebrowania codzienności i podtrzymywania więzi bez względu na wiek zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Gdy około 13:00 przestało padać, ruszyłem w trasę.

Moim głównym celem w okolicy było Fontanile Quarantina — niezwykłe miejsce w rezerwacie przyrody blisko Capralby, gdzie z ziemi wybija krystalicznie czysta, lodowata woda spływająca z Alp.

W filmie Call Me by Your Name to właśnie tu Elio przyprowadza Olivera i nazywa to miejsce swoim własnym ustroniem, w którym czyta książki i pisze muzykę.

Byłem tam zupełnie sam. Spędziłem około 40 minut, brodząc w lodowatym strumieniu, rozmyślając i słuchając ścieżki dźwiękowej z filmu.


Z przemoczonymi skarpetkami i butami pojechałem dalej do miejscowości Pandino. Na głównym placu stoi XIV-wieczny zamek Castello Visconteo oraz pomnik upamiętniający poległych w I wojnie światowej (Monumento ai Caduti).

To tutaj rozgrywa się jedna z najważniejszych scen w filmie — bohaterowie zatrzymują się przy pomniku, a Elio zdobywa się na szczerą wyznaniową rozmowę z Oliverem o swoich uczuciach.


Mijając drugą część miasta, natrafiłem na tętniącą życiem uliczkę i usiadłem na kawę w rodzinnej kawiarni, gdzie cała wielopokoleniowa rodzina sprawnie obsługiwała gości.


Następnym przystankiem było Corte Palasio i małe gospodarstwo na wsi. W filmie bohaterowie zatrzymują się tam na rowerach, prosząc siedzącą na ławce kobietę o szklankę wody, podczas gdy na drzwiach w tle widać portret Benito Mussoliniego (Il Duce).

Tym razem brama była zamknięta, a przed nią wygrzewał się kot, który od razu zaczął domagać się pieszczot i pozować do zdjęć. Po chwili brama otworzyła się i wyszedł z niej właściciel. Gdy zobaczył aparat, z uśmiechem zaprosił mnie na podwórze, pozwalając sfotografować to dokładnie samo miejsce, gdzie po dziś dzień wisi ten sam wizerunek Mussoliniego.


Przedostatnim punktem na trasie było Moscazzano i słynna Villa Albergoni — filmowa rezydencja rodziny Perlmanów.

Kiedy dojechałem pod zieloną bramę, okazało się, że budynek jest obecnie w trakcie remontu.

Elewacja obłożona była rusztowaniami, a po terenie kręcili się robotnicy. Właściciele wyraźnie dbają o prywatność — tabliczki proprietà privata oraz szczelnie zasłonięte ogrodzenie skutecznie odgradzają posiadłość od wzroku turystów.

Do Kremy docierałem mocno zmęczony, poczciwie zmoczony przez wilgoć ze skarpet i z lekką obawą przed przeziębieniem.

Podjechałem na chwilę pod filmową bramę w mieście — po dwóch i pół roku nie tylko brama, ale całe sąsiednie ściany pokryte były podpisami fanów z całego świata. W biurze informacji turystycznej wciąż można obejrzeć dwa oryginalne rowery służące jako rekwizyty w filmie oraz wpisać się do pamiątkowej księgi.


Zatrzymałem się w tym samym hotelu co podczas poprzedniej wyprawy — Call me Crema. Po prysznicu i zrobieniu prania wyszedłem na miasto. Zjadłem pizzę, a po 22:00 znalazłem się na głównym placu przy katedrze (Duomo di Crema).

Niespodziewanie z głośników rozległ się komunikat zapraszający na nocne zwiedzanie wieży dzwonniczej. Z racji mojej niepełnosprawności wpuszczono mnie za darmo, wręczając obowiązkowy kask. Wejście po wąskich, bardzo stromych schodach i pod niskimi stropami wymagało niemal czołgania się.


Gdy dotarłem na poziom dzwonów, dokładnie o 22:00 zegar zaczął wybijować godzinę. Ogłuszający dźwięk rozniósł się po całej dzwonnicy, więc szybko wszedłem wyżej, na taras widokowy. Choć panorama nocnego miasta nie jest mocno oświetlona, widok na tętniący życiem, pełen ludzi plac pod katedrą tworzył niesamowity klimat.


Dzień zakończyłem w kameralnym barze przy dwóch drinkach przygotowanych na życzenie przez barmana, po czym wróciłem do hotelu na zasłużony odpoczynek.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej