dzień 6: Lago di Bolsena – Pitigliano

5–8 minut

Poranek przywitał mnie rześkim, ale na szczęście całkowicie suchym powietrzem. W nocy lekko wiało, więc na namiocie nie było ani kropelki rosy i spakowałem go od razu na sucho. No i wreszcie po prostu dobrze się wyspałem! Choć wieczorem wokół słychać było dziwne szmery, a później w oddali niosło się wycie – jakby lisy nawoływały się w mroku – to poranek okazał się wyjątkowo łaskawy. Co najważniejsze: zero drętwienia rąk! W domu w Warszawie od pół roku śpię z poduszką ciążową, która pomaga mi właściwie ułożyć ręce. Dzisiejszej nocy zastosowałem podobny patent: wziąłem pod pachę moją torbę podróżną wypełnioną ubraniami i przytuliłem się do niej. Zdało to egzamin znakomicie – cała noc przespana bez przeszkód!


O 7:30 rozsunąłem zamek namiotu i moim oczom ukazał się przepiękny wschód słońca nad gładką taflą jeziora Bolsena. Ponieważ namiot był suchy, spakowałem się ekspresowo i już około 8:15 byłem gotowy do drogi.


Moim pierwszym celem była sama miejscowości Bolsena, gdzie chciałem zjeść śniadanie. Spodziewałem się typowego, komercyjnego kurortu nadwodnego, tymczasem miasteczko pozytywnie mnie zaskoczyło – jest niezwykle malownicze!

Nad zabudowaniami na wzgórzu góruje potężny, średniowieczny zamek Rocca Monaldeschi della Cervara.


Jezioro Bolsena (Lago di Bolsena) to największe wulkaniczne jezioro w Europie, powstałe ponad 300 tysięcy lat temu po zapadnięciu się kalder wygasłych wulkanów w łańcuchu Monti Volsini. Z kolei samo miasto Bolsena ma korzenie etruskie (starożytne Volsinii Novi).

To właśnie tutaj w 1263 roku miał miejsce tzw. Cud Eucharystyczny – z pękniętej hostii na korporał zaczęła kapać krew, co dało początek obchodzonemu do dziś w całym Kościele katolickim świętu Bożego Ciała.


W wąskich uliczkach wypatrzyłem uroczą pasticcerię. Zamówiłem chrupiącego croissanta i gorące cappuccino, a przy okazji skorzystałem z toalety. Zrobiłem też szybkie zakupy techniczne – w sklepie z papierosami (tabacchi) dokupiłem baterie do czołówki, bo dotychczasowe powoli dogorywały, a światło na wieczornych kempingach jest niezbędne.


Z Bolseny wyjechałem na wzgórze, kierując się ku pierwszemu głównemu celowi dzisiejszego dnia – Civita di Bagnoregio. Niestety, w połowie podjazdu nagle dopadły mnie silne nudności. Nie wiedziałem, czy to efekt wody z kranu na kempingu, którą wypiłem poprzedniego wieczoru (w tych wulkanicznych rejonach często ostrzega się przed podwyższonym poziomem arsenu w wodach gruntowych), czy może podrażnił mnie croissant z kremem zjedzony na śniadanie.

Musiałem się na chwilę zatrzymać, złapać oddech, odpocząć i dopiero gdy samopoczucie nieco się poprawiło, powoli ruszyłem dalej.
Około 11:00 dotarłem do Bagnoregio. Dojechałem rowerem do samego końca cypla na wzgórzu, dokąd prowadziła droga. Tam przypiąłem rower do zewnętrznego drogowskazu i resztę drogi pokonałem na pieszo.


Przede mną ukazała się słynna Civita di Bagnoregio – widok absolutnie unikalny. Civita zyskała miano La città che muore – „Umierającego Miasta”. Została założona przez Etrusków ponad 2500 lat temu na szczycie płaskowyżu z miękkiego tufu wulkanicznego. Z powodu stałej erozji gleby, wiatru oraz osuwisk skał, brzegi wzgórza ciągle się kruszą i wpadają w przepaść doliny Valle dei Calanchi. Do miasta nie da się wjechać żadnym pojazdem – jedyną drogą jest zawieszony w powietrzu, długi na kilkaset metrów pieszy most, pnący się stromo pod górę.


Strome podejście po moście doprowadziło mnie do bram osady. Choć turystów było sporo, zachowywali się bardzo kulturalnie i nie przeszkadzali w zwiedzaniu. Przeszedłem wszystkie kamienne uliczki.

Miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie – jest całkowicie opuszczone przez stałych mieszkańców, a jednak wciąż żyje dzięki działającym tam małym knajpkom i sklepikom z pamiątkami. Po spacerze zatrzymałem się w jednej z takich kawiarni na orzeźwiającą kawę mrożoną, po czym zszedłem z powrotem do roweru. Na szczęście obładowany sprzęt czekał nietknięty.


Z Bagnoregio ruszyłem asfaltem przez wzgórza w stronę Montefiascone. W trakcie jazdy nudności znów powróciły, więc uznałem, że muszę wjechać do miasta. Po pierwsze – żołądek mógł być już po prostu pusty, a po drugie – musiałem wziąć leki. Zażyłem tabletki na żołądek, przeciwwymiotne i na biegunkę, zjadłem spokojnie kanapkę, popiłem czymś chłodnym i po chwili poczułem, że dolegliwości ustępują.


Montefiascone leży na najwyższym wzniesieniu wokół jeziora Bolsena. Miasto słynie z genialnego białego wina Est! Est!! Est!!! di Montefiascone. Wiąże się z nim legenda o niemieckim biskupie Fuggerze, który podróżując do Rzymu, wysyłał przodem służącego, by ten pisał na drzwiach gospód słowo „Est” („jest” tu dobre wino). Przy gospodzie w Montefiascone służący zachwycił się trunkiem tak bardzo, że napisał aż potrójne: „Est! Est!! Est!!!”.


Z Montefiascone czekał mnie kapitalny, długi zjazd w stronę jeziora, aż do miejscowości Marta.
Marta to urokliwa, senna osada na południowym brzegu jeziora. Zatrzymałem się przy nabrzeżu, żeby chwilę odpocząć.

Zaskoczył mnie widok stada gęsi swobodnie biegających po uliczkach! Kiedy spróbowałem zrobić im zdjęcie, jedna z nich uznała mnie za zagrożenie i zaczęła mnie atakować! Woląc nie ryzykować starcia, szybko zabrałem rower i ewakuowałem się z miejsca zdarzenia.
Przede mną był kolejny podjazd, najpierw w stronę Valentano. Jechałem niestety główną trasą, więc co chwilę mijały mnie z dużą prędkością samochody i ciężarówki.

W Valentano odbiłem do starego miasta, które okazało się całkowicie wolne od turystów – spotkać można było tylko lokalnych mieszkańców. Dojechałem na sam koniec cypla na wzgórzu, gdzie zatrzymałem się na kolejną kanapkę i orzeźwiający Aperol Spritz.


Około godziny 16:00 rozpocząłem drugą część podjazdu. Ten odcinek był już znacznie łagodniejszy, prowadził zakosami w okolicach miejscowości Latera. Gdy przekroczyłem wzgórze, wjechałem z regionu Lacjum z powrotem do Toskanii. A potem czekała mnie czysta nagroda: 12-kilometrowy zjazd, który pokonałem w zasadzie bez pedałowania, prosto do Pitigliano – mojego celu na dzisiejszą noc.


W Pitigliano miałem wynajęty pokój. Wiedziałem wcześniej, że na miejscu nie ma pralki, dlatego prosto z drogi skierowałem się do pralni samoobsługowej.

Wstawiłem pranie i wykorzystałem ten czas na zwiedzanie okolic.
I muszę to powiedzieć wprost: Pitigliano powaliło mnie na kolana! Zrobiło na mnie niesamowite wrażenie – to najpiękniejsza miejscowość, jaką do tej pory widziałem. W moim osobistym rankingu bije na głowę Lizbonę, Sienę i Barcelonę razem wzięte!


Najpierw zrobiłem pętlę wokół miasta, wchodząc w tzw. Vie Cave – etruskie wąwozy. Pitigliano nazywane jest „Małą Jerozolimą” (Piccola Gerusalemme) ze względu na historyczną obecność dużej społeczności żydowskiej, która osiedliła się tu w XVI wieku.

Miasto wyrosło na potężnym, pionowym klifie z tufu wulkanicznego. Wokół niego znajdują się Vie Cave – unikalne na skalę światową głębokie korytarze i drogi wykute w litym tufie przez Etrusków ponad 2,5 tysiąca lat temu. Do dziś nie ma pewności, czy służyły celom obronnym, komunikacyjnym, czy kultowym. W ścianach wąwozów rozsiane są setki dawnych grobowców i jaskiń.


Spacer tymi mrocznymi, wyciętymi w skale wulkanicznej kanionami był absolutnie niezwykły. Po powrocie do miasta odebrałem z pralni gotowe rzeczy i ruszyłem na dalszą eksplorację.


O zachodzie słońca i po zmroku Pitigliano staje się wręcz bajkowe. W obrębie starego miasta obowiązuje całkowity zakaz ruchu samochodowego (auta trzeba zostawić na parkingach zewnętrznych), dzięki czemu można w całkowitym spokoju kluczyć po kamiennych schodkach, zaułkach, balkonikach i tarasach zawieszonych nad przepaścią tufu.


Na koniec dnia znalazłem urokliwą knajpkę w pięknie oświetlonym zaułku i zamówiłem pizzę. Podawano ją na długich, drewnianych deskach – dostałem placek o długości aż 1 metra i szerokości około 20 cm! Zamówienie połówki nie było możliwe. Kelnerka patrzyła na mnie z dużym zdziwieniem, a goście z sąsiednich stolików z uśmiechem i niedowierzaniem obserwowali, jak zamierzam sobie poradzić z takim rozmiarem. Wyzwanie jednak podjąłem – wciągnąłem praktycznie całość, zostawiając zaledwie dwa drobne brzegi.


Lekko przejedzony ledwo wyturlałem się z lokalu, wracając do pokoju po coś cieplejszego, bo wieczór zrobił się już chłodny. Na sam koniec przeszedłem pod monumentalny akwedukt medycejski z XVII wieku, który nocą robi gigantyczne wrażenie. Usiadłem na placyku wśród lokalnej młodzieży, wypiłem drinka i podsumowałem ten pełen wrażeń dzień.

postaw mi kawę

jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dodać mi energii, postaw mi wirtualną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skomentuj

jadę dalej